Małe miasteczko, trawiąca je żałoba, a przede wszystkim pamięć – Aleksandra Zielińska napisała kolejną świetną i wciągającą powieść. Znów dostajemy też pełnokrwiste bohaterki, które odzyskują głos, ośmielają się mówić o tym, co trudne, niezależnie, czy to tragedia, czy doskwierający element codzienności. Z pisarką rozmawia dla nas Łukasz Saturczak.

Łukasz Saturczak: Zacznę od dłuższego wywodu, bo wydaje mi się, że wspólnym mianownikiem twoich książek jest prowincja. Z niej wyruszają bohaterowie tworzonych przez ciebie opowieści, ona narzuca sposób myślenia o świecie, kształtuje ich charakter; pochodzenie naznacza twoich bohaterów, którzy przeprowadzając się do wielkiego miasta stają naprzeciwko innego, niezrozumiałego przez nich świata. W najnowszej powieści natomiast twoi bohaterowie, a precyzyjniej, bohaterki, w miasteczku zostają i ono staje się przez to niejako jednym z głównych bohaterów powieści „Sorge”.

Aleksandra Zielińska: Tak, zostawiłam bohaterów w bycie pośrednim – miasteczku, bo i miasto, i wieś były w moich powieściach obecne, a prowincja, która jest przecież często pomijana jest równie ciekawym miejscem. Do tej pory interesowały mnie skrajności i to, jak się ze sobą ścierają. Tym razem próbuję czegoś nowego. To ani nie Kraków, ani „wsi spokojna, wsi wesoła”, tylko miasteczko, jakich setki w Polsce. Wszyscy je znamy, a jak wszyscy znamy, to po co pisać. Ale jak przeanalizujesz te wszystkie odcienie szarości, okazuje się, że naprawdę warto się nad tą przestrzenią pochylić.

 

To świat, gdzie ludzie z wielkich miast nie jeżdżą na urlopy, raczej się tam nie zagląda, to miejsce wręcz hermetyczne…

I to jest coś, co lubię poruszać w prozie, co mnie interesuje, bo wdzięczniej się opisuje relacje międzyludzkie – zwyczajnie bliskie i napięte – mając właśnie taki świat za tło.

 

Sama pochodzisz z miasteczka.

Jeszcze mniejszego niż to, które opisałam w „Sorge”. To wieś, ponad dwustu mieszkańców, ponad sześćdziesiąt domów.

 

Lata spędzone w Krakowie z dala od rodzinnego Podkarpacia pozwoliły ci nabrać twórczego dystansu? Przyjrzeć się tym wspomnianym przez ciebie odcieniom szarości?

Siedząc w jednym sosie ileś lat, nie zauważasz wielu rzeczy i uwypuklają się one dopiero, gdy wyjedziesz i nabierzesz dystansu, nie tylko na mapie, ale i w życiu, dorastanie ma spore znaczenie. Im bardziej dorośleję, tym coraz to inne rzeczy zaczynają mnie interesować. W poprzedniej książce pojawił się zwrot ku dzieciństwu.

 

W „Sorge” również

Na innym poziomie. Mniej chodzi mi o dojrzewanie wiekowe, ale bardziej o wydarzenia, które nas kształtują, wydarzenia graniczne. Co prawda w filmie „Małżowina” Smarzowskiego pada fajne zdanie, który mówi mniej więcej, że każdy może pisać o dzieciństwie, bo każdy je miał, ale bronię tego, że im jest się starszym, tym wiele rzeczy z tego czasu nam się uwypukla, widzimy je wyraźniej, lepiej nam się o nich pisze.

 

Potrzeba dystansu.

W eseju „This is Water” Davida Fostera Wallace’a czytamy, jak do dwóch rybek podpływa większa ryba i pyta, jak tam woda. Po czym, gdy oddala się nie uzyskawszy odpowiedzi, jedna pyta drugą, co to w ogóle jest woda. To doskonale pokazuje, że z pewnych rzeczy trzeba najpierw wyjść, aby móc je zrozumieć i opisać.

 1 Aleksandra Zielinska Maja Potrawiak

Wróćmy do miasteczka, które jest bohaterem powieści.

Równoznacznym z trzema moimi bohaterkami, taki był zamiar od początku. Dlatego opisuję miejsca jak coś żywego, organicznego, zmieniającego swoją skórę; to coś, co ma miłe podbrzusze, ale może być to podbrzusze niedźwiedzia.

 

W „Sorge” unikasz publicystki, czegoś, co zdarza się często autorom podchodzącym do tematu małych społeczności, powiedzmy, zbyt socjologicznie.

Nie chciałam oceniać mieszkańców, używać stereotypów, ale raczej skupić się na detalach, z których czytelnik ułoży sobie pewien obraz. Chciałam, tak jak powiedziałam ci przed chwilą, żeby miasteczko było bohaterem, ale takim, którego osobowość poznasz dopiero, jak skończysz książkę i poukładasz sobie wszystkie elementy.

 

Jedno to doświadczenie, ale drugie inspiracje popkulturowe, które także u ciebie widać.

Inspirowałam się „Dogville” i tym demonicznym miasteczkiem położonym obok kopalni. Ale jak jesteśmy przy von Trierze, to przyznam, że kocham także film „Melancholia” – obraz końca i sposobu, w jaki się w obliczu tego końca zachowujemy. To oniryczna, poruszająca historia, chciałam trochę przenieść ten klimat do powieści.

 

To książka o pamięci?

Tak, dlatego ma taki układ. Nie jest chronologiczna, bo tak właśnie pamięć działa. Pamiętamy obrazy, które mieszają się w wielkim jeziorze i sam nie wiesz, co z danej opowieści wygrzebiesz. Chciałam, żeby było to widoczne w języku; wydarzenia miały być płynne, nie zapamiętane w taki sam sposób.

 

To już widać na przykładzie jednej z bohaterek, która cierpi na chorobę Alzheimera.

To lęk, który jest mi bardzo bliski. Rozpad pamięci, zapomnienie – to coś, czego się boję, dlatego podziwiam bohaterkę, Adelę, bo mimo choroby pielęgnuje swoją kobiecość, to, kim jest. Nie boksujesz się z rzeczami, na które nie masz wpływu, dociera do ciebie, że to nie ma sensu.

 

Stoicyzm.

Pragnę go wyznawać. Może lepiej poddać się temu, że nie jesteś panem swojego losu, że na wiele rzeczy nie masz wpływu. Jak człowiek sobie to w końcu uświadomi, to będzie miał lżej w życiu – w przeciwnym wypadku życie chętnie pokaże, kto tu rządzi.

 

Jednak poddajesz bohaterów wstrząsom. Serwujesz im życiowe katastrofy, aby zburzyć ten spokój?

Zapowiadam to już na początku powieści. Jest wypadek autokarowy, który dzieje się w miarę współcześnie, i wydarzenia z lat 40., równie traumatyczne – to dwie największe bomby emocjonalne dla bohaterów, ale mnie interesuje wszystko, co się dzieje potem. W mediach masz natłok tabloidowych nagłówków, po których pojawiają się kolejne nagłówki, ale co było po katastrofie, to już nie wiadomo, ludzie zostają sami, a mnie jako pisarkę i czytelniczkę najbardziej ciekawi, jak oni po tej małej apokalipsie żyją, jak wygląda krajobraz po bitwie. Nie chcę pisać thrillerów, bo mnie to nie pociąga, bardziej interesuję się życiem z małymi katastrofami, jak przypalenie jaglanki, po małe radości, jak smak wakacyjnych lodów. Chciałam pokazać szerokie spektrum codzienności.

 

Te dramaty codzienności są u ciebie przez bohaterki i bohaterów przeżywane, ale też opowiadane w najróżniejszych narracjach. To spojrzenie pokoleniowe na te same życiowe sytuacje również cię ciekawiło jako pisarkę?

To, jak buduje się opowieści, jest bardzo ważne. To, jak coś zapamiętasz, już zależy od osoby, która daną historię przekazuje – jakiego języka używa, w jakich okolicznościach. Ostatnie pokolenie dostaje kulę śniegową złożoną z wielu głosów. Dlatego też opisuję aktualne wydarzenie, jakim jest wypadek autokarowy, żeby pokazać, jak buduje się historia na samym jej początku.

 

Pomysł na książkę, by stworzyć kilka bohaterek z ich herstoriami nie jest niczym nowym, także w polskiej literaturze, bo od razu myślisz: „Ostatnie historie” Olgi Tokarczuk czy „Między nami dobrze jest” Doroty Masłowskiej. Ale jest to, obok pisania o dorastaniu, rzecz, do której pisarz musi dojrzeć, kiedy nie odnosi się, jak również w twoim przypadku, do własnych doświadczeń związanych chociażby z wyjazdem do miasta czy studiami farmaceutycznymi. Ta książka stanowi u ciebie pewną cezurę w sposobie pisania i postrzegania rzeczywistości?

Wiadomo, że z wiekiem zmienia się moje doświadczenie, postrzeganie świata. Nie chcę być autorką jednej książki i jednej bohaterki, którą przedstawiam na różne sposoby. Poza tym tematy, którymi się zajęłam w „Sorge”, czyli odchodzenie, pamięć, żałoba, od początku miały być rozłożone na kilka głosów, żeby jak najmniej je spłycić. Bałam się banału, klisz.

 

Najpierw były bohaterki, które miały połączyć wymyśloną przez ciebie później historię, czy odwrotnie, historia, którą opowiedzą bohaterki?

Obie rzeczy. Zaczęłam myśleć o żałobie, która dotknęła mnie osobiście i chciałam o niej opowiedzieć w inny sposób niż do tej pory, pełniejszy, dotknąć szerszego spektrum, więc rozpisałam opowieść na kilka osób. Długo zastanawiałam się, jaka ma być konstrukcja tej książki, kogo uczynić narratorem, może samą miejscowość? Zdecydowałam się, że narracja będzie trójtorowa i każda bohaterka dostanie swoją przestrzeń. I przez to napisałam książkę o odzyskiwaniu głosu, bo w takim miasteczku wiele rzeczy jest narzuconych i opowieści kobiet służą temu, aby ten głos odzyskać. Bałam się tej książki, wiadomo, bo to trzy linie narracyjne, opowieść nie jest chronologiczna, dużo pracowałam na języku, kosztowało mnie to sporo wysiłku.

 

Głos, który jest trochę kulą śniegową, bo każdy kolejny głos zachęca kolejną bohaterkę do mówienia, dodaje odwagi.

To dobra metafora. Mówienie, żeby oswoić tego lewiatana, który z nimi mieszka. Chciałam też pokazać odmienność bohaterek, bo oczywiście w takich miejscach wszyscy jesteśmy do siebie podobni, ale chociażby żałobę przeżywamy w inny sposób i zależało mi, aby o tym napisać. Jest dziewczyna, która urodziła się jako jedna z dwóch, więc niesie ze sobą brzemię ocalonej; mamy kobietę, która straciła dziecko, ta linia narracyjna była ciężka do napisania, bo musiałam się bardziej opierać na intuicji niż doświadczeniu; w końcu mamy kobietę, która traci swoją tożsamość poprzez małe braki: najpierw zapach, pamięć, młodość, w końcu zmiany w ciele, których nie da się zatrzymać.

 

Masz dopiero trzydziestkę, dlaczego właściwie wzięłaś się za taki temat?

Zaczęłam na inne rzeczy zwracać uwagę, bardziej świadomie decyduję, co jest ważne. A to nie jest łatwe przy moim charakterze, bo raczej lubię się przejmować, mam tendencję do popadania w apokaliptyczne nastroje, ale mam wrażenie, że z czasem dużo lepiej nad tym panuję. Wiem też, że w „Sorge” wybiegam na tereny mi nieznane, więc zrobiłam spory research, rozmawiałam z ludźmi, a na koniec spuściłam ze smyczy pisarską intuicję.

  

Najnowsza powieść Aleksandry Zielińskiej pt. „Sorge” ukazała się pod koniec kwietnia nakładem Wydawnictwa W.A.B.

 

Fot. Maja Potrawiak/materiały prasowe