„Jest taka jedyna na świecie, gdybym jej nie spotkał, to co ja bym robił” – pisał w swoich „Dziennikach” Jarosław Iwaszkiewicz o żonie Annie. Jego homoseksualizm, jej biseksualne skłonności czy choroba psychiczna nie zachwiały ich związkiem. Wielu im się dziwiło, jednak oni stworzyli piękną, miłosną relację mimo wszystko, a ich dom w Stawisku był miejscem bujnego życia kulturalnego. Świadectwo wielkiej czułości, którą się darzyli, stanowią ich listy, które wysyłali do siebie z podróży. 

Był 12 września 1922, 24-letnia Anna, jedna z najlepszych partii w Polsce, córka przemysłowca Stanisława Lilpopa wyszła za mąż za 28-letniego Jarosława Iwaszkiewicza, o którego skłonnościach do mężczyzn po prostu w tamtych czasach powszechnie się wiedziało. Jednak – jak pisze Krzysztof Tomasik w „Homobiografiach” – tego typu małżeństwa nie były ówcześnie niczym dziwnym, wręcz były na porządku dziennym, były wygodną instytucją, ułatwiającą zorganizowanie sobie życia. Zresztą Jarosław deklarował w swoich „Dziennikach”, że do małżeństwa zawsze miał pociąg i lepiej nie mógł trafić. Z kolei Anna od początku zdawała sobie sprawę z homoseksualizmu męża i bywało, że nieraz go wspierała w jego miłosnych cierpieniach (wiedziała o wszystkich moich uczuciach – pisał Iwaszkiewicz). Choć z drugiej strony patrzyła na homoseksualizm, zwłaszcza kolegów męża, jak na pewną pozę artystyczną, modę, obnoszenie się. Sama przeżyła fascynację Marią Morską, jednak jej zapiski świadczą o tym, że wystraszyła się tych nowych emocji. Z Jarosławem doczekali się dwóch córek – Marii i Teresy. Niespełnionym marzeniem pisarza było posiadanie syna. Dalsze plany prokreacyjne pokrzyżowała jednak choroba psychiczna Anny, która ujawniła się ok. 1935 roku. Ich związek, który można by nazwać partnerskim, był niezwykle czuły, pełen wzajemnej troski i wymiany intelektualnej myśli. Pisali do siebie o uczuciach, rodzinie, przyjaciołach, komentowali bieżące życie polityczne i kulturalne. 

Sypialnia Iwaszkiewiczów w domu w Stawisku, fot. stawisko.pl

Beaulieu, 21/III 1926

Mój Syneczku miły!

Ucieszyłam się wczoraj bardzo z twoich listów, które dostałam jednocześnie, ale dopiero wieczorem, bo zapomnieli przynieść mi na górę o 6, tak że myślałam już, że trzeba będzie czekać aż do poniedziałku. Widzę, że jesteś jakoś dość kwaśno usposobiony do Irenki w tym roku; biedactwo rzeczywiście wlazła w milieu wprost fatalne; a jej sytuacja według mnie pogarsza się, i to w wielkiej mierze z jej winy. Dla niej właśnie byłoby dobrze się stało, gdyby przed powrotem do Warszawy jakiś czas ze mną przebyła, byłabym jej wiele rzeczy wyperswadowała. 

Tej Mezowej strasznie mi żal z powodu dzieci; i tu zawsze okazuje się to samo, o czym tak często mówię: że po pierwsze, nie powinno być tyle małżeństw, z których połowa jest bez sensu; po drugie, że przeważnie małżeństwa mieszane są złe, po trzecie, że to jest właśnie rezultat robienia sobie dzieci z byle kim!

(...)

Całuję Syneczka.
H.

 

22 marca 1926

Moja najmilsza i bardzo droga! 

Wczoraj – tylko kartka od ciebie po sobotnim milczeniu. Lękam się, że zimno się u was zrobiło, bo tutaj taki chłodny wiatr, że aż mróz po kościach jeździ i ja nawet dostałem kataru! Ciągle myślę o tobie, bo to już by była fatalność, gdybyś znowu była narażona na chłody. Nic mi nie pisałaś, że Eberowie są w Beaulieu czy St. Jean – ostrożnie z nimi, bo obrażają się o byle co! Wczoraj pracowicie napisawszy ogromną recenzję o Wicie i rozdział (dość słaby) powieści poszedłem między ludzi. Po południu byłem u Zaleskich, on zawsze miły i inteligentny, ona jakaś ni w pięć, ni w dziewiętnaście, nie może ani rusz pogodzić swego porucznikostwa wojsk polskich i Virtuti Militari z poważnym stanem! Byli Opieńscy, on jest szalenie miły – coś takiego dobrego ma w oczach. Przyjechał tutaj na 2 conférence w Instytucie słowiańskim, Le style musical polonaise ancien et moderne. Bardzo mnie zajmuje ta synteza. Zwłaszcza w drugim odczycie przeprowadza linię rozwojową Chopin–Zarębski–Paderewski–Szymanowski, co mnie bardzo interesuje. Niestety właśnie na drugim odczycie nie będę mógł być, bo obiecałem Poznańskiej, że pójdę z nią do Club „Du Faubourg” na dyskusję, która mnie minimalnie interesuje. Ale trudno – obowiązki wdzięczności! Prócz tego była Mickiewiczówna, bardzo miła osoba, która zresztą o niczym innym nie mówi tylko o ojcu i o matce – przy czym przed każdym zdaniem robi „kkkrrr...” jak Leszek [J. Lechoń], kiedy pokazuje kretyna. Oprócz tych osób zabłąkał się jakiś pan Dąbrowski, którego nikt nie znał, nawet sam Zaleski. On przyszedł, przedstawił się, powiedział: jak to, nie poznaje mnie pan? Jestem Dąbrowski! (to dużo!) i potem siedział i nie wiadomo było o czym z nim mówić, bo nikt nie wiedział, czy to stały mieszkaniec Paryża, czy przyjezdny, czy kto. A on milczał jak zaklęty! Wieczorem polazłem do Godebskich, u których zebrały się tłumy, co się nazywa. Bo oni nie przyjmowali przez całą zimę, nareszcie teraz się zdecydowali, więc kto w Boga wierzy, przyleciał. Alec Steinert z śliczną żoną i z strasznym ojcem, który okazał się po prostu starym Żydem, handlarzem fortepianów z Bostonu, pan Henri Gouïn, jak zawsze piękny i wykwintny, Mimi [Blaque-Blaire] z mężem, bardzo miły Jacques Ibert, kandydat na berło po Ravelu, Marcoussisowie, którzy spędzili całe lato w St. Tropez z Godebskimi, Crevelem, Sauguetem i innymi przyjaciółmi Niki [Nabokova]; podobno lato było dramatyczne, pełne konfliktów i powikłań, z rozgałęzionymi stosunkami płciowymi, zresztą dość nienormalnymi, o czym się dziś mówi tak głośno, jak się dawniej o normalnych tylko w kawalerskich towarzystwach mówiło. Prócz tego gąszcz nie znanych mi z fachu, nazwiska i nawet twarzy ludzi. Korzystając z tych tłumów ugadałem się z Casellą za pięć kopiejek. Godebscy jak zawsze szalenie serdeczni, ona szczególniej; on jakoś po tym fantastycznym liście, który pozwoliłem sobie zlekceważyć, jakoś mniej choruje na polszczyznę. Dobre i to na te ciężkie czasy. Casella wciąż opowiada o Piotrusiu [Perkowskim] i o jego sukcesach u kobiet tutaj i w Warszawie. On rzeczywiście zabawny jest z tą swoją absence we wszystkich kierunkach, tylko o ile to nie dotyczy kobiet. Wtedy staje się zręczny i przemyślny.
 

 Całuję Cię mocno i serdecznie.
 Zawsze twój J.I.
 Czy nie masz co lepszego do czytania od moich sonetów?

Fot. wikipedia.org

 Stawisko, 11/II 1932

Syneczku!

Dzieci bardzo cieszyły się wczorajszymi i dzisiejszymi kartkami od Ciebie; ja wczoraj nie pisałam, bo byłam w Warszawie z rana, a zresztą wolałam na Twój dzisiejszy list poczekać. Dziś też byłam w Warszawie cały dzień, rano załatwiałam rożne sprawunki, na obiedzie u Irenki, a p[o] p[ołudniu] byłam u Meyerowej i u Staruszka. U Meyerów zasiedziałam się dość długo, bo rozgadałyśmy się na różne tematy, nie tylko – muzyczne. Co do Artura, to widocznie nieporozumienie, bo on podobno wcale na ten jubileusz filharmonii nie przyjeżdża, bo to dla niego niemożliwy termin i zamiast niego ma grać... Michałowski! Możesz sobie wyobrazić, co o tym Zosia M[eyerowa] mówi! Była też mowa o jego ewentualnym małżeństwie, które zresztą, mam wrażenie z tego, co mówiły mi Lilpopki, do skutku nie dojdzie; Nela jest w Dreźnie, w szkole tańca. Ze Staruszkiem nie bardzo się ugadaliśmy, bo kiedy pierwszy raz tam zajechałam przed 5-tą, nie było go, powiedziała mi służąca, że będzie dopiero po piątej, a ja o szóstej koniecznie chciałam już wracać. W ogóle ostateczną rozmowę odłożyliśmy do Twego powrotu, bo on przede wszystkim zajęty jest sprawą odpowiedzi Rohanowi i czytał mi kopię listu swego do Ciebie w tej sprawie. Sądzę, że chyba powinni spokojny i przyzwoity artykuł w tej sprawie do „Eur[opaische] R[evue]” przyjąć, o ile to jest rzeczywiście europaische, a nie czysto niemiecki (a właściwie raczej tak). Trochę mi głupio iść do Woytkowskiego, bo nie wiem, o jaką sumę chodzi, ile trzeba by na te dwa przyjazdy. Mrozy są ciągle szalone, dziś rano było 18 stopni. Może jutro do Warszawy nie pojadę, tylko znowu w sobotę, bo jednak jazdy na takie zimna do przyjemności nie należą. Napisz mi, co powiedzieć Woytkowskiemu, to może w poniedziałek pójdę. Malupki, wiesz, że najlepiej byłoby, gdybyś przyjechał w czwartek rano, a nie w środę, bo ja w środę mam pewne rzeczy załatwić, a w dniu Twego przyjazdu nie chcę być od rana w Warszawie. Wiesz, że obstalowałam sobie u Żmigrydera wełnianą wizytową suknię, bo właśnie taka teraz będzie mi ciągle potrzebna. Przedwczoraj ostatni dzień karnawału był wyjątkowo smutny; nawet dzieci się nie przebierały, bo poprzeziębiane, i Tereska poszła wcześniej do łóżka, a wczoraj i dziś przeleżała; Mademoiselle z rana dostała wiadomość o śmierci babki, na którą zresztą od dawna czekała, bo babka już ciężko chora była od dawna; parę dni temu też miała przykre wiadomości od narzeczonego, który stracił wszystkie swoje trzyletnie oszczędności na skutek bankructwa banku, gdzie te pieniądze złożył, jednym słowem nastrój był fatalny. Wczoraj za to zrobiłam sobie wielką przyjemność, bo kupiłam z rana Koncert księżycowy Beethovena w tym układzie fortepianowym, o którym mówiłeś, i rozkoszowałam się nim. Wiesz, że ten koncert i koncert Karola uważam za dwa najpiękniejsze na świecie i jak sobie przypominam, że Baba mówi, że ten koncert ją nudzi, to zaczynam rzeczywiście wątpić w jej muzykalność. Co prawda to moje przekonanie o jej głębokiej muzykalności podkopuje również mocno fakt, że stawia tak wysoko Casellę, że w każdym razie może porównywać go z Karolem. Malutki, napisz mi, jaki będzie twój adres w Krakowie, czy „Grand”? Wysyłam dziś te 100 zł, o których wczoraj zapomniałam, ale mam nadzieję, że nart sobie nie kupisz. Listu nie zaklejam, bo może jutro z rana jeszcze coś dopiszę. Teraz na dobranoc całuję cię, „najczulszeczku” mój.
 

Twoja H.
Meyerowa mówiła mi, że już gdzieś czytała o tym numerze chopinowskim, wyjątki z artykułu Gide’a, więc znaczy się, że Gryc już się z tym spóźnił, choć daliśmy mu to już z miesiąc temu, a taki był gwałt! Cóż to za fajtłapa!

Fot. wikipedia.org 

 Zakopane, 12 lutego 32

Moje złotko!

Nie pisałem wczoraj, bo mnie wyciągnął Miecio na narty na całe rano, a po południu parę godzin siedział u mnie Tadzio Breza z gramofonem, więc nie miałem ani chwili czasu, aby choć parę słów do ciebie nakreślić. Mam nadzieję, że mi nie weźmiesz tego za złe, tym bardziej że dotychczas byłem tak „pięknym i punktualnym korespondentem”.

(...)

Wczorajszy spacer z Mieciem [Mieczysław Grydzewski] był bardzo piękny i przyjemny pomimo strasznego mrozu, nie masz pojęcia, jakie tu teraz chłody, całe szczęście, że w mieszkaniu bardzo ciepło. Nie zmęczyłem się tak bardzo i nawet mnie dzisiaj kości nie bolą, i Miecio powiedział, że mam zdolności do nart. Żebym tak nie oszczędzał na czasie, tobym pewnie dużo jeździł, ale teraz to jest jednak trochę za chłodno i można sobie ucho albo co gorszego jeszcze odmrozić. Karol [Szymanowski] jedzie w poniedziałek do Warszawy na ten koncert jubileuszowy i ja zostaję jeszcze przez dwa dni sam na gospodarstwie z Kicią, myślę, że nie będzie wielkiego nieporządku i że nie zrobimy Karolowi jakichś przykrości. Strasznie mi żal Karola, właściwie mówiąc, strasznie ma samotne życie i z samej pustki spędza pół dnia w „Morskim Oku”, budzie potwornej, gdzie rozmawia godzinami z jakimiś potwornymi nudziarzami w rodzaju starego Wyrzykowskiego, ale to jeszcze najlepszy z jego kompanionów. Rzeczywiście nie ma do kogo ani do czego wracać. Z Olkiem zdaje się wszystko się skończyło i przeszedł w inne ręce. Karol udaje, że niby nic, ale zawsze chociażby dla jego ambicji to niesłychanie przykra historia. Ja zawsze wiedziałem, że ten mały to wielka świnia i nikt prócz samego Karola nie łudził się co do tego, ale zawsze jeszcze człowiek jest zdziwiony, że można być człowiekiem i taką świnią jednocześnie. Taki to i człowiek, po prawdzie powiedziawszy. Nie mam Ci wiele więcej do doniesienia. Ma rację Kicia, która ze zdziwieniem mnie się spytała, o czym ja mogę pisać codziennie do cioci Hani, ona pisze do matki raz na tydzień i nigdy nie wie, o czym pisać. Tym bardziej, że dnie tu monotonne i nie widuję prawie nikogo. Wieniawa przyjechał na kurs narciarski tutaj i Stefcia [Tuwimowa] razem z nim. A Julek [Tuwim] pojechał do Wiednia. Bardzo to przykra rzecz ta cała sprawa.(...)
 

Na razie do widzenia, moja malutka. Ściskam Ciebie i małe, opowiadanie o kogucie jest czymś prześwietnym.
Całuję mocno, jak kocham.
Twój Jarosław

Fot. materiały prasowe

Cytowane fragmenty pochodzą ze zbiorów „Listów Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów”, wydawnictwo Czytelnik