Jedyna w swoim rodzaju. Niezastąpiona. Ale i pomijana milczeniem. Dopiero od niedawna poświęca się jej więcej uwagi, a przecież łechtaczka to fantastyczny organ – jedyny, który służy tylko i wyłącznie do dostarczania nam przyjemności!

Powtórzmy: łechtaczka to fantastyczny organ. Jednak, delikatnie mówiąc, niezbyt poważany. Przez wieki wielu chciało (niektórzy do dziś!) ją amputować, aby ujarzmić kobiecą seksualność, odebrać nam prawo do rozkoszy. Jeszcze w XX Freud uważał orgazm łechtaczkowy za niedojrzały, a doktor Charles Mayo Goss usunął łechtaczkę z atlasu anatomii Greya w 1947 roku. Dopiero w latach 90. australijska urolożka Helen O’Conell poruszyła jej temat i zapoczątkowała dokładne badania.

Jak pisałam w pierwszym numerze „G’rls ROOM”, mamy problem ze słowem „wagina” i jego synonimami, a co dopiero z „łechtaczką” – ten wyraz bardzo rzadko pada w przestrzeni publicznej i praktycznie nie ma swoich potocznych odpowiedników. Najwyższy czas wyciągnąć łechtaczkę na światło dzienne. Nie zgadzajmy się, by synonimem łechtaczki był mikropenis (czy też po prostu „penis nieudany” jak sądziła część starożytnych lekarzy). 

– Wiele kobiet nadal nie wie, jak zbudowana jest łechtaczka, że to nie mały „guziczek”. To spory narząd, na który składają się dwa ciała jamiste napełniające się krwią, ramiona, które mają kilka centymetrów. Kobiety mają wiedzę o tym, że łechtaczka jest potrzebna do osiągnięcia orgazmu, ale informacji o jej anatomii często już nie posiadają – objaśnia seksuolożka i edukatorka Izabela Jąderek

Określenie „łechtaczka” może nam się podobać lub nie, ale warto wiedzieć, że bazuje na skojarzeniu z przyjemnością, a także z konkretnym ruchem (oczywiście to tylko jedna z wielu technik), który prowadzi do jej pobudzenia. Do pobudzenia całego organu, który liczy sobie w sumie jakieś 15 cm. To, co widzimy na zewnątrz, to żołądź łechtaczki (ma około 2 cm), czyli trzon zakończony wierzchołkiem i otoczony napletkiem, który łączy się ze spojeniem pochwy i rozgałęzia się na dwie odnogi zbudowane z ciał jamistych połączone z dolnymi gałęziami kości łonowych. Łechtaczka jakby od wewnątrz otacza pochwę. W wyniku jej drażnienia – w ten czy inny sposób – czy po prostu stanu podniecenia do ciał jamistych napływa krew, skurcze mięśni i więzadeł łączących łechtaczkę ze spojeniem łonowym stają się szybsze. Erekcję możemy stwierdzić naocznie – żołądź twardnieje, ciemnieje i może powiększyć się nawet dwukrotnie. Łechtaczka wyposażona w 8 tysięcy (!) zakończeń nerwowych (penis ma ich 4 tysiące, a znacznie większą powierzchnię), dzięki którym jest niesamowicie wrażliwa, nabrzmiewa i daje rozkosz. Tak w skrócie. 

Po orgazmie łechtaczka stosunkowo szybko gotowa jest do ponownej erekcji (wystarczy kilkanaście sekund), choć warto pamiętać, że to uogólnienia i wszystko zależy od indywidualnych predyspozycji. Nasze narządy mają różną reaktywność, wielkość, kolor, kształt i nie ma tutaj jednego uniwersalnego wzorca.

Z łechtaczką od wieków podstawowym problemem było to, że uznawano ją za nielogiczny organ, skoro nie bierze udziału w reprodukcji. Jednym z nielicznych, którzy twierdzili, że jest inaczej był Hipokrates. Nazywał on łechtaczkę „kolumienką”, „sługą witającym gości” i uważał, że w czasie orgazmu też produkuje spermę, która łączy się z tą męską i tak dochodzi do zapłodnienia. W średniowieczu były dwie szkoły – jedni uznawali łechtaczkę za znak kontaktów z mocami nieczystymi, drudzy z kolei na różne kobiece problemy zalecali nasmarowanie palca wskazującego wonnym balsamem i łagodne masowanie tego niby diabelskiego „narostka” kolistym ruchem – jak dowiadujemy się z francuskiego filmu dokumentalnego z 2002 roku „Łechtaczka, piękna nieznajoma”.

Łechtaczka wyposażona w 8 tysięcy zakończeń nerwowych, dzięki którym jest niesamowicie wrażliwa, nabrzmiewa i daje rozkosz. 

„Łechtaczka jest w pełnym tego słowa znaczeniu siedliskiem kobiecej rozkoszy” pisał w 1559 roku Realdo Colombo w swoim dziele „De re anatomica”, w którym nazywał ją „miłością bądź słodyczą Wenus”. Nie mógł się przy tym nadziwić, że wcześniej jej nie doceniano: „Nic nie opisze zdumienia, jakie odczuwam na myśl, że tylu znamienitych anatomistów przede mną nie odkryło ani nie doceniło nadzwyczajnych korzyści tryskających wprost z tego ślicznego drobiazgu”. Można by odkrycie Colombo porównać do kopernikańskiego przewrotu. Zaraz po jego śmierci ujawnił się kolejny piewca łechtaczki – Gabrielle Falloppio. W 1561 opublikował swoje prace na jej temat, przy czym podkreślał, że odkryć dokonał wcześniej niż Colombo. Czy to ważne zresztą, który był pierwszy? Ważne, że łechtaczka się objawiła. Ale nie na długo, nici z przewrotu, bo tych renesansowych feministów zaraz przyćmił inny anatomista, Wesaliusz, pisząc w 1564 roku, że łechtaczka to bezużyteczny narząd, niewystępujący u zdrowych kobiet, bo to pochwa pasuje do męskiego członka. Skoro bezużyteczny, skoro ułomność i skaza, to trzeba odciąć – takiego zdania był Ambroży Paré, nadworny chirurg Karola IX. Podobnie sądził Pierre Dionis, lekarz Ludwika XIV. Według niego, jak czytamy w „Zakazanym ciele” Diane Ducret, kobiety pocierając łechtaczkę, same doprowadzają się do rozkoszy ze stratą dla mężczyzn, więc amputacja jawiła się jako logiczne rozwiązanie, które miałoby usunąć pożądliwość. Zupełnie innego zdania były XVII- i XVIII-wieczne położne. Zalecały przykładanie wagi do łechtaczki w czasie stosunku, ponieważ zapewniała orgazm niezbędny ich zdaniem do zajścia w ciążę, jak i zapewniający dobre samopoczucie kobietom na co dzień. Ale kto by ich tam słuchał. 

W 1844 roku badań nad łechtaczką podjął się Georg Ludwig Kobelt, niemiecki anatom, który chciał udowodnić, że żeńskie narządy płciowe są analogiczne do tych męskich. Przy okazji zawdzięczamy mu pierwsze dokładniejsze ryciny „pięknej nieznajomej”. Stąd możemy już przeskoczyć do Freuda i jego twierdzenia, że orgazm łechtaczkowy jest orgazmem niedojrzałym. Swoją teorię ukuł na podstawie etnologicznych opisów rytualnego zabiegu dokonywanego w afrykańskim plemieniu Nandi, podczas którego starsza kobieta wypala łechtaczkę 17- lub 18-letnim dziewczynom rozgrzanym do czerwoności kamieniem, aby przesunąć wrażliwość ze sfery erogennej dziecinnej do dojrzałej, czyli do pochwy. Dziś już nie mamy żadnych wątpliwości, że tego typu zabiegi (klitoridektomia, czyli obrzezanie kobiet, polegające na częściowym lub całkowitym wycięciu łechtaczki) to nie tylko okaleczanie, które często prowadzi do śmierci w wyniku powikłań, ale przede wszystkim niewyobrażalna tortura i barbarzyństwo. Mimo tego na świecie co 11 sekund obrzezaniu poddawana jest jedna dziewczynka. „Otwierając Fundację Kwiat Pustyni w 2002 roku, wypowiedzieliśmy wojnę temu okrutnemu rytuałowi” – pisze na stronie desertflowerfoundation.org założycielka fundacji, pochodząca z Somalii modelka Waris Dirie, która jako dziecko została skrzywdzona w ten sposób. 

Pogłębione nauczanie w zakresie kobiecej anatomii, jak i zachęcanie do oswajania się z własnym ciałem w szkołach pomogłoby wielu kobietom nie tylko w zrozumieniu mechanizmu rozkoszy, ale i w jej osiąganiu.

Z Freudem nie zgadzała się jego pacjentka Maria Bonaparte, która uważała, że oddalenie łechtaczki od pochwy ma wpływ na przyjemność czerpaną ze stosunku. Próbowała nawet operacyjnie poprawić ułożenie swojej łechtaczki.

W końcu w 1953 roku głos w sprawie łechtaczki zabrał biolog Alfred Kinsey. Autor słynnego raportu na temat seksualności Amerykanów stwierdził, że stosunek waginalny nie jest najlepszym sposobem na osiągnięcie rozkoszy, ponieważ ściany pochwy są zbyt mało wrażliwe, za to łechtaczka jest centrum kobiecej przyjemności. Jednak jego opinia nie była wystarczająca, aby zrehabilitować clitoris, spotkała się wręcz z negatywnym odbiorem. Później byli Virginia Johnson i William Masters, którzy przychylniej podchodzili do tematu. Badania nad łechtaczką prowadziła też w latach 80. organizacja Federation of Feminist Women’s Health Clinics. Jednak dopiero wyniki badań Helen O’Conell i jej zespołu, opublikowane w 1998 (!), roku przyniosły nam istotne informacje na temat anatomii i funkcji łechtaczki. Dzięki użyciu rezonansu magnetycznego udało się poznać dokładnie zewnętrzną i wewnętrzną strukturę narządu, określić jego wymiary i odkryć, jak bardzo jest unerwiony. O’Conell dowiodła ostatecznie, że łechtaczka to żeński narząd homologiczny do męskiego prącia (występuje też u innych ssaków, jedną z największych clitoris ma samica hieny). W okresie płodowym pod wpływem działania hormonów rozwija się z tego samego wyrostka płciowego co penis. 

W 2013 roku artystka Sophia Wallace stworzyła projekt „Cliteracy”, bo choć medyczna wiedza o łechtaczce została pogłębiona, to jednak na co dzień wciąż się o niej nie mówiło. Powstała na przykład wielka złota łechtaczka, którą można było ujeżdżać („The Clit Rodeo”), czy ściana z różnymi prawdami o kobiecej seksualności („100 Natural Laws”), których społeczeństwo patriarchalne wciąż nie chce przyjąć do wiadomości – bo wykorzystywanie kobiecej erotyki to jedno, a pochylenie się nad kobiecą przyjemnością to już zupełnie inna sprawa. 

Kolejna ważna kartka z łechtaczkowego kalendarzawe wrześniu 2016 roku do rąk francuskich uczniów trafił model łechtaczki 3D. Doktor Odile Fillod, która stoi za tym projektem, chce, aby na zajęciach z edukacji seksualnej mówiono nie tylko o tym, jak dochodzi do zapłodnienia, jak się zabezpieczać i tak dalej, lecz także o seksualnej przyjemności właśnie, zwłaszcza tej kobiecej. Według badaczki w szkole wciąż mało uwagi poświęca się łechtaczce, a francuska edukacja seksualna jest seksistowska – co potwierdza raport Haut Conseil à l’Égalité, francuskiej rady na rzecz równości kobiet i mężczyzn. „Praktyki, które nie obejmują penisa, nie są uznawane za prawdziwy seks” – powiedziała Odile hiszpańskiemu dziennikowi „El País”.

Bez wątpienia pogłębione nauczanie w zakresie kobiecej anatomii, jak i zachęcanie do oswajania się z własnym ciałem w szkołach pomogłoby wielu kobietom nie tylko w zrozumieniu mechanizmu rozkoszy, ale i w jej osiąganiu. Kobiecy orgazm jawi się trochę jako zwieńczenie poszukiwań technik dostarczających nam najlepszych doznań. Tylko trzeba szukać. Nadal potrzebujemy globalnej zmiany myślenia o naszej kobiecej seksualności, wzięcia za nią odpowiedzialności, bycia aktywną stroną i otworzenia się na samomiłość – bardzo lubię ten synonim masturbacji używany przez Martę Niedźwiecką i Hannę Rydlewską w książce „Slow sex. Uwolnij miłość”. Myślę, że może być to pomocne słowo dla mających kłopot z autoerotyzmem.

Z pomocą kobietom w osiąganiu rozkoszy postanowili przyjść także Linda Daniller i Rob Perkins, którzy we współpracy z Instytutem Kinseya i badaczami seksualności z Uniwersytetu Indiana stworzyli platformę omgyes.com. Bazując na wywiadach z 2 tysiącami kobiet (w przedziale wiekowym 18–95), przygotowali zestaw tutoriali z różnymi technikami prowadzącymi do orgazmu. Na OMGYes czekają na nas także ćwiczenia praktyczne na kobiecych genitaliach. Mamy tam do czynienia z realnymi zdjęciami – w ten sposób oswajamy się z obrazem waginy, możemy pozaglądać w różne jej zakamarki i dostajemy wskazówki, jak pracować z własnym ciałem czy ciałem partnerki. Koszt dostępu do platformy uiszczamy jednorazowo – wynosi 29 dolarów.

Kobieca seksualność jest fascynująca, można ją odkrywać przez całe życie, co jest świetną perspektywą. Nasze ciało i pragnienia będą zmieniały się wraz z wiekiem – nie powinno nas to zniechęcać, tylko być bodźcem do dalszego eksplorowania.

Cóż, przyszło nam żyć w świecie, w którym z jednej strony w domu i w szkole nie uczą nas na ogół zdrowego podejścia do seksualności, ale w pewnym momencie wymaga się od nas orgazmów i to najlepiej wielokrotnych. No i tych uświęconych przez Freuda – pochwowych – jakie promuje mainstreamowe porno, zresztą kultura popularna również. Tymczasem kolejna ważna sprawa, jak podkreśla Izabela Jąderek, orgazm jest jeden. – Nie ma czegoś takiego, jak orgazm pochwowy i orgazm łechtaczkowy. Orgazm jest jeden, ale różne drogi dochodzenia do niego. W procesie doświadczania orgazmu u kobiety biorą udział bodźce zarówno z pochwy, jak i łechtaczki, tylko komponenty ilościowe są rożne, co daje niektórym kobietom przekonanie, że są różne rodzaju orgazmów. Badania prowadzone od lat dowodzą, że podczas orgazmu reakcje narządów są takie same i nie ma znaczenia, jaką drogą orgazm jest wywołany: czy przez pieszczenie piersi, całowanie w ucho, penetrację analną. Fizjologicznie i biologicznie każdy orgazm ma taką samą wartość dla kobiety, emocjonalnie jednak nie zawsze. Część kobiet czuje się uboższa, jeśli nie doświadcza orgazmu w wyniku penetracji pochwy, mając wrażenie, że coś z nimi jest „nie tak”. To wymaga korekty przekonań i edukacji w zakresie ciała i tego, co może ono dać. Warto również pamiętać o tym, że fizjologicznie – zarówno pochwa, jak i łechtaczka – mają taką samą zdolność do dawania przyjemności i osiągania orgazmu, jednak kobiety częściej jako pierwszą wykształcają w sobie zdolność do dotykania łechtaczki, a nie pochwy, stąd szybciej przyzwyczajają się do jej reakcji. 

Kobieca seksualność jest fascynująca, można ją odkrywać przez całe życie, co jest świetną perspektywą. Nasze ciało i pragnienia będą zmieniały się wraz z wiekiem – nie powinno nas to zniechęcać, tylko być bodźcem do dalszego eksplorowania. Wszystko to wymaga pracy, ale czy nie jest to praca przyjemna, która w dodatku się opłaca? Kiedy myślimy sobie, że coś możemy, a nie musimy, zmienia się nasze podejście. Nie nastawiajmy się na orgazmy seryjne, a otwórzmy na niespodzianki, które zafunduje nam ciało, jeśli będziemy je traktować dobrze. A jest na to najwyższy czas. Po ciemnych wiekach, kiedy nasza seksualna satysfakcja była tępiona i lekceważona, nie możemy sobie pozwalać na zaniedbania. W seksie też obowiązuje równouprawnienie. I zarówno wagina, jak i łechtaczka – naczynia połączone – zasługują na taką samą afirmację. Żadna nie jest gorsza lub lepsza. 

Wracając do samej łechtaczki – nie ma jednego magicznego ruchu, który prowadzi na szczyt. Nie powiem, czy lepsze jest ssanie, masowanie, łechtanie, stymulowanie wibratorem, językiem czy dłonią, solo czy z partnerem_ką. Są naturalnie takie sposoby, które u większości kobiet się sprawdzają, jak podają statystyki. Polecam jednak metodę prób i błędów w szukaniu tego, co dla nas najlepsze. Kolejna ważna kwestia – seks to nie sprawdzian na najlepszych kochanków, więc wzajemne nawigowanie się to nie wstyd, a podejście z szacunkiem do siebie, swojego ciała i osoby, z którą idziemy do łóżka. Warto o tym pamiętać.

 

Źródła, z których korzystałam i do których warto zajrzeć:

Diane Ducret, „Zakazane ciało. Historia męskiej obsesji”, Znak Horyzont 2016

Variety Moszynski, Stephen Firmin, „Łechtaczka, piękna nieznajoma”, Francja 2002

projects.huffingtonpost.com/cliteracy

1 echtaczka girls room

Tekst ukazał się pierwotnie w drugim numerze feministyczno-erotycznego magazynu „G'rls ROOM” („Jej wysokość łechtaczka”, numer 2 - wiosna 2017).

Opracowanie graficzne Małgorzata Stolińska

Instagram G'rls Room

Sorry something went wrong. Here is the possible list of errors:

  • Error loading user data