Nanni Moretti znów opowiada o stracie bliskiej osoby. Moja matka to jednak nie tyle film o śmierci, co o życiu. Włoski reżyser z lekkością, humorem i dystansem zapoznaje nas z historią pod wieloma względami zbieżną z jego własnymi losami.

Jest noc. Margherita, główna bohaterka Mojej matki, spaceruje po zapełnionych starymi budynkami ulicach. Życie ostatnio jej nie rozpieszcza. Praca nad filmem, który reżyseruje, nie przebiega gładko. Dodatkowych „atrakcji” dostarcza rozkapryszony amerykański gwiazdor, którego obsadziła w jednej z ról. Są jeszcze inne problemy – relacje z dorastającą córką, rozstanie z wieloletnim partnerem i przede wszystkim choroba matki. Margherita spaceruje w kierunku nieprzypadkowym, bo wzdłuż ciągnącej się bez końca kolejki ludzi, którzy prawdopodobnie czekają, by zobaczyć najnowszy stworzony przez nią film. Kolejki znacznie za długiej, by mogła być prawdziwa.

W rzędzie stoją znajomi i przyjaciele; jest i uśmiechnięta matka, która w rzeczywistości leży w szpitalu bliska śmierci. Gdzieś w tej kolejce jest też sama Margherita, znacznie młodsza. Rozmawia z zakochanym w niej chłopakiem i bezceremonialnie go odtrąca. Nie wiemy, czy to intensywny sen, czy wizja umysłu bliskiego załamania nerwowego. Zresztą to rozróżnienie nie jest ważne. Od razu przychodzi za to na myśl analogia z korowodem postaci z życia Guida, również reżysera, bohatera Osiem i pół Felliniego.

 

Moretti, podobnie jak Fellini, stawia przed nami film w filmie, porusza wątki autobiograficzne, pozwala przeplatać się kinu i rzeczywistości. Na pierwszym planie mamy Margheritę oraz jej rozterki; kobietę, z którą Moretti ma dużo wspólnego. Margherita też zajmuje się reżyserią, jej poglądy plasują się po lewej stronie sceny politycznej, jest zaangażowana społecznie. Bohaterka poświęca się pracy, nie robi sobie przerwy w kręceniu nawet, gdy jej matka jest w krytycznym stanie. Margherita ucieka od przerażającego ją poczucia straty. Moretti pracował w 2011 roku nad filmem Habemus papam mamy papieża w momencie, gdy umierała jego matka, Agata. Pamiątki po niej – książki i ubrania – trafiły na plan najnowszego obrazu reżysera.

Moretti balansuje więc na granicy emocjonalnego ekshibicjonizmu, ale nie traci równowagi. Wręcz przeciwnie: zachowuje zdrowy dystans, przygląda się przedstawianej historii z boku. Takie podejście dodatkowo wyjaskrawia zastosowany podział ról. Reżyser wystąpił w filmie jako brat Margherity. Jest więc obecny w historii, ale nie gra w niej pierwszych skrzypiec. Oddaje głos kobiecie, która aktorom na planie kilkukrotnie doradza, by grając, nie zamieniali się w swoich bohaterów, ale stali obok nich. Byli odtwarzanymi postaciami i sobą jednocześnie. To zasada, którą wyznaje również Moretti i której sam się poddał. W Mojej matce jest bratem głównej bohaterki, ale i sobą. Patrzącym na swoje życie, poglądy, wieloletnią pracę i zmagania z pewnej odległości. A takie spojrzenie jest bardzo cenne, bo w końcu niejednemu twórcy go brakuje. Dzięki niemu Włoch, choć mówi o sprawach trudnych, nie popada w histerię, egzaltację czy patos. O problemach opowiada z humorem, który sprawia, że Moja matka to film słodko-gorzki, dojrzały, niebanalny, wyzwalający ambiwalentne emocje.

 

Komediowych akcentów dostarcza przede wszystkim John Turturro w roli amerykańskiego gwiazdora. Jego zabawne opowieści o śnie, w którym jest ścigany przez Kevina Spacey’ego czy o wymyślonym telefonie od Stanleya Kubricka zapadają w pamięć i nadają filmowi lekkości. Turturro nie gra jednak postaci tylko i wyłącznie komicznej, jednowymiarowej; wprowadza też dawkę tragizmu. Za sprawą jego bohatera w filmie pojawia się również sporo aluzji do historii kina, a w szczególności do obrazów Felliniego. Aktor żąda nawet, by koniecznie zawieźć go na słynną ulicę ze Słodkiego życiaVia Veneto.

Przy tym Nanni Moretti nie zamienia swojego filmu w hołd dla starego europejskiego i włoskiego kina. Nie popada w sentymentalizm. Rozprawia się za to z filmowymi mitami, według których życie ludzi związanych z branżą jest pełne blasku – szczęśliwsze, pełniejsze. Praca Margherity nie sprawia, że reżyserka zna odpowiedzi na wszystkie pytania; że w jakiś tajemny sposób pojmuje rządzące światem prawa lepiej, niż reszta zwykłych śmiertelników. Im więcej wie, tym bardziej się gubi. Kino jej nie rozgrzesza, nie podsuwa gotowych rozwiązań, nie nadaje sensu życiu samo w sobie. Mimo tego reżyser nie mówi, że filmów robić nie warto.

Patrzy na swoją bohaterkę z empatią i pewną czułością. Pozwala jej długo żegnać się z matką, porządnie się wypłakać, rozpamiętywać; daje jej czas na stopniowe pogodzenie się ze stanem rzeczy, na odkrywanie samej siebie. Czas na radzenie sobie z emocjami daje również innym, autentycznym, wyrazistym bohaterom oraz widzom. Nie zmusza nas do rozmyślań nachalnie, nie toruje ścieżki, którą koniecznie trzeba wybrać, nie posiłkuje się melodramatycznością. Dzięki temu Włoch stworzył prawdopodobnie swój najlepszy obraz od czasów nagrodzonego Złotą Palmą Pokoju syna. Moja matka wejdzie do polskich kin 13 listopada. Redakcja enter the ROOM objęła patronat medialny nad filmem.

Fot. materiały prasowe