kadr z filmu „Pora wylinki”

Ostatnio na polskich ulicach nastąpiło gwałtowne przebudzenie, które odbiło się szerokim echem w debacie publicznej, a u wielu z nas zgrało się z serią burzliwych wewnętrznych przemian i wypowiadania posłuszeństwa skrzętnie ukrytym w różnych wymiarach rzeczywistości strukturom władzy. A każde przebudzenie poprzedza przecież sen, marazm czy zakorzeniona gdzieś głęboko bezsilność. Ciekawym odbiciem dla tego, co dzieje się dziś w Polsce, może być więc przyjrzenie się filmom, które zostaną zaprezentowane w sekcji „Śpiące królewny i rewolucja” podczas najnowszej edycji Nowych Horyzontów.

Niech podniesie rękę do góry dziewczyna, która nigdy nie miała w sobie jakiegoś pierwiastka śpiącej królewny. Większość z nas była socjalizowana do siedzenia cicho, do nieartykułowania złości, do tkwienia w bierności. Wyłamywanie się z tych schematów to pewien proces, który może trwać latami. „Figura śpiącej królewny, która przez sto lat czeka uśpiona, aż pocałunek księcia przywróci ją do życia, znana jest z bajek i niezliczonych adaptacji literackich, malarskich i filmowych. Sto lat to 35600 dni i nocy apatii. Nic dziwnego, że śpiąca królewna jest symbolem absolutnej kobiecej bierności i niewygodnym wzorem dla milionów współczesnych młodych kobiet, które aż przebierają nogami, by wziąć los w swoje ręce” – zaznacza Ewa Szabłowska, kuratorka sekcji.

O dziwo figura śpiącej królewny wcale nie została jednak w ostatnich latach zapomniana – wręcz przeciwnie: pojawiała się w rozmaitych wcieleniach w pracach artystek, pisarek, reżyserek czy dziewczyn zbierających pokaźną grupę odbiorczą w mediach społecznościowych (warto przyjrzeć się choćby ruchowi Sad Girls). Co sprawia, że dziś, w roku 2020, pogrążona w śnie księżniczka nie traci na atrakcyjności, ma w sobie wręcz jakiś upajający, toksyczny czar? Jak sugeruje Szabłowska, najwyraźniej jest w figurze śpiącej królewny coś bardzo aktualnego, wiele mówiącego o nas i naszych relacjach ze światem.

„Królewny, odbywające swój bunt na leżąco, w samotności własnych łóżek, wydawać się mogą jednostkami bezużytecznymi. Ale można też spojrzeć z innej strony: czy poprzez sen i w swojej całkowitej bierności nie realizują najwyższych form oporu? Śpiące ciała nie uczestniczą w wyścigu i konsumpcji, nie są podatne na propagandę i socjotechniki. Odłączone od systemu, są forpocztą letargicznej rewolucji” – zaznacza Szabłowska.

Z takim podejściem zgodziłby się z pewnością Jonathan Crary, który w książce 24/7. Późny kapitalizm i koniec snu” dowodził, że w świecie zachodniego kapitalizmu, gdzie ideałem jest nieprzerwana aktywność i dyspozycyjność, sen jest od lat wypychany z obiegu, systematycznie deklasowany, traktowany jako przejaw lenistwa i nieudacznictwa, strata czasu – jest przecież tyle ciekawych rzeczy do zrobienia (i skonsumowania). Spać po prostu nam nie wypada. „Ogromna część naszego życia, którą na niego przeznaczamy, wyzwoleni z pułapki sztucznie pobudzanych potrzeb, staje się jedną z wielkich zniewag ze strony człowieka wobec zachłannego współczesnego kapitalizmu” – zaznacza Crary, pisząc o śnie. Jednocześnie coraz trudniej nam ten sen utrzymać – autor zwraca uwagę, że wybudzanie się w celu sprawdzenia powiadomień jest coraz powszechniejszą praktyką i prowadzi do licznych problemów natury psychologicznej. Przypomina też, że wykorzystywanie deprywacji snu w charakterze tortury ma wielowiekową tradycję – kłaniają się choćby praktyki stosowane przez stalinowskie NKWD. Crary podkreśla, jak straszne skutki ma deprawacja snu – już w stosunkowo krótkim czasie prowadzi do rozwoju psychozy, zaś po kilku tygodniach może skutkować problemami neurologicznymi. W tym ujęciu sen jawi się jako działanie dywersyjne, forma buntu, na którą coraz mniej z nas się zdobywa.

Na różne sposoby uwikłania ciała nie tylko w patriarchat, ale i właśnie kapitalizm (który na sen zdecydowanie nam nie pozwala) od dawna zwracają uwagę różnorodne feministyczne teoretyczki. Aleksandra Derra w tekście „Ciało w krainie schizofrenicznego kapitalizmu. Lekcja z Michela Foucaulta, Maurice’a Merleau-Ponty’ego i Rosi Braidotti” zadaje pytanie, na ile nasze ciała są jeszcze nasze, biorąc pod uwagę, że stanowią dziś wytwór krzyżujących się sił ekonomicznych, rynkowych i biotechnologicznych oraz wzorców serwowanych przez media. Derra zaznacza, że „rozpoznanie i odróżnienie wyzwolenia od zniewolenia, wydaje się być trudniejsze niż kiedykolwiek, bowiem mechanizmy funkcjonowania współczesnego świata nie tylko skutecznie się poukrywały, ale stworzyły sieć nieuchwytywalnych poznawczo zależności”. Idąc tym tropem, warto zapytać, w jaki sposób ciało jest zawłaszczane przez kapitalizm? Jakim mechanizmom tresury się je dziś poddaje? Dlaczego tak wielu z nich nie dostrzegamy? A nawet jeśli część zauważamy, to czemu uwolnienie się od nich jest aż tak trudne? Czy możliwe jest w ogóle oswobodzenie ciała w erze konsumpcji? Poszerzenie pola wolności? I czy ten bunt może manifestować się właśnie poprzez świadome wyłączenie, rezygnację, dosłowny lub symboliczny sen, a następnie gwałtowne przebudzenie i eksplozję wolności?

3

Kadr z filmu „W bezruchu”

Refleksja ta doskonale zgrywa się z inną, szeroko komentowana ostatnio książką – „Mój rok relaksu i odpoczynku” Ottesy Moshfegh, która zainspirowała Ewę Szabłowską do stworzenia tej sekcji. Narratorka pragnie zapaść w długi, czarodziejski wręcz sen. „Nie chodzi o odświeżający ośmiogodzinny standard, lecz full time hibernację na cały sezon, a najlepiej rok. Z asystentki w galerii na Manhattanie zmienia się w rekreacyjną lekomankę. Gdyby Fassbinder kręcił  „Seks w wielkim mieście”, tak wyglądałaby Carrie Bradshaw odurzająca się wszystkim, co ma do zaoferowania późny kapitalizm: zakupami, jogą, sztuką, seksem i psychotropami – pisała recenzentka "New York Timesa". Paradoksalnie dopiero zapadnięcie w sen prowadzi ją do przebudzenia z amerykańskiego marzenia” – opowiada kuratorka.

A czy my wszystkie w jakiejś mierze w ostatnim, naznaczonym pandemią roku nie byłyśmy w pewnym sensie Ottesą? Dowodziłyśmy światem ze swoich łóżek, rezygnowałyśmy ze masy aktywności, do których byłyśmy przyzwyczajone, przyglądałyśmy się uważnie serii nieporadnych rządowych decyzji. Równie śmiesznych, co przerażających. Układających się w kolejne elementy niczym z „Opowieści podręcznej”. I miałyśmy dużo czasu na myślenie. I przewartościowanie różnorodnych zjawisk, relacji, wydarzeń. A teraz budzimy się nie z amerykańskiego, a z polskiego snu. I mamy ochotę wyartykułować całe nasze wkurwienie. A następnie ugruntować w sobie wewnętrzną wolność.

Pojawiają się i inne analogie. Co działo się w trakcie innych epidemii, które dziesiątkowały świat? Jak pisał Przemysław Witkowski na łamach „Krytyki Politycznej”: „Pandemia dżumy okazała się jednym z najbardziej znaczących dla rozwoju współczesnego świata wydarzeń historycznych. Gdyby nie ona, nie narodziłby się najpewniej kapitalizm. Masowe zgony sprawiły bowiem, że siła robocza nagle okazała się cenna. Wskutek wyludnienia pracownicy mogli poczuć się panami sytuacji. Odmowa pracy, służby i odrobku pańszczyzny zaczęły rozchwiewać system”. Feudalizm dobiegał więc końca, a chłopi na moment zyskali przewagę. Niestety, jak zaznacza Witkowski – szybko wpadli z deszczu pod rynnę.

Temu okresowi historycznemu przyglądała się też bacznie Silvia Federici w książce „Kaliban i Czarownica”, pokazując, że odbywające się w tamtym czasie procesy czarownic były nie tylko owocem religijnego dogmatyzmu, ale także rodzącego się kapitalizmu. Badaczka zwraca uwagę w szczególności na sytuację kobiet – a ta zaczęła się wówczas na Starym Kontynencie poprawiać. Ilość śmierci i związany z nią niedobór siły roboczej sprawił, że kobiety zaczynały się aktywizować i podejmować zajęć wcześniej zarezerwowanych dla mężczyzn, coraz częściej sprawowały funkcję liderek w lokalnych społecznościach. Jednocześnie specjalizowały się w ziołolecznictwie, bardzo często zajmując się przerywaniem czy zapobieganiem ciąży.

A na to wszystko rodzący się kapitalizm nie mógł sobie pozwolić, bo jak zauważa Federici, podstawą jego funkcjonowania musiało być wypchnięcie kobiet z rynku pracy i ograniczenie ich aktywności do sfery reprodukcyjnej. Dzięki temu system mógł oprzeć się na nieodpłatnej pracy domowej kobiet, których nadrzędnym zadaniem miało być dostarczanie na świat kolejnych pracowników. Rozrodczość należało kontrolować, ale decyzyjność w tym zakresie z pewnością nie miała przypaść kobietom. Ujarzmianie seksualności stało się według Federici jednym z budulców nowego systemu, a brutalne procesy o czary – w ramach których stracono prawdopodobnie około 40 000 kobiet (choć liczba ofiar w zależności od źródła potrafi się drastycznie różnić) – i towarzysząca im narracja przerażająco korespondują z jak najbardziej aktualnymi próbami pozbawiania kobiet kontroli nad ich ciałami. Nic dziwnego, że tak wiele dziewczyn, które wyszło ostatnio na ulice z transparentami odwoływało się do czarownic, a „druga strona” zaczęła straszyć satanizmem. Więcej o książce Federici pisała już dla nas Ewelina Kwiatkowska. 

Krytyka kapitalizmu, obnażająca sposób, w jaki przejmuje on kontrolę nad ciałem, nie jest jednak charakterystyczna tylko dla myślicielek feministycznych. W podobnym kierunku idzie choćby Michel Foucault w „Historii seksualności”. Wykorzystuje on pojęcie biowładzy podejmującej się zadania kierowania życiem. Zaznacza, że jej rozwój ma miejsce od XVII wieku pod dwoma postaciami. Pierwsza odnosi się traktowania ciała jako maszyny – w związku z tym pożądane staje się kształtowanie go w myśl restrykcyjnych wytycznych. W ten sposób pojawia się m.in. ciało „idealnego” żołnierza. Ujarzmianie ciała polega na wikłaniu go w sieć różnorodnych potrzeb, zależności, nakazów i wyrzeczeń, a proces ten kontrolowany jest przez przeróżne instytucje – od więzienia, wojska, szpitala czy szkoły po instytucję małżeństwa.

Druga postać, którą zdaniem myśliciela przybiera biowładza odnosi się do traktowania ciała jako gatunku. Staje się ono częścią populacji, którą można określać z pomocą szeregu danych określających śmiertelność, długość życia, przyrost naturalny itd. Wszystkie te wyznaczniki są powiązane z seksualnością, którą od tej pory można coraz bardziej zarządzać, podejmując wiele działań politycznych. „Starodawną potęgę śmierci, symbol władzy suwerennej, starannie pokrywa teraz administracja ciał i wyrachowane zarządzanie życiem” – pisze Foucault i podkreśla, że „biowładza była, próżno w to wątpić, niezbędnym elementem rozwoju kapitalizmu – mógł przetrwać jedynie za cenę kontrolowanego wtłoczenia ciał w aparat wytwórczy i dostosowania zjawisk populacyjnych do procesów ekonomicznych”. A czas pandemii był doskonałą okazją do obserwowania coraz to nowszych przejawów biowładzy.

5

Kadr z filmu „Dziennik snów 2016-2019”

W związku z tym przyjrzenie się figurze śpiącej królewny aka buntowniczki może się okazać dla nas w tym momencie szczególnie cenne, pozwolić na wyciągnięcie istotnych lekcji na temat współczesności. Co mówią nam o tej bohaterce/antybohaterce reżyserki?

„Jako pacjentka prywatnej kliniki psychiatrycznej śpiąca królewna pojawia się »W bezruchu« Elisy Mishto. Jest pacjentką trudną, zawsze i wszędzie odmawiającą uczestnictwa. Julie nie uczy się i nie pracuje. Jej nieliczne aktywności sprowadzają się do hodowania ślimaków, okazjonalnego seksu z nieznajomymi oraz snucia ekscentrycznych teorii społecznych, a raczej aspołecznych. Narcystyczna, odklejona od świata i arogancko obojętna wobec jego problemów, żyjąca w swojej bańce księżniczka twierdzi, że życie w bezruchu wymaga zaskakująco dużo akcji” – mówi Szabłowska.

W śnie, przypominającym rzeczywistość z filmów Lyncha żyje też nastoletnia Ruth – bohaterka „Make Up” Claire Oakley. Dziewczyna postanawia rozpocząć na własną rękę śledztwo, by dowiedzieć się, czy jej chłopak ma kochankę. „Ruth porusza się śladem zmysłowych znaków, które zostawia rywalka. W łazience znajduje ślad szminki, w pościeli długi rudy włos. Czasem ma wrażenie, że ulega wzrokowym i słuchowym omamom, a dowody zdrady zdają się tylko wytworem fantazji. »Make Up« zaczyna się jak brytyjskie kino społeczne spod znaku Andrei Arnold, by za chwilę porzucić chronologię wydarzeń i przenieść się na podszyty erotycznym napięciem poziom snów i halucynacji w stylu Nicolasa Roega” – zaznacza Szabłowska.

Kuratorka przypomina, że tyko w ocenzurowanych bajkach dla dzieci księżniczka budzi się od pierwszego pocałunku. Jeśli sięgniemy do oryginalnych wersji baśni, o wiele bardziej makabrycznych, zauważymy, że dopiero brutalny gwałt budzi królewny z letargu – o ile w ogóle do przebudzenia dochodzi. W debiucie Sabriny Mertens – „Pora wylinki” – śpiąca królewna jest już matką, jednak wciąż pozostaje w sypialni. „Zawieszona między dzieciństwem własnym a dzieciństwem córki, ucieka w głąb siebie” – mówi o bohaterce Szabłowska. I dodaje, że „W Porze wylinki”, mrocznym dzienniku rodzinnego rozkładu, łóżko nie jest meblem symbolizującym miłość, lecz ciemną przestrzenią przezywanych w samotności obsesji, wstydu, udręki zapętlonych myśli i bezsennych nocy.

Takie ujęcie sprawy to nic nowego. Jak pisała Monika Ochędowska na łamach „Dwutygodnika”, wieszcząc dość przygnębiającą przyszłość: „W najbliższych latach w polskiej literaturze nie będziemy czytać o miłości. Raczej o przemocy i depresji. Przesączający się coraz mocniej do świata fikcji smutek przyniesie niejedno jego studium wywiedzione z etnografii intymności”. Jej tekst „2020: Koniec miłości” opublikowany w styczniu tego roku z obecnej perspektywy wydaje się wręcz proroczy, gdy przyjrzymy się socjologicznym analizom na temat tego, jak pandemia przełożyła się na relacje międzyludzkie.

„Mieście głęboko uśpionym”, debiutanckim obrazie  Rosjanki – Marii Ignatenko – śpiąca królewna, jak opowiada Szabłowska, jest natomiast zjawą, wspomnieniem zmarłej żony bohatera. „Razem z nią w niekończący się zimowy sen zapadli mieszkańcy zasypanego śniegiem miasta. Zahibernowani bezwładnie leżą w samochodach, na zamarzniętych chodnikach, w nieogrzewanych mieszkaniach. We śnie przypominającym śmierć nie czują nic. Tak, jakby nie tyle ich mózgi, lecz serca były uśpione. Nieprzytomne ciała – pogrążone w depresji, lenistwie, złej pogodzie i kacu – nie mają po co się budzić” – mówi kuratorka.

W sekcji pojawiają się jednak nie tylko najnowsze prace reżyserek. Mamy też „Institutional Dream Series” Laurie Anderson. W swojej pracy z lat 70. twórczyni pyta, jak miejsce snu wpływa na to, co dokładnie nam się śni. „W „performansie bez publiczności” artystka układała się do snu w rozmaitych miejscach: w bibliotece, na parkowej ławce, w damskiej łazience na uczelni, na plaży czy w holu biura imigracyjnego. Każda ze spędzonych poza domem ośmiu nocy była eksperymentem, a jej własne ciało instrumentem badawczym. W rezultacie powstał intrygujący fotodziennik z lapidarnymi streszczeniami snów i zdjęciami śpiącej w różnych pozach i miejscach Laurie” – mówi Szabłowska.

Czego mogą więc nauczyć nas śpiące królewny? Czy mają dla nas jakieś wskazówki, jak wyzwolić się z sieci skomplikowanych uwikłań, w ramach których nasze ciało staje się polem kolejnych politycznych rozgrywek? Gdzie tkwi potencjał emancypacyjny? Możliwe, że w samym ciele. W uznaniu jego pełnoprawności. Skupieniu się na czuciu i doświadczaniu. Pójściu za sygnałami ciała, choćby tym, że domaga się przerwy, odpoczynku czy snu, może nabrać symbolicznie wywrotowego charakteru. Wsłuchanie się w ciało może wydawać się dość niepozorną bronią w starciu z wszechobecną, rozproszoną władzą, która korzysta z coraz bardziej wysublimowanych technologii. Ale pamiętajmy, że również technologia jest narzędziem, z którego sami i same możemy korzystać i choć do pewnego stopnia wybierać sposób, w jaki się nią posługujemy.

Wreszcie w batalii o wyzwolenie ciała niezbędne będzie kształtowanie świadomości i rozciąganie myślenia. Gdy raz zauważymy systemy nadzoru, które porządkują rzeczywistość, możemy zacząć tworzyć w nich wyłomy. Bunt wymaga jednak nieustannego podsycania i zadawania kolejnych pytań, nie jest dany raz na zawsze i nie zmienia magicznie tego, co wokół. W odzyskiwaniu ciała może być istotne zintegrowanie wszystkich naszych doświadczeń i czerpania z nich – od dziecięcej bezpośredniości pytania „dlaczego” i wyrażania swobodnie najróżniejszych emocji oraz uczucia naturalności płynącej z bycia w ciele, które nie budzi wstydu po nastoletnią burzliwą negację i bardziej dorosłą krytyczną analizę. I choć nie czekają na nas gotowe rozwiązania, to próby wyzwolenia ciała spod nadzoru biowładzy sprężonej z kapitalizmem i od lat rosnącym w siłę fanatyzmem powinno stać się jednym z naszych głównych interesów.

Jedna z dziewczynek uczestniczących w ostatnich strajkach niosła ze sobą na banerze hasło „WZYWAM WAS WSZYSTKIE KSIĘŻNICZKI”. Możliwe, że do tej rewolucji potrzebujemy nie tylko wojowniczej Mulan, ale też śpiącej królewny. Czas najwyższy wezwać je na pomoc.

1

Kadr z filmu „Make Up”

LISTĘ WSZYSTKICH FILMÓW Z SEKCJI ZNAJDZIECIE POD LINKIEM

Fot. materiały prasowe