Poeci, powieściopisarze, kompozytorzy, malarze… Genialni artyści obdarzeni nadprzyrodzonym darem, doznający objawień, beneficjenci weny twórczej, całowani przez muzy? Czy może ciężko pracujący rzemieślnicy, potrafiący przekuć swoje pomysły i inspiracje w dzieła warte uwagi?

Wena twórcza to pojęcie stare jak świat. Sławy przysporzył mu między innymi Platon, który rozumiał je jako mistyczny szał twórczy – furor poeticus – w którym przez ciało artysty przemawia jakaś siła wyższa (bóg, demon, duch) i niepotrzebna jest mu znajomość reguł sztuki, aby tworzyć. Z mitologii greckiej dowiadujemy się o istnieniu muz, które zsyłały na artystów natchnienie. Bibilia czy Koran to z kolei święte pisma będące właściwie literackim zapisem boskich objawień, których doznali wybrani śmiertelnicy. Na gruncie tego wyrosło powszechne przekonanie, że artyści są obdarzeni szczególną łaską i zasługują szacunek innych ludzi. Nikt nie śmiałby ich stawiać w jednym rzędzie z rzemieślnikami, choć w większości ich dzieła były i są efektem nie tylko talentu i momentów twórczego szału, lecz także otrzymania odpowiedniego wykształcenia, pracy z mistrzami w danej dziedzinie, mozolnej nauki i rozwijania predyspozycji.

Kadr z filmu "Przejrzeć Harry'ego"

Romantycy, którzy nie wierzyli mędrca szkiełku ni oku, mieli podobną koncepcję artysty, co starożytni. Aczkolwiek uważali, że natchnienie to coś bardziej z wewnątrz niż zewnątrz, jakiś wewnętrzny geniusz, wyjątkowo wrażliwa dusza, ale nadal nie było to rzemiosło, lecz dar, coś dostępnego nielicznym. Nawet jeśli Mickiewicz wykorzystywał bardzo rygorystyczną w swoich zasadach formę sonetu, gdzie nie ma mowy o przypadkowości (trzeba przestrzegać liczby zgłosek, pilnować rymów) oraz był absolwentem nauk humanistycznych, to i on przyłożył rękę do podtrzymania mitu artysty, w którym jest cząstka boskości. Nie wzbraniał się przed statusem narodowego wieszcza, poety profetycznego.

Kadr z filmu "Tylko dla dorosłych"

Choć jesteśmy realistami i niby twardo stąpamy po ziemi, to jednak mamy słabość do myślenia magicznego i wiary w siły wyższe, dzięki którym możemy się rozgrzeszyć z naszych niepowodzeń, lenistwa, niemocy twórczej. Nie ma weny, nie ma pisania. Taka wymówka przydaje się też tym twórcom, którzy osiągnęli sporo i boją się, że sami siebie nie przeskoczą, więc robią wszystko, żeby tylko nie zabrać się do pracy nad czymś nowym. Oczywiście bywa tak, że pomysły nie przychodzą, brakuje inspiracji. Ale czy to kwestia weny? Może po prostu słabszy okres w życiu, brak odpowiednich bodźców, nastawienia myślenia na odpowiednie tory i niechęć choćby do podjęcia prób twórczych. Ci, którzy mówią, że wena nie istnieje, są zdania, że po prostu trzeba wyrobić w sobie nawyk pisania/komponowania/malowania. Siadać do tego w określonych porach i robić, bez względu na to, czy się udaje, czy nie. Bo ćwiczenie czyni mistrza. Można mieć genialny pomysł podczas zmywania naczyń (Agatha Christie podczas tej nudnej czynności miała wolną głowę i czas na wymyślanie kolejnych zbrodni do swoich kryminałów), ale pomysł to jedno, a drugie jego realizacja. Samo zapisanie go nie wystarczy. W zderzeniu z kartką papieru lub płótnem może już nie być tak genialny, ale też bez podjęcia wysiłku przeniesienia go z głowy nie dowiemy się, gdzie go zaliczyć. 

Kadr z filmu "Wielkie piękno"

Więc wena istnieje czy jej nie ma? Wydaje się, że jej nie ma. Że są raczej lepsze i gorsze pomysły, podobnie, jak i okresy twórcze. Aby zabrać się do czegokolwiek, potrzebne jest dobre przygotowanie, plan działania, zgromadzenie inspiracji, zrobienie researchu i w końcu systematyczna praca oraz szlifowanie materiału. Podkreśla to większość artystów. Niektórzy wolą nie wspominać nudnego i żmudnego procesu twórczego i zasłaniają się weną, inni z kolei podkreślają swój solidny twórczy warsztat i odpowiednie wykształcenie. Tworzenie czegokolwiek to najpewniej wypadkowa talentu, predyspozycji, wrażliwości, które trzeba rozwijać, zdobywania narzędzi, nieustannego doskonalenia się w danej dziedzinie, przy jednoczesnej otwartości na inne, które mogą poszerzać horyzonty i wyobraźnię.

Istnieje oczywiście pokusa, aby się wspomóc w procesie twórczym, pobudzić wyobraźnię. Niektórym jasność umysłu i porzucenie wewnętrznych blokad daje alkohol. Hemingway powiedział podobno, że pisać można po pijanemu, choć redagować już trzeba na trzeźwo. Inni eksperymentują z narkotykami, aby mieć doświadczenia, przeżyć jakieś wizje, zajrzeć w głąb siebie. Niektórym wystarczy kawa. To wszystko niesie ze sobą ryzyko uzależnienia, nadszarpnięcia zdrowia, a jednak wielu twórców się wspomaga. Cel uświęca środki? Być może. Skoro weny nie ma, a twórczość artystyczna to ciężka praca jak każda inna, zwłaszcza kiedy wydaje się, że wszystko zostało już napisane, namalowane, sfilmowane, a krytycy tylko czekają z negatywnymi opiniami. Zawsze można oczywiście iść pracować do Google'a, o czym pisaliśmy w artykule PIENIĄDZE SĄ GDZIE INDZIEJ

Fot. pixabay.com