...choć wcale tego nie chciał. To nic innego jak tytuł powieści Iana Thorntona, która właśnie ukazała się w Polsce nakładem Wydawnictwa Marginesy. Zastanawiacie się nad wyborem dowcipnej opowieści? Oto ona – mnóstwo zbiegów okoliczności, zaskakujące zwroty akcji i duża dawka błyskotliwej literatury. Przytaczamy fragment.

Luty 1894. Bośnia

Johan Thoms urodził się w Argonie, miasteczku położonym trzydzieści siedem kilometrów od Sarajewa, w środku diabelnie ciężkiej zimy roku 1894.

Jego rodzina nie była przesadnie religijna. Niemniej w miasteczku katolicyzm obecny był na tyle, by niejako przez osmozę narazić Johana na przekleństwo winy. 

Johan był jedynakiem i miał szczęście, że przeżył trudny poród. Urodził się o miesiąc za wcześnie, dwunastego lutego, nóżkami naprzód. Miał żółtaczkę i kaszlał krwią. Pępowina owinęła się ciasno wokół jego szyi. Dużą głowę porastały czarne kędziory. Jego braciszek urodził się cztery lata wcześniej i wszystko przebiegało dokładnie tak samo: żółta skóra, poród pośladkowy, pępowina, krew, włosy. Carl nie przeżył. Drago i Elena bali się powtórki. Prawdopodobnie przez ten strach między rodzicami a dzieckiem zrodziła się szczególna więź. 

Johan dał radę. W ciągu trzech miesięcy stracił swoje subsaharyjskie loki i z każdym dniem wydawał się mniej żółty. Jasne obecnie włosy, niebieskie oczy po matce oraz nazwisko Thoms wskazywały dość wyraźnie na aryjskie pochodzenie Johana z Austrii, z północy. Zaczynał wyglądać prawie normalnie. 

Johan był szczęśliwszy niż większość chłopców, grając w piłkę na ulicy albo w szachy przed kominkiem. Nawet jeśli grał sam ze sobą – co zwykle charakteryzuje dzieci autystyczne i potencjalnych schizofreników – potrafił się tym zajmować całymi godzinami.

Był bystrym dzieckiem i nie przysparzał rodzicom kłopotów swoimi chłopięcymi sprawami. Gdyby nie jedzenie znikające trzy razy dziennie z jego talerza, bielizna prana co tydzień tudzież pościel lekko rozrzucona każdego ranka, rodzice mogliby przysiąc, że wychowują przyjaznego duszka. Był zwyczajny, nie zwracał na siebie uwagi. Nikt nie zauważał nawet, gdy wracał ze szkoły do domu dwie, trzy, a nawet cztery godziny później. Może byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby jego spóźnienia – spowodowane zwykle brakiem wyczucia kierunku – zostały dostrzeżone. 

Drago, ojciec Johana, też był jedynakiem. Urodził się w 1854 roku na samotnej farmie przy granicy serbskiej. Miał czterdzieści lat, kiedy na świecie pojawił się mały Johan.

Drago przypominał zwariowanego profesora (co nie powinno dziwić – był zwariowanym profesorem, aczkolwiek znakomitym). Jego rozczochrane włosy sugerowały stałą gotowość do bójki ulicznej, słabo widział na prawe oko. Uwielbiał nosić piracką opaskę, bawiło go zakładanie jej to na jedno, to na drugie oko albo chodzenie w ogóle bez opaski i obserwowanie, jak ludzie się męczą, usiłując się zorientować, w którą źrenicę patrzeć. Ze względu na słaby wzrok, żeby uniknąć wypadków, czynił to tylko wówczas, gdy nie musiał się przemieszczać. Był to jeden z jego ulubionych dowcipów. Jednak jego pociągająca aparycja równoważyła nieco te dziwactwa. Kawał chłopa, ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, wyrazista twarz, nieskazitelny zarys szczęki, oliwkowa cera, czekoladowokawowy brąz oczu i wyczucie obowiązującej mody. Zawsze przy tym dołączał do stroju przynajmniej jeden charakterystyczny akcent. Mógł to być solidny srebrny zegarek kieszonkowy (wygrawerowany, z kurantem, uroczy) albo jaskrawoczerwone skarpetki; albo, jako uzupełnienie podkręconych do góry wąsów, zawieszał na muskularnej szyi złoty łańcuszek z miniaturowym grzebykiem. Nazywał grzebyk "Jezebel" i przejeżdżał nim od czasu do czasu po zarośniętej górnej wardze.

Drago miał platfusa i skłonność do zanudzania nawet zupełnie nieznanych osób ględzeniem godzinami absolutnie o niczym. Ale miał wielkie serce. Wiedzieli o tym wszyscy w mieście, gdy droczył się z nimi i turlał przez swoje codzienne życie, nie podpalając ich świata.

 

*Fragment powieści O człowieku, który podpalił wiek dwudziesty, choć wcale tego nie chciał, autorstwa Iana Thorntona, w przekładzie Aleksandry Ambros. Wydawnictwo Marginesy.