Leonora w obiektywie Chiki Weisza

Leonora Carrington wraca w pole widzenia szerszej publiczności za sprawą książki „Siódmy koń. Opowiadania zebrane”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Filtry. Nie mieliśmy do czynienia z przekładami jej twórczości na język polski od roku 1998 i Trąbki do słuchania, to więc wyjątkowe wydarzenie literackie.

Przez wielu uznawana za zaginioną surrealistkę, Leonora Carrington to mistrzyni ucieczki, która ze sztuki eskapizmu uczyniła część swojej artystycznej tożsamości. Jej burzliwe życie, romanse i podróże poddawane były licznym interpretacjom, ale próby wpisania pisarki i malarki w konkretny kontekst wydają się prowadzić nas na manowce. 

W zbiorze opowiadań Carrington nie tylko koń jest siódmy. Numer objawia się pod wieloma postaciami - 7 wymierzonych kar, 7 spacerów pod oknem, 7 kolacji czy jako spotkanie umówione na wpół do siódmej. Analogicznie, na spotkanie z pisarką postanowiłam wyruszyć z siedmiu różnych punktów. 

MAKABRESKA

Coś, co od pierwszych stron zbioru spotyka osoby czytające, to przedziwne i przewrotne poczucie humoru. W Debiutantce poznajemy historię przyjaźni pomiędzy dziewczynką a hieną. Gdy ludzka część duetu ma pójść na bal - wydany zresztą na jej cześć - prosi o wsparcie swoją zwierzęcą towarzyszkę. Razem zawiązują pakt przeciwko reszcie świata, który rozpada się równie szybko jak powstaje. Carrington tworzy rzeczywistość, w której to, co niestworzone, staje się wiarygodne. Nagromadzenie absurdów sprawia, że przesuwają się granice naszej akceptacji. Fabularny przeskok, czyhający na nas pod koniec utworu, doprowadza nas do porządku. Hiena konsumuje przybraną ludzką twarz. 

Najpierw zaakceptowaliśmy przyjaźń dziewczynki i ssaka w komplecie z dwustronną wymianą komunikacji. Byliśmy świadkami morderstwa i jedynie wzruszyliśmy ramionami. Co to mówi o nas samych? Jeśli wydawało się nam, że mamy rozeznanie w przebiegu opowiadania, dostajemy prztyczka w nos. Przyzwyczajenia zbyt szybko przeradzają się w oczekiwanie. Dziewczynka i zwierzątko to duet obleczony w kolorowe wstążeczki, jednak w pakiecie dostajemy nie słodycz, a makabrę. W duecie analogicznym do postaci opowiadania, groteska przemierza strony tej książki ramię w ramię z makabrą. Stąpają lekko, niemal tanecznym krokiem, wzbudzając mieszankę rozbawienia i grozy. Leonora korzysta z logiki sennych majaków, w której słodkie króliczki kicają w stronę cuchnącej padliny, a wszystko co kojące w każdej chwili może przemienić się we własny rewers. Śmiech przez łzy? Raczej chichot przez dreszczyk obrzydzenia. 

 

KOBIETY

Urodzona w Wielkiej Brytanii w uprzywilejowanej klasowo rodzinie, Carrington od najmłodszych lat czuła się w tym gronie niezbyt wygodnie. Edukacja, którą ją poddawano - początkowo jako dziecko a później jako młodą kobietę - nie była zgodna z jej potrzebami czy podejściem do rzeczywistości. Krnąbrna i dążąca do samodzielności - młodziutka Leonora była utrapieniem dla rodziców i wychowawców. W posłowiu Agnieszki Taborskiej czytamy, że dużo chętniej sięgała po rozrywki interpretowane jako chłopięce, wolała spędzać czas ze służbą, a internaty kilkakrotnie usuwały ją z list uczennic. Wspomniana Debiutantka to opowieść w pewnym sensie analogiczna do jej osobistego doświadczenia - arystokratyczna matka nie dba o preferencje córki, skupiając się bardziej na powinnościach płynących z określonej pozycji w społeczeństwie. Życie Leonory to jednak dużo więcej niż wyślizgiwanie się z pancerzyka przywileju. 

Większość męskich postaci w tekstach obarczonych jest mirażem wad i słabości. W Zakochanym trupek partnerki jest pieczołowicie przechowywany przez kochanka - sprzedawcę warzyw. Przypadkowa interakcja z inną kobietą każe mu wessać również ją w sam środek prywatnego dramatu. Podwaja w ten sposób stosowaną opresję wobec przedstawicielek płci przeciwnej - jednej nie pozwala umrzeć, drugą przymusem zmienia w słuchaczkę swojej historii. Populacja mężczyzn w opowiadaniach to zakochani w sobie gogusie, pomstujący na małżonki mężowie oraz - specjalna podgrupa - przedstawiciele świata religii. Tych ostatnich Carrington portretuje ze szczególną zjadliwością, kładąc nacisk na ich hipokryzję i głupotę. Oczywiście nieokiełznanych kobiet w Siódmym koniu również znajdziemy całe mnóstwo. Raz po raz są jednak przelicytowywane przez mężczyzn w temacie podłości, narzekactwa czy dokonywanej przemocy. 

 

CZŁOWIECZEŃSTWO

Podział na kobiecość i męskość traci na znaczeniu wobec rozróżnienia na ludzkie i poza-ludzkie. Człowiecza kondycja nie cieszy się dużym szacunkiem pisarki, która znacznie wyżej ceni sobie interakcje z przyrodą czy zwierzętami. W książce padają określenia takie jak obrzydliwy zapach człowieka. W tym konkretnym przypadku użyte zostało w kontekście wrażenia olfaktorycznego kobiety, mieszkającej i budującej satysfakcjonujące (również seksualnie) relacje ze zwierzętami, podczas gdy wszelkie interakcje z własnym gatunkiem przynoszą jej wyłącznie frustrację i cierpienie. 

Opowiadanie, które daje nam klucz do zrozumienia specyficznej niechęci Carrington, to Moja matka jest krową. Postać bogini przybliża człowieczą kondycję w krótkim wywodzie na temat manekinów. Ciało-manekin to martwy wizerunek, napędzany przez zamieszkującą go istotę ludzką, która - cytując fragment tekstu - zatacza coraz większe koła, stopniowo oddalając się od Wielkiej Natu­ry. Każda poszczególna istota nadaje swoim manekinom nazwy, a prawie wszystkie te imiona zaczynają się od „Ja jestem” i płyną z nich długie strumienie kłamstw. Bycie człowiekiem to zatem wyłącznie marazm ubrany w zewnętrzną powłokę. Zwierzęta - jak choćby liczne konie, zamieszkujące surrealistyczne krajobrazy opowiadań - mają w sobie znacznie więcej godności i głębi. 

 2 Leonora Carrington

Leonora w obiektywie Chiki Weisza

MALARSTWO

Wiele z opowiadań Carrington przypomina jej prace na płótnach - baśniowe światy pełne tajemniczych postaci. Antropomorfizowane zwierzęta oddają się rytuałom, ludzie dryfują w somnambulicznym odrętwieniu, a całość często komponowana jest w odcieniach przyrody - zieleniach czy brązach. 

Wskazując na podobieństwa między obrazami a opowiadaniami Carrington nie mam jednak na myśli wyłącznie paralel pomiędzy postaciami uwiecznionymi na płótnach a tymi zapełniającymi kartki zbioru. Niekiedy książkową rzeczywistość wypełnia mnóstwo detali, które funkcjonują na spłaszczonej przestrzeni. Być może chodzi tu o brak wyraźnego wymiaru czasowego, przez co progres akcji wydaje się zawieszony poza jego upływem? W ten sposób poszczególne wydarzenia następują zarówno po sobie, jak i równocześnie. Gdzieś w oddali odbywa się przyjęcie, ktoś dopiero na nie zmierza, ale przemieszcza się przez świat o zakrzywionej perspektywie. Ahistoryczna sceneria jest tłem dla magicznych interwencji, około-mitycznych stworzeń, wróżek czy upiorów. Wszystkie one zaburzają nasze przywiązanie do rzeczywistości, zachęcając do doświadczania prozy poprzez sekwencję impresji. Ich kolejność w tekście jest oczywiście narzucona arbitralnie - nie ma tu miejsca na swobodne wędrowanie własnymi ścieżkami. Trzymając się malarskiej paraleli - to doświadczenie powiela sytuację, gdy ktoś opowiada nam, co widoczne jest na płótnie, zwracając uwagę na szczegóły, które mogłyby umknąć niewprawionemu oku. Podążamy zatem za sugerowaną nitką narracyjną, co chwilę zerkając z ciekawością w liczne zakamarki oglądanego kadru. 

 

SEKS

Trudno pozbyć się wrażenia, że „Siódmy koń” wręcz ocieka seksualnością. Nawet gdy nie realizuje się ona bezpośrednio w międzyludzkiej erotycznej gimastyce, opisana rzeczywistość jest lepka od cieknących soków, pulsująca, drapieżna. Ciała prężą się w napięciu, przyroda onieśmiela nieposkromionym rozbuchaniem, przestrzeń atakuje bodźcami aż do przesytu. Relacje seksualne między bohaterami bywają wręcz atawistyczne - jest w nich coś pierwotnego i zwierzęcego. W opowiadaniu Kiedy przechodzili kobieta odrzuca zachętę, by wstąpić do kościoła. Zamiast tego rozpoczyna romans z dzikiem. Ich zbliżenie opisane jest jako spółkowanie pod tłoczącym się ponad kochankami stadem kotów. Nieokiełznana dzik-ość tej sytuacji nie jest przypadkiem. To wyraźnie i świadomie budowana kontra wobec systemu proponowanego przez mężczyzn - a zwłaszcza mężczyzn reprezentujących porządek religijny. 

W wielu prozach zebranych w „Siódmym koniu, seksualność ma w sobie coś obsesyjnego czy wręcz chorobliwego. Obiekty fascynacji bywają objęte tabu, niewygodne. Raz matka koncentruje swoją życiową energię na uwodzeniu syna, by za chwilę upiorne postaci przykrywały pod warstwą makijażu fakt, że od dawna zamieniły się w upiory. Pożądanie to nie pęd życia, ale śmierć wysuwająca po nas swoje macki. 

 

EZOTERYKA

Związki Carrington z ezoteryką były znane od dawna. Widać je wyraźnie także w „Siódmym koniu”. Czary, króliki czy boginki nie pojawiają się tu przypadkowo. Mistycyzm pisarki był tożsamy z jej podejściem do świata. Ta wiedźma najbliższa jest współczesnym feministycznym odczytaniom. To osoba posiadająca wiedzę, kobieta niezależna i wyzwolona z konwenansów narzucanych przez otoczenie. Bardzo niedawno, bo dopiero w 2018 roku - zatem siedem (!) lat po jej śmierci - odkryto, że artystka stworzyła również własnego tarota. Jej interpretacja popularnej talii Waite-Smith kładzie nacisk na kobiecość, a także relacje ze zwierzętami oraz przyrodą. 

Tarot - nie ważne czy mówimy o jego klasycznych formach czy licznych wersjach stworzonych przez artystów i artystki - to zaproszenie do kontemplacji. Karty cechuje bogata symbolika, która opowiada o wizji świata autora/autorki. Jej odczytanie wymaga wiedzy z zakresu historii sztuki i ezoteryki. Niezbędna jest także intuicja. Wróżenie z tarota nie opiera się na prostym odczytaniu kombinacji kart. To raczej intelektualna podróż, w trakcie której otwieramy się zarówno na dzieło sztuki, jak i na samych siebie. W kontekście twórczości Carrington nie dziwi, że zdecydowała się namalować własny wariant. 

 

KONIE

Przez dużą część swojego burzliwego życia, Carrington obracała się w kręgach artystycznych, zawierając przyjaźni i relacje w środowisku surrelistycznym. Bardziej niż na byciu muzą, skupiała się na rozwijaniu własnych form ekspresji. Umiłowanie wolności zaprowadziło ją z Europy do Meksyku, gdzie spędziła większość życia. Umierając w wieku 94 lat, zostawiła po sobie kilka utworów prozatorskich i mnóstwo obrazów (niektórzy szacują, że mogło ich powstać aż 2000). Jej spuścizna to jednak przede wszystkim przesłanie, któremu była wierna od najmłodszych lat. To opowieść o zamiłowaniu do wolności i wierności sobie samej. I jakkolwiek banalnie to może zabrzmieć - była jak wszystkie konie, których tętent rozbrzmiewał w trakcie lektury jej opowiadań. Obecna w teraźniejszości, ale żyjąca dla bezkresu. 

Książka „Siódmy koń. Opowiadania zebrane”  Leonory Carrington ukazała się 23 lutego nakładem Wydawnictwa Filtry. Przełożyli Maryna Ochab i Michał Kłobukowski. 

1 Leonora Carrington

 Fot. materiały prasowe