Uprawiamy go prawie wszyscy, ale z rozmowami i wyrażaniem naszych pragnień już jest dużo gorzej. Bo mówić to jedno, ale jak – to drugie. Brak języka, autocenzor: i na co dzień, i w sypialni komunikacja leży. A szkoda, bo seksrozmowa może być niezłą grą wstępną, a na pewno zapobiega łóżkowym nieporozumieniom. 

Komunikacja jest nie do przecenienia w stosunkach międzyludzkich, a więc i tych seksualnych, ale wydaje się, że łatwiej nam iść do łóżka bez słowa, niż o tym pomówić. Jednak komunikowanie swoich aktualnych i przyszłych oraz przeszłych chęci, stanów oraz pragnień niezwykle się przydaje. Seria chrząknięć, gesty, ruchy ciała nie zawsze są wystarczające, aby nasz seksualny partner wiedział, czy nam coś odpowiada czy też nie, czy ma to robić dalej czy raczej powinien przestać. Niby odsłoniliśmy wszystko cieleśnie, ale odsłona psychiczna, wyrażająca się werbalnie, wydaje się trudniejsza. Rozpoczęcie dialogu ułatwia nam bliskość, odpowiednia atmosfera, akceptacja ze strony partnera. Ale bez otwartości i mówienia o tym, co nam się podoba a co nie, co lubimy, a czego nie chcemy, trudno zbudować solidną intymną wieź opartą na szczerości, wzajemnym zrozumieniu, a co za tym idzie z radością realizować się seksualnie. Dlatego najpierw trzeba wyjść ze strefy komfortu, odważyć się na wyznania, aby potem było jeszcze lepiej, jeszcze bardziej komfortowo. Innej drogi nie ma. Oczywiście, niektórzy niemal natychmiast będą nadawać na tych samych falach, inni będą potrzebowali więcej czasu, aby się dotrzeć, a jeszcze inni odkryją, że nie są dla siebie – a czym szybciej, to przecież lepiej. Pewne jest jedno – nic samo się nie ułoży, cudów nie ma, trzeba rozmawiać. 

5

Fot. pinterest.com

Łatwo się mówi. Powiedzmy, że już nawet chcemy i nieważne, czy to w sytuacji intymnej, czy przy stole, pijąc kawę, z partnerem, znajomymi, u lekarza. Otwieramy buzię i słowa grzęzną nam w gardle. Nie wiemy, które są odpowiednie. Po pierwsze nie ma neutralnego słownictwa, aby mówić o seksie. Medyczne nam nie pasuje, choć może w sytuacji oficjalnej jest najlepsze; wulgaryzmy, zwłaszcza na co dzień, odpadają, infantylizmy (często zaszczepione jeszcze przez rodziców wszelkie ptaszki, żabki, myszki) mogą wywołać zażenowanie lub śmiech. Boimy się nieoczekiwanych reakcji i wolimy trzymać język za zębami.

Michalina Wisłocka w felietonie Słowa i słówka pisała, że aby mówić o sprawach miłości i seksu, trzeba mieć narzędzia służące temu celowi, a mianowicie odpowiednie słowa. Wskazywała na staropolszczyznę, jako z jednej strony bogate źródło słów opisujących seksualność, a z drugiej też dobry przykład słowotwórstwa na tym polu. Wspominała między innymi nazwy postaci z tragedii Aleksandra Fredry Piczomira królowa Branlomanii (Twardostaj, Brandalezyusz – książę Chujawii i wielu innych) czy fragment listu Jana Sobieskiego do Marysieńki: muszeczkę moją śliczną, kuzyneczkę, bruneteczkę, kędzierzawkę, cyculeńki, księżnę Dupont, pajączka swoim i Bonifratella imieniem pozdrawiam. 

1

Fot. pinterest.com

A dzisiaj? Dzisiaj królują głównie wulgaryzmy, prawdopodobnie dlatego, że to z materiałów pornograficznych czerpiemy wzorce, także te językowe. A że wciąż głównie mężczyźni tworzą tę branżę, to udało im się zagospodarować językową lukę i rozpowszechnić najczęściej seksistowskie, odarte z fantazji (to paradoks, że w tak rozpalającej zmysły dziedzinie nie jesteśmy kreatywni, że mamy liczne nazwy dla przyziemnych rzeczy i spraw, ale nie na rodzaje pocałunków czy seks oralny; może jest winne temu tabu wciąż ciążące nad seksualnością mimo jej rozpowszechnienia we współczesnym świecie?) czy czułości słowa. Brak odpowiedniej edukacji seksualnej w szkołach też powoduje, że nie potrafimy otwarcie rozmawiać o seksie i musimy szukać pomocy w internecie, w filmach porno i korzystać z innych niesprawdzonych źródeł. 

Kinga Filipek oraz Marek E. Marcyniak z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego w 2008 roku przeprowadzili badania słownictwa seksualnego młodego (18–26 lat) pokolenia Polaków w pierwszej dekadzie XXI. Okazało się, że niewielu z nich ma świadomość ubóstwa języka w tej sferze (7,95%), a potrzebę zmian wyraziło jedynie 4,28% respondentów. Przeważająca większość (89,6%) wyraziła zadowolenie z aktualnego stanu, czyli przede wszystkim wulgarności seksualnego słownictwa z niewielkim dodatkiem neologizmów tworzonych na własny użytek i infantylizmów. Najczęściej używany w Polsce seksualizm to kurwa (89% badanych przyznało się do używania tego słowa w różnych sytuacjach życiowych, nie tylko w sypialni), na drugim miejscu uplasowało się słowo dupa. Określeniem najczęściej używanym w stosunku do żeńskich narządów intymnych jest cipa i cipka. Jeśli chodzi o męskie narządy, to zwykle wykorzystywany – zarówno przez kobiety, jak i mężczyzn – jest zaimek on (W ogóle zaimki i wszelkie słowa, których nie można wymawiać cieszą się w przypadku seksu wzięciem, a więc: on, ona, tam, tam na dole… Gdzieś, nie wiadomo gdzie – chciałoby się dopowiedzieć), różne infantylizmy i jeszcze słowo penis. 97,25% badanych akt seksualny określa jako kochanie się, zwłaszcza w relacji partnerskiej. W rozmowach ze znajomymi bardziej popularne jest bzykanie się. Wśród młodych terminy medyczne raczej nie znajdują zastosowania.

6

 Fot. pinterest.com

Oprócz wulgaryzmów, infantylizmów i zaimków dobrze się mają zwłaszcza anglicyzmy. To zapewne także wpływ oglądania zagranicznych produkcji pornograficznych, choć niektórym w obcym języku łatwiej powiedzieć fuck me harder czy show me your pussy (i tak dalej oczywiście) niż w rodzimym. Jednak także w angielskim zauważane są braki odpowiedniego słownictwa seksualnego. Cindy Gallop, założycielka platformy MakeLoveNotPorn.com, która pokazuje różnice między światem porno a prawdziwego seksu, zainicjowała również tworzenie nowego seksłownika pod nazwą #realworldsex, aby walczyć ze słownictwem promowanym przez filmy porno i tworzyć własne, bardziej wyszukane określenia dla narządów, pozycji, doznań. 

Tworzenie prywatnego seksjęzyka to w ogóle niezła i kreatywna zabawa sprzyjająca intymności w relacji, budowaniu erotycznej więzi. Dlatego wymyślanie neologizmów, infantylizmów, nazywanie części swoich ciał, wybieranie słów, które chcemy słyszeć może być alternatywą dla ogólnie panujących kłopotów z seksualnym słownictwem. Tu nie ma żadnych reguł ani ograniczeń, możemy popuścić wodze fantazji, pamiętając o własnych granicach. Generalnie używanie własnego słownika czy pokuszenie się nawet o wulgaryzmy podkręca temperaturę w sypialni, dawka świntuszenia, opowiadanie bez ogródek co byśmy sobie zrobili to niezła gra wstępna. Odpowiednie słowo w odpowiednim kontekście może rozpalić, nawet to wulgarne. Może nie warto od razu zasypywać lawiną pikantnych słów nowego sekspartnera, aby nie doznał gwałtu przez uszy, ale warto spróbować. Jeśli ktoś zacznie się śmiać (dobrze byłoby przy okazji podkreślić, że śmiech w łóżku nie umniejsza doznań, a wręcz im sprzyja, bo pozwala się zrelaksować. Naprawdę na naszych twarzach nie muszą widnieć wyłącznie grymasy bólu, żeby było przyjemnie), to zapytajmy dlaczego. Taka rozmowa o lingwistycznych upodobaniach pozwoli się lepiej poznać i przełamać bariery. Czasem to po prostu kwestia osłuchania się z jakimś słowem. Jednych rażą wulgaryzmy, innych infantylizmy, co nie znaczy, że nie można się do nich przekonać, zastanowić się, dlaczego właściwie mamy z tym problem. Nie bójmy się mówić w czasie seksu: chwalmy, kiedy jest nam dobrze, ale i mówmy, kiedy nam coś nie pasuje, oczywiście w empatyczny sposób. Zapomnijmy też o podwójnych standardach, które panują na co dzień – tak, kobieta może sobie siarczyście zakląć, a mężczyzna może potrzebować komplementów pod adresem swojego ciała.

Z tą seksmową naprawdę warto się ośmielić i pospieszyć, ponieważ wkrótce do sprzedaży trafią seksroboty, które dirty talk bedą miały perfekcyjnie opanowany. Chyba nie damy się prześcignąć robotom, co?