Kierunek na weekend? Madryt. To miasto tętni życiem przez całą dobę. I choć latem lekko pustoszeje ze względu na wysokie temperatury, mimo to oferuje wszystko, co najlepsze. Gdzie iść, bawić się? Co jeść? Jak doświadczyć wysokiej kultury? To wszystko w przewodniku enter the ROOM.

Prawie 3,5 miliona mieszkańców. Dużo zieleni. Wąskie chodniki. Zdywersyfikowana architektura. Szalone życie nocne, a w dzielnicach Chueca i Malasaña czuć wciąż tę słynną movida madrileñaz której wywodzi się sam Almodóvar czy Alaska. Piękne jest to niebo nad Madrytem, które choć oddzielone od prześcieradła tkanki miejskiej grubą kołdrą smogu, troszczy się o nie błękitem bardziej błękitnym, niż można to sobie wyobrazić.

Madryt jest niczym niezbyt urodziwa kobieta, bez której jednak nie możesz żyć – powiedział swego czasu jeden z najważniejszych hiszpańskich rysowników, Antonio Mingote. I coś w tym jest, bo Madryt nie jest doskonały. Chropowaty, za rogiem trochę podgniły, ale za chwilę dostojny i wzruszający. Stolica Hiszpanii to reżyser, a jej mieszkańcy i turyści – aktorzy. Tu można przybrać każdą rolę – od piosenkarki po aktora gejowskiego porno, od nauczycielki po dziennikarza hipstera, od artysty po pracownika wielkiej korporacji. W Madrycie jest miejsce dla każdego. Co zrobić, żeby to poczuć? Właściwie – gdzie zacząć? Z pewnością od centrum.

Centrym Madrytu jest duże. Ale każdy, kto wyląduje na lotnisku Adolfo Suarez Madrid Barajas powinien wziąć białą taksówkę i udać się na Gran Via. Od tej ulicy, o spektakularnej, secesyjnej architekturze wymieszanej ze sprytnie wkomponowanym w przestrzeń modernizmem, warto zacząć poznawać miasto. Taksówka z lotniska kosztuje 25 euro i jest to kwota niezmienna, ustalona z góry przez korporację. W Madrycie jest jedna miejska korporacja taxi, ta najpopularniejsza i największa, poznacie ją łatwo – biel samochodu z czerwonym pasem. Nie bójcie się, czasy, gdy taksówkarze lubili naciągnąć nieświadomych turystów na kilka, kilkadziesiąt lub kilkaset pesetas więcej, minęły wraz ze zmianą waluty na euro. A może trochę później. W każdym razie mniej więcej w tym czasie miasto zdecydowało się nadzorować i karać nieuczciwych kierowców. Poza tym, mając odrobinę szczęścia, traficie na taksówkarza podśpiewującego hity hiszpańskiego popu. Warto przed wyjazdem włączyć youtube i zapoznać się z niektórymi nazwiskami.

Z lotniska do centrum można dostać się również metrem. Koszt? Ok 10 euro. 

Gdy już wylądujemy w sercu Madrytu, warto spojrzeć w górę. Tak poczujemy miasto. I tylko tak możemy docenić kunszt południowej architektury – budynki są skupione bardzo gęsto, ulice są wąskie – sąsiedzi nie muszą wychodzić z domu, żeby wymienić się plotkami. Wystarczy wyjrzeć przez okno. Taka zabudowa napiera od zachodniej strony na Gran Via, co widać na zdjęciach powyżej – oto zakątki dzielnicy Malasaña. Zanim jednak zagubicie się w ich labiryncie, trzeba gdzieś zostawić walizki.

Często bywa tak, że urok miejsca, do którego docieramy pryska wraz widokiem hotelu lub hostelu, który wybraliśmy. Jeśli chcecie być w samym środku wydarzeń, najlepiej zarezerwować nocleg w design hotelu Praktik Metropol, przy calle Montera 47. Dotrzeć jest tam bardzo łatwo, bo Praktik zajmuje narożną kamienicę przy Gran Via, z widokiem na pulsującą, główną ulicę miasta. Ten butikowy hotel został nagrodzony za wystrój już wielokrotnie. Pokoje to biel i drewno, do wyboru: z widokiem na studnię, z widokiem na dachy Madrytu lub narożne, z balkonami i widokiem na Gran Via i budynek Telefonica. Korzystaliśmy z tych ostatnich – warto się spieszyć z rezerwacją, bo są tylko 3 w całym hotelu! Ceny? Jak na Madryt i fantastyczną lokalizację – bardzo dobre. Pokój od 60 euro za dobę. Do tego ogólnodostępny taras na dachu kamienicy.

Schodząc w dół calle Montera, dotrzemy do jednego z najważniejszych placów Madrytu, Plaza del Sol. To pełne turystów i osób przebranych w gigantyczne kostiumy postaci z kreskówek (które często biją się między sobą o wpływy – nie na żarty) miejsce jest częstym planem filmowym, a sceny rabunku i pościgu policyjnego realizował tam m.in. Alex de la Iglesia do obrazu Wiedźmy z ZugarramurdiNie trzeba zatrzymywać się tam zbyt długo. Z Plaza del Sol warto skręcić w lewo, w Carrera de San Jerónimo i dojść do maleńkiego lecz bardzo ruchliwego Plaza de Canalejas. Tam, obserwując mieszkańców Madrytu biegnących do pracy lub na spotkania, zjemy pyszne churros, maczając je w gęstej, gorzkiej czekoladzie. Perfekcyjne śniadanie. Z Plaza de Canalejas jest już wszędzie blisko – niedaleko znajduje się budynek parlamentu, a jeśli zejdziemy w dół, dotrzemy do Muzeum Prado. Z Canalejas jest też blisko do Cibeles – miejsca symbolicznego dla miasta.

 

Jeśli ktoś jednak nie ma ochoty na churros, ale chciałby się przekonać, że najlepszej kawy nie napije się we Włoszech, a właśnie w Madrycie, wychodząc z hotelu Praktik musi udać się w przeciwną stronę niż Plaza del Sol i wejść w szaloną dzielnicę Malasaña, zamieszkałą przez hipsterów, artystów, freaków i starszych mieszkańców miasta. Dziś Malasaña jest jedną z najmodniejszych dzielnic, choć jeszcze kilkanaście lat temu strach było się w nią zapuszczać. W wąskich portalach wąskich kamienic stali wąscy dilerzy, handlujący narkotykami. Mury podpierały prostytutki, które zresztą nadal tam stoją (podobnie jak na calle Montera). Jednak można się tu poczuć bezpiecznie. Dziś otwierają się tu najmodniejsze lokale w mieście, w których często można spotkać bohemę madrycką, a nawet tę, która na przełomie lat 70. i 80. tworzyła znaczący ruch kulturalny movida madrileña. Zanim jednak udacie się ich szlakiem – śniadanie z najlepszą kawą! Toma Cafe, czyli w dosłownym tłumaczeniu – weź kawę – to mikroskopijnych rozmiarów miejscówka w sercu Malasaña, przy calle de la Palma 49. Przygotują tu dla was doskonałą kawę w każdej możliwej odsłonie. I nikt się nie obrazi, jeśli poprosicie o klasyczne cafe con leche (kawę z mlekiem) zamiast chemexu. Warto wracać tu codziennie, aby spróbować wszystkiego, co oferuje kawiarnia i zaprzyjaźnić się z baristami. Podobno od niedawna pracuje tam Polka przygotowująca znakomitą kawę! Łatwo jednak Toma Cafe przeoczyć (jest bardzo mała), zachęcamy więc do spoglądania w górę, szukając czarno-białego szyldu.  

 

Do Malasaña trzeba wracać nocą i wpaść do baru La Gloria, niedaleko Toma Cafe, przy ulicy Noviciado 2, do piwiarni Fabrica Maravillas przy calle de Valverde 29, undergroundowego Amor de Madre przy San Joaquin 14, albo teatru z 10-minutowymi sztukami prezentowanymi przez cenionych aktorów, będącego zarazem świetnym barem – Microteatro por Dinero na ulicy Loreto Prado y Enrique Chicote 9.

Zanim zapadnie zmrok, fajnie jest naładować akumulatory przed szaloną nocą. Gdzie najlepiej? Wśród przyrody. Nie znajdziemy więc w centrum (i poza nim!) lepszego miejsca niż Park Retiro. Trafić jest tam łatwo, bo właściwie wszystkie drogi tam prowadzą. Na 120 hektarach zieleni znajdziecie sztuczne jezioro, którego pilnuje zastygła na kolumnie podobizna króla Alfonsa XII Burbona. Staw jest miejscem kultowym, a jeśli mamy ochotę, możemy przemierzyć go wzdłuż i wszerz wynajętą łódką. Kilkadziesiąt metrów dalej, dumnie stoi nad inną sadzawką Kryształowy Pałac, należący dziś do Muzeum Królowej Zofii, prezentujący fantastyczne ekspozycje, które w przeszklonych wnętrzach nabierają jeszcze ciekawszej formy. Warto tam zaglądać za każdym razem, bo wystawy zmieniają się stosunkowo często. 

Nie polecamy jeść w parku, chyba że sami przygotujecie piknik. Jeśli nie, warto udać się ku wyjściu przy Puerta de Alcalápięknym, klasycystycznym pomniku na Plaza de Independencia, będącym jednym z symboli Madrytu. Widok na niego można kontemplować z ogródka ekologicznej restauracji [h]arina. Warto się skusić na ciasto serowe z truskawkami – to na słodko. Na słono trzeba zamówić empanadillę z tuńczykiem! I cieszyć się cudowną scenerią z niebieskim tłem wymalowanym przez niebo (w Madrycie prawie nigdy nie pada). 

 

W tym momencie pozostaje nam kilka dróg do wyboru, zejść w dół do placu Cibeles i wziąć na wynos bombę kaloryczną w wiekowej cukierni Vait przed wizytą w Prado, albo wejść w ekskluzywną ulicę Serrano, będącą częścią ekskluzywnej dzielnicy Salamanca, gdzie swoje butiki mają Saint Laurent, Iceberg, Manolo Blahnik, Prada, Gucci, Tous, Cartier, Carolina Herrera. Oprócz ekskluzywnych sklepów otwarto tu również najmłodsze dziecko grupy Inditex – Uterqüe i bardzo popularnej w Hiszpanii Bimba y Lola. Wielbiciele najwyższej jakości kuchni powinni odszukać domu towarowego El Corte Ingles pod numerem calle Serrano 52. Na samym szczycie gmachu zorganizowano strefę Gourmet Experience, z trzema restauracjami o wspólnej wartości 7 gwiazdek Michelin. Czego spróbujemy? Odważnej i szalonej kuchni Davida Muñoza (3 gwiazdki Michelin) i jego projektu StreetXO – tańszej i szybszej wersji DiverXO, meksykańskich przysmaków w Salon Cascabel (1 gwiazdka Michelin) i totalnie szalonych lodów i deserów w Rocambolesc (3 gwiazdki Michelin), należącej do Jordiego Roca i Alejandry Rivas, będących częścią najlepszej restauracji świata Celler de Can Roca. Panorama rozpościerająca się z tarasu zapewni najwyższe z możliwych doznań estetyczno-kulinarnych. Ceny? W Diverxo i Salon Cascabel wydamy mniej więcej ok. 15-20 euro. Lody zjemy w cenie 3-5 euro. 

 

Koniec z podjadaniem. Czas na ucztę kuturalną. Wciąż jesteśmy w centrum, a odległości na piechotę to kwestia 20 – 30 minut. Jeśli trafi się na ładną pogodę (czyli prawie zawsze), miło jest przespacerować się do Muzeum Prado, położonego przy Paseo del Prado. To mekka dla wielbicieli sztuki. To, co daje największą radość, to spojrzenie z bliska na Las Meninas Velazqueza, Maję Nagą i Maję Ubraną Goi, obraz 3 maja 1808 roku tego samego autora, Ogród rozkoszy ziemskich Boscha, a także gigantyczne płótna Tycjana, Rubensa, van Dycka, Zurbarana, van der Weydena, Picasso, szkice Dürera i innych. Prado nie da się zobaczyć w jeden dzień. Bilety wstępu dla dorosłych to koszt 18 euro. Po godzinie 18:00 każdego dnia ustawiają się długie kolejki, ponieważ od 18:00 do 20:00, zbiory muzeum można obejrzeć za darmo. Prado jest głównym punktem w każdym przewodniku, ale wiecie co? To trzeba zobaczyć!

 

Jeśli jakimś cudem po wyjściu z Prado będziecie czuć niedosyt sztuki, możecie skierować się na drugą stronę Paseo del Prado, do Muzeum Thyssen-Bornemiszaa stamtąd kierować się w stronę stacji Atocha, ku Muzeum Sztuki Nowoczesnej Królowej Zofii. Zanim tam dojdziecie, trzeba nabrać sił. Najlepiej w Murillo Cafe, sąsiadującej z Prado od jego północnej strony, na maleńkiej ulicy Ruiz de Alarcón 49. Atmosfera? Cóż, czuć unoszącą się w powietrzu sztukę, osiadającą na butlach whisky i ginu za barem, którego wygląd nie zmienił się od 1927 roku. Jeśli ktoś chce zjeść coś większego, może usadawiając się w daleszej części Murillo. Ale najlepiej siadać przy barze i słuchać opowieści barmanów, sącząc mojito Hemingwaya. Jeśli przyjdziecie rano, koniecznie zamówcie tosty z pomidorami, a do tego kawę z mlekiem. Od kwietnia do października lub listopada (tak długo, jak dopisuje pogoda) równie miło zasiąść na zewnątrz i napawać się widokiem Prado i pobliskiego Królewskiego Ogrodu Botanicznego. I jeszcze jedno! Małe, niepozorne Murillo Cafe często gości wybitnych przedstawicieli świata kultury. Był tu już Mario Testino, Alec Baldwin, Samuel Jackson, bywa Laura Sanchez. To również miejsce, do którego lubi wpadać polski fotograf mody Marcin Tyszka. Ceny? Umiarkowane – kawa ok. 2,5 euro, śniadanie 5-7 euro. Koktajle ok. 10-12 euro. 

 

Ulubione miejsce – Muzeum Królowej Zofii, kryjące skarby sztuki współczesnej, w tym robiącą piorunujące wrażenie Guernicę Pablo Picasso. Wystawy czasowe są równie doskonałe. Marcowa, na której można było zobaczyć projekty Oskara Schlemmera to majstersztyk (ekspozycje Fuego Blanco i Coleccionismo y Modernidad można oglądać do 14 września 2015). Od listopada ci, którzy nie widzieli Recto/Verso Wróblewskiego, będą mieli okazję podziwiać ją w salach tego muzeum. Wstęp – 12 euro. Co dalej?

Wychodząc z muzeum, mijając Atochę i kierując się w stronę Botanika, koniecznie należy wspiąć się po stromej calle Claudio Moyano, zatrzymując się przy każdym stoisku z używanymi książkami. Tzw. Cuesta de Moyano to jeden z najważniejszych targów książki w Madrycie. Znajdziecie tu prawdziwe skarby literatury. Większość w języku hiszpańskim, ale wytrwałym w ręce trafi też literatura w językach angielskim, niemieckim, a nawet polskim! Przy odrobinie szczęścia, można trafić na białe kruki! 

 

Madryt to nie tylko modne centrum. Czasami warto wsiąść do autobusu i pojechać trochę dalej niż zaniosą nas nogi. Jeśli lubimy spacery, zajmie nam to ok godziny, do półtora żwawego marszu. Jeśli wolimy się przejechać – droga wolna. Matadero (rzeźnia – tłum. red.) to kompleks kulturalny, znajdujący się w budynkach starej rzeźni. Odnowione, ceglane hale zamieniły się w teatry, kino, galerie, kawiarnie i miejsca, w których odnalazły się instytucje kultury. Matadero znajduje się w dzielnicy Legazpi, w dystrykcie Arganzuela. To tu odbywają się często festiwale muzyczne – pozwala na to ogromny plac między budynkami. Nagrywane są tu także odcinki hiszpańskiej edycji Master Chef. Idąc spacerem, trafimy nad tereny zagospodarowane przez miasto, nad rzekę. Są tu boiska, place zabaw, ludzie spacerujący, jeżdżacy na rowerach, wrotkach. Jest zieleń i ławki. Park Madrid Río to idealny sposób na spędzenie wolnego czasu na świeżym powietrzu.

 

Wracając wieczorem do hotelu Praktik Metropol, warto zahaczyć o dzielnicę Lavapiés. Ostrzegamy, o tej porze nie jest to miejsce bezpieczne, dlatego należy zachować czujność, zwracając szczególną uwagę na portfel i telefon. Dzielnica zamieszkała w dużej mierze przez imigrantów z krajów arabskich, jest jednak miejscem, które od jakiegoś czasu ściąga coraz więcej modnej młodzieży. Niedaleko rozciąga się głośny targ El Rastro, na którym można kupić dosłownie wszystko! Do Lavapiés ściągają aktorzy, malarze. I hipsterzy. Mówi się, że dzielnica ta już niedługo zastąpi Malasañę. Dlaczego? Bo jak twierdzą tutejsi, jest bardziej autentyczna. W samym sercu plątaniny uliczek, nocą swoje drzwi otwiera Nuevo Cafe Barbieri, przy ulicy Ave Maria 45. Jest to miejscówka dość specyficzna, która nie przestrzega godzin otwarcia ani zamknięcia. Jeśli właściciele nie mają ochoty, nie otwierają. A w środku? Prawdziwe wspomnienie Havany z lat 50., sprzed rewolucji. Marmurowe stoliki na żeliwnych nogach, ciężkie, rzeźbione słupy podtrzymujące strop, drewniane krzesła pamiętające czasy Franco i... dużo kurzu. Niewskazane dla alergików, ale obowiązkowe dla wszystkich, którym marzy się podróż w czasie. 

To oczywiście nie cały Madryt. Ale jeśli zajdziecie do miejsc, które polecamy, po drodze z pewnością natkniecie się na te wyjątkowe, wasze, najlepsze i skrywające wspomnienia. I jeszcze jedno – tego lata właściciele najpiękniejszych prywatnych tarasów otwierają swoje drzwi, w ramach wydarzenia Terrazas de Autor. Jeśli planujecie wyjazd w jakiś z letnich weekendów, zapiszcie się! Warto!

Fot. Maja Chitro, kolaże: Małgorzata Stolińska dla enter the ROOM