Dzieci w szufladzie
Była nazywana księżniczką polskiego malarstwa, boginką–Słowianką, czarodziejką. Zofia Stryjeńska, choć doceniana jako malarka dwudziestolecia międzywojennego, miała jednak całe życie pod górkę. Przede wszystkim z powodu małżeństwa z Karolem Stryjeńskim, który po pewnym czasie znudził się artystką, prowadząc na boku liczne romanse. Kiedy wracał z całonocnych imprez od Rafała Malczewskiego, Karola Szymanowskiego czy Witkacego, urządzała mu awantury, w trakcie których talerze latały w powietrzu, a okna traciły szyby. Pewnego razu Stryjeński, pod pretekstem złagodzenia konfliktu, zaprosił żonę do teatru. Kiedy wsiadła do taksówki, okazało się, że zmierza w zupełnie innym kierunku – do szpitala psychiatrycznego. Architekt poprosił znajomego lekarza o zamknięcie Zofii w pokoju bez klamek. Następnego dnia wybuchł skandal. Jak pisała prasa: „Fakt powyższy wywołał w Zakopanem niesłychane oburzenie i zdumienie, albowiem pani Stryjeńska, mimo pewnej ekscentryczności, nie zdradzała żadnej choroby umysłowej”. Sprawa skończyła się w sądzie. Rzecz jasna, rozwodem. O jakiej ekscentryczności mówiono? Krążyły plotki, jakoby malarka zamykała swoje bliźnięta w szufladzie, bo przeszkadzały jej w pracy.
Zofia Stryjeńska, fot. NAC / Zofia Stryjeńska - Pory Roku, fot. Białczyński, źródło:bialczynski.wordpress.com
Wstydliwy imprezowicz
Michał Anioł, Leonardo da Vinci i Rafael Santi – artystyczny triumwirat włoskiego renesansu. Chociaż o wielkiej trójce napisano już chyba wszystko, mało kto pamięta, jak zmarł ostatni z nich. Że młodo, to wiadomo. Że w Wielki Piątek, w który przed laty również się urodził, to także powszechna informacja. Ale jak? Zgodnie z tym, co podaje XVI-wieczny historiograf Giorgio Vasari, przyczyną było… rozpustne życie autora. „Po jakiejś hulance, większej niż zazwyczaj, wrócił do domu z ogromną gorączką, a lekarze sądzili, że się zaziębił. Ponieważ nic nie powiedział o swej hulance, nieopatrznie puszczono mu krew, i to tak silnie, że poczuł się osłabiony, a potrzebował wzmocnienia. Z tego powodu uczynił testament…” – pisze Vasari. Nazywany bogiem sztuki, autor największych arcydzieł XV wieku – „Madonny Sykstyńskiej” czy „Szkoły Ateńskiej” – umarł w wieku trzydziestu siedmiu lat.
Rafael, „Autoportret”, źródło: wikimedia.com / Rafael, „Szkoła Ateńska”, źródło: wikimedia.com
Obłędna miłość
Można oszaleć z miłości? Można. Wystarczy przypomnieć sobie historię upadku Camille Claudel, żeby być pewnym tego, że to nie tylko tani kinowy chwyt. Kiedy utalentowana, dziewiętnastoletnia dziewczyna poznaje w pracowni rzeźbiarskiej Akademii Colarossiego czterdziestoletniego Auguste’a Rodina, rozpoczyna się ich wzajemna fascynacja. Parą byliby świetną, bo łączyło ich wiele, ale dzieliło jeszcze więcej – Rodin był od lat związany z kobietą, z którą miał dziecko. Romans więc musiał pozostać w ukryciu. Mimo że rzeźbiarz przez lata obiecywał Claudel, że porzuci swoją partnerkę i wszystkie kochanki, które miał na boku, Camille postanowiła w końcu od niego odejść. Być może z powodu aborcji, do której miał ją rzekomo nakłonić, artystka podupadła na zdrowiu – fizycznym i psychicznym. Odcięła się od wszystkich, zniszczyła swoje rzeźby i powoli pogrążała się w obłędzie. Zmarła w szpitalu psychiatrycznym, a jej ciało pochowano na cmentarzu komunalnym. Można sobie zadać tylko pytanie, czy uczucie do Rodina, które doprowadziło do zaprzepaszczenia jej obiecującej kariery i tragicznej śmierci, było w ogóle prawdziwe? Czytając słowa Małgorzaty Czyńskiej, chyba można odpowiedzieć twierdząco: „Dziesięć lat wcześniej Camille wystawia „Wiek dojrzały”, rzeźbę niezwykle osobistą. Starzejący się bóg zostaje porwany przez starość, a młoda dziewczyna, błagając na kolanach, rozpaczliwie próbuje go zatrzymać. (…) Rzeźba wstrząsnęła Rodinem. W 1932 roku marszand Eugene Blot pisał do Camille: „Widziałem go głaskającego metal i płaczącego… Tak, płaczącego jak dziecko. W rzeczywistości kochał tylko panią, Camille, mogę to dzisiaj powiedzieć. Cała reszta, te godne litości przygody, to śmieszne życie światowe tego, który w gruncie rzeczy pozostał człowiekiem ludu, było tylko wyżyciem się niezwykłej natury… Pani za bardzo wycierpiała przez niego. Czas nada wszystkiemu właściwe proporcje”. Niestety, było już za późno.
Camille Claudel, „Wiek dojrzały”, fot. ADAGP, źródło: camilleclaudel.asso.fr / Camille Claudel, źródło. wikimedia.com
Polowanie na Delacroix
Wszyscy znamy „Słoneczniki” van Gogha. Znamy też obrazy Maneta, Cezanne’a czy Delacroix. Mało kto jednak wie, że w XIX wieku płótna tych artystów należały do ogromnej kolekcji Edgara Degasa. Impresjonista miał bowiem, oprócz malowania słynnych tancerek, drugie zajęcie – poszerzanie swojej gigantycznej kolekcji, która w chwili jego śmierci liczyła ponad pięć tysięcy płócien. Była jego oczkiem w głowie, o którą dbał nieraz bardziej niż o swe własne dzieła. Oszczędzał jak tylko mógł, byleby tylko poszerzyć ją o kolejny nabytek. Czasami też kupował obrazy przyjaciół, żeby wspomóc ich finansowo. Tak było w przypadku płócien Gauguina, których nabył aż dziewięć – autor „Żółtego Chrystusa” zbierał wówczas pieniądze na wyprawę na Tahiti. Degas był również ogromnie zazdrosny o swe zbiory. Ponoć, gdy pewien pracownik muzeum poprosił go o sfotografowanie jednego ze szkiców Delacroix, ten odparł: „Nigdy! Ja musiałem czekać na ten szkic dwadzieścia lat, inni niech też poczekają”. Kiedy natomiast jeden z jego przyjaciół stwierdził, że artysta powinien podarować jakiemuś muzeum portrety państwa Leblanc, bo w przeciwnym razie mogą znaleźć się za granicą, usłyszał w odpowiedzi: „Tak, a potem będę siedział przed nimi wśród przypadkowych zwiedzających i pocieszał się myślą, że jestem bardzo szlachetny”. Nawet gdy w wieku 79 lat stracił wzrok, nadal przechadzał się wzdłuż ścian, na których zawieszone były jego ulubione płótna, i dotykał ich faktury. Jego własne obrazy zaś były schowane pod stołami i sofami.
Edgar Degas, „Lekcja baletu”, źródło: wikimedia.com / Edgar Degas - autoportret, źródło: opolonocywparyzu.pl
Na spacer z mrówkojadem
Salvador Domènec Felip Jacint Dalí i Domènech, marquès de Dalí de Púbol. Dłuższym nazwiskiem i przydomkami mógł się pochwalić chyba tylko Picasso*, którego Salvador Dali – bo o nim mowa – jako młody artysta hołubił (po latach jednak posumował, że jego jeden obraz jest więcej wart niż wszystkie Picassa). Jeśli by przyjrzeć się bliżej życiorysowi Dalego, spokojnie można stwierdzić, że to doskonały materiał na niejeden film. Ten ekscentryk, megaloman, narcyz i ekshibicjonista przede wszystkim uwielbiał być w centrum zainteresowania. Jeszcze będąc w szkole, któregoś razu niefortunnie spadł ze schodów. Kiedy zauważył, że cała uwaga reszty uczniów skupiła się na nim, od tej pory spadał z nich codziennie. Na ulicach, spotkaniach czy wystawach pojawiał się z psami, mrówkojadami czy ocelotem. Innym razem prowadził długi wykład, na który przyszedł ubrany w strój nurka głębinowego. W hełmie nie mógł jednak złapać powietrza, więc próbował go zdjąć. Bezskutecznie – hełm utknął na dobre na głowie malarza. Słaniając się na nogach artysta przez kilka minut walczył o życie, podczas gdy reszta publiczności obserwowała z zaciekawieniem zmagania surrealisty, sądząc, że to kolejny ekstrawagancki żart. Dopiero po pewnym czasie zorientowali się, że to nie przelewki, i uwolnili duszącego się Dalego. I dobrze, bo dzięki temu możemy podziwiać jego „Płonącą żyrafę” czy „Trwałość pamięci”. Podobno, gdy malował ten ostatni, inspiracją był topiący się pod wpływem ciepła ser Camembert.
Salvador Dali, „Trwałość pamięci”, źródło: wikimedia.com / Salvador Dali, fot. Philip Halsman, źródło: greynotgrey.com
*Pablo Picasso – wł. Pablo Diego José Francisco de Paula Juan Nepomuceno María de los Remedios Cipriano de la Santísima Trinidad Ruiz y Picasso.
Zdj. główne: Pierre Puvis de Chavannes, „Hope”, źródło: flickr.com




