Wiosna, skąpana w słońcu prowincja; dwie kobiety odcięte od świata zaczynają prowadzić erotyczną grę. W najnowszym obrazie Petera Stricklanda pełno motyli, sadomasochizmu, dopracowanych do perfekcji kadrów, odwołań do kina erotycznego lat 70. i co istotne: zero nagości.

Cynthia, jedna z bohaterek Duke of Burgundy: Reguły pożądania, zajmuje się badaniem motyli. Kobieta umieszcza owady pod szkłem, a i reżyser filmu postępuje podobnie – zamyka swoje postaci pod ekranowym kloszem i przygląda im się z uwagą. Bada rozwijającą się relacje, obserwuje, ale nie wplata zbyt wielu komentarzy, pozwala widzowi przyjąć pozycję obiektywnego obserwatora.

Motyw motyla ma dla filmu kluczowe znaczenie. W końcu sam tytuł Duke of Burgundy to nazwa gatunku motyla. Badanie owadów jest wspólną pasją obydwu kobiet. Motyle żyją przeważnie zaledwie 2-3 tygodnie. Równie krucha, jak ich życie, jest relacja dwójki bohaterek – oparta na wcielaniu się w wystudiowane role, skazana prędzej czy później na niepowodzenie. Cynthia zamyka kolorowe owady w szklanych gablotach, stara się zatrzymać moment, ale nie może tego samego schematu zastosować w rzeczywistej relacji. To, co piękne musi okazać się nietrwałe.

 6

 

Peter Strickland z precyzją kreuje dopracowane do wizualnej perfekcji tło dla swojej opowieści – wnętrza domu wyposaża w stare meble i gabloty, tworzy nasycone kolorem kadry. Toczy akcję niespiesznie, co niekoniecznie będzie odpowiadać wszystkim widzom, ale spodoba się tym, którzy lubią w skupieniu przyglądać się szczegółom; szukać tego, co ukryte i niedopowiedziane.

W erze wszechobecnej nagości, Duke of Burgundy: Reguły pożądania pozytywnie zaskakuje nieepatowaniem ciałem w pełnej okazałości. Reżyser wzoruje się na klimacie kultowych filmów erotycznych z lat 70. – Emanuelle czy Ostatniego tanga w Paryżu, ale raczej bawi się konwencją, niż się jej w pełni poddaje. Pozostawia więcej wyobraźni, niż oku – na przykład w scenie, gdy obie kobiety znikają w łazience i widz ma domyślać się, jakim przyjemnościom się oddają.

2

 

Strickland tworzy gatunkową hybrydę. Duke of Burgundy: Reguły pożądania nie podlega łatwej klasyfikacji. Erotyka ściera się z dramatem obyczajowym, ale w opowieści o motylach nie brak atmosfery niepokoju, a nawet grozy. Chmary kolorowych owadów momentam mogą budzić negatywne skojarzenia.

Najnowszy obraz Stricklanda, jak można się było spodziewać, niewiele ma wspólnego z kinowym blockbusterem 50 twarzy Grey’a, choć obydwa filmy poruszają temat sadomasochizmu w związku. Duke of Burgundy nie przypomina też jednego z najczęściej komentowanych filmów tego roku o charakterze erotycznym, czyli bezpruderyjnego Love Gaspara Noé. Filmowi Brytyjczyka już bliżej do Wenus w futrze Polańskiego – skupionego na ryzykownej, wciągającej grze o erotycznym charakterze. Grze, podczas której nie wszystkie karty zostają odsłonięte. W końcu, jak pisał sam Markiz de Sade w 120 dniach Sodomy, szczęście nie wiąże się z zaspokojeniem: szczęście nie polega na przyjemności, lecz na pożądaniu, na pokonywaniu stawianych mu przeszkód. Strickland nie zaspakaja więc widzów, nie pokazuje im za dużo, wzmaga za to napięcie.

4

 

Reżyser był jedynym mężczyzną na planie, w obsadzie znalazły się same kobiety. Reguły pożądania to zdecydowanie film o kobietach, ale kierowany nie tylko do nich. Strickland przenosi nas do damskiego świata. Uniwersalnego, symbolicznego, świadomie sztucznego, nie zaczepionego w czasie i przestrzeni. Nie mamy pojęcia, w jakiej miejscowości, czy w którym roku toczy się historia. I właściwie nie jest to istotne. Brytyjczyk zabiera nas do zatrzymanego momentu – barwnego, ulotnego i naładowanego seksualną energią, a my mamy się po prostu temu momentowi poddać. Film otrzymał aż 92% pozytywnych recenzji od krytyków i 67% pozytywnych recenzji widzów na branżowym portalu filmowym Rotten Tomatoes. Redakcja enter the ROOM objęła patronat medialny nad tytułem.

8

Fot. materiały prasowe