Czytamy literaturę erotyczną i zastanawiamy się nad tym, co zrobiła dla nas dobrego i czy warto ją czytać. Pod kocem, kołdrą albo całkiem oficjalnie. Czy 50 twarzy Greya faktycznie zapoczątkowało rewolucję w naszych sypialniach, a przede wszystkim głowach?

Nigdy nie mów nigdy

I przypomnij sobie lektury z dzieciństwa. Zarzekałam się: nie przeczytam tych 50 twarzy... Ja takich książek nie czytam, nie czytałam, nie mam potrzeby, są lepsze rzeczy do czytania. Ale zaraz... Mam może 13 lat, jestem u cioci na wakacjach. Duszna noc, nie moje łóżko, wszystko mnie uwiera. To może poczytam. Ze stosu książek wyciągam jakiś podniszczony egzemplarz. Pamiętniki Fanny Hill. Nic mi to nie mówi. Czytam. Z wypiekami na twarzy, z uczuciem występku i z pulsującym pod skórą podnieceniem. Policzki pieką, oczy szczypią od mdłego światła lampki nocnej i drobnego druku, a ja zostaję rozbudzona na dobre. Bo Fanny to kurtyzana, wyzwolona jak na swoje czasy kobieta, która zna różne seksualne techniki, a swoje miejsca intymne ogląda w lusterku. Dziś to może pozycja nieco anachroniczna (napisana w 1748 roku), ale jak na pierwszą powieść erotyczną – w sam raz. Taki wakacyjny epizod.

Wyjście spod kołdry

Później lektury z seksualnymi wątkami zdarzały mi się różne, mniej lub bardziej podniecające (przekrój autorów od Henry’ego Millera przez Colette i Anaïs Nin po Charlotte Roche), ale jednak była to raczej dobra literatura. Czego o pozycjach balansujących na pograniczu erotyki i porno raczej nie można powiedzieć. Jednak dosłownie wszyscy i wszędzie – na przystankach, w kolejkach do lekarza – oficjalnie tego Greya czytali. A zwłaszcza kobiety. Niezależnie od wieku czytały i czytają to porno dla mamusiek (mom’s porn). I zaczęło się medialne bicie piany, ogłaszanie nowej seksualnej rewolucji. Mamy XXI, kariery, dedykowane nam sex shopy, jesteśmy w pełni wyzwolone, seksualność i cielesność oficjalnie zalała przestrzeń publiczną. I co? I podniecamy się jakimś porno-romansidłem? Popytałam wśród koleżanek. Sporo z nich czytało – jedne się śmiały, inne przepadały w lekturze do reszty. Na forach internetowych wciąż wszyscy sobie książkę E.L. James polecają i czekają na ekranizację, której trailer właśnie trafił do sieci. Padają też tytuły innych pozycji (książki Cherrie Lynn, Sylvii Day czy Dziennik nimfomanki), które raz po raz trafiają na listy światowych bestsellerów.

Głośniej!

Czytam. Soft BDSM, tkliwa historia romantyczna i jeszcze ten pruderyjny język polskiego tłumaczenia. Hmm. Lekka, przyjemna i podniecająca lektura do autobusu? Tyle plus dobry marketing wystarczy, aby mieć odnotować sukces? Spójrzmy na to z innej perspektywy. W większości przypadków nie jesteśmy wychowywane na boginie seksu, co najwyżej na boginie ogniska domowego, często brak nam podstawowych informacji o seksie i mamy w sobie tyle zahamowań, że ich nie szukamy. Przecież jest tyle ważniejszych spraw do załatwienia. Spełniamy więc zachcianki mężczyzn, a nasze potrzeby i fantazje zostają zepchnięte na boczny tor. Trzeba więc przyznać, że te wszystkie lepsze czy gorsze pozycje erotyczne – poza dostarczeniem rozrywki – faktycznie otwierają w głowie szufladkę z napisem seks i pobudzają do myślenia, fantazjowania, a w końcu – do działania. Żeby coś zmienić, ulepszyć czy po prostu pójść do łóżka. Częściej niż zwykle. A o korzyściach seksu chyba nie trzeba przypominać, zwłaszcza, że wg badań jakości życia seksualnego firmy Durex, 70% z nas uważa udane życie seksualne za czynnik, który w istotny sposób wpływa na nasz dobry nastrój. I w końcu te lektury popychają do tego, aby wyartykułować na głos swoje potrzeby, porozmawiać z partnerem o swoich fantazjach, bo on sam się niestety nie domyśli, co nam sprawi największą przyjemność. A już sama tak rozmowa może być przecież podniecającą grą wstępną. A jeśli nie mamy mimo wszystko odwagi powiedzieć, to może chociaż zacytujmy pikantny fragment.

Pejcze w ruch

Kobiety jednak deklarują (w badaniach, i na forach internetowych), że czytane przez nie książki nie tylko wzmagają ich apetyt na seks i oswajają z samym tematem, lecz również otwierają i mobilizują do zerwania z rutyną. Skoro bohaterka ma podobne pragnienia jak ja, to znaczy, że są one w porządku. I czas przystąpić do ich zaspokojenia. I jeśli nawet po przeczytaniu 50 twarzy Greya nie zamieniliśmy od razu naszych sypialni w jaskinie BDSM, to jednak odważyliśmy się wprowadzić choć jego elementy. Od 2012 roku na świecie znacząco wzrosła sprzedaż bielizny erotycznej i gadżetów, a badania Durex pokazują, że 24% z nas korzysta z zabawek erotycznych, 11% chętnie odgrywa różne scenki, aby podkręcić atmosferę w sypialni, zaś 7% przyznaje, że lubi czasem zostać związanym lub wiąże partnera. Może jeszcze nie rewolucja, ale jednak początek zmian. A to oficjalne czytanie książek, nawet deprecjonująco określanych jako porno dla mamusiek czy też kucharek, można by potraktować jako manifest. Tak, mamy XXI wiek i czas, aby ta seksualna rewolucja, która przetoczyła się kilkadziesiąt lat temu, zaczęła faktycznie dotyczyć wszystkich kobiet. Nie wstydzimy się już swoich lektur, swoich potrzeb, myślimy o seksie podobnie jak faceci. Też lubimy seks sam w sobie, a nie tylko jako dodatek do romantycznej przygody, która powinna zakończyć się przed ołtarzem.

Subiektywna lista lektur

Erotyczne lektury mogą się stać też dla niektórych substytutem stosunków. Projektujemy nasze marzenia na książkowe bohaterki, przeżywamy ich miłosne uniesienia i na tym koniec. Na takie pułapki też trzeba uważać, ale tak czy inaczej warto czytać, fantazjować i co najważniejsze – wprowadzać te fantazje w życie. To bez wątpienia lepsze niż czytanie książek typu Dom nad rozlewiskiem. Oczywiście, marzę o tym, aby pojawiało się tylko dobrze napisane porno. Ale może to się jednak wyklucza, może to jest oksymoron? Po prostu: enjoy this guilty pleasure!

Fot. pinterest.com