100 sposobów na najlepszy orgazm. Co zrobić, żeby on nie zapomniał nocy z tobą do końca życia. Jak urządzać przyjęcia. Jak wyglądać olśniewająco przez cały dzień. To wszystko można było przeczytać w Cosmo już w latach 60. Czy była to rewolucja, która wyzwoliła kobiety z jedynej słusznej roli żony, która z seksu nie czerpie żadnej przyjemności, czy może poradnik jak stać się obiektem seksualnym? Czy Cosmo wyrządziło nam więcej dobrego, czy złego? Być czy nie być cosmo girl?

Rok 1997. Na polski rynek wchodzi magazyn dla kobiet Cosmopolitan. Na okładce pierwszego numeru ponętna Laetitia Casta. Obok jej zdjęcia nagłówki: Orgazm? To nic trudnego. Możesz nauczyć się latać; Rozbieramy Duchovnego; Kiedy do łóżka z nowym mężczyzną. I tak dalej. Ale również: Ty też jesteś feministką, nawet jeśli o tym nie wiesz. W 1997 miałam 10 lat, pierwsze Cosmo wpadło mi w ręce jakieś 2-3 lata później, pokazując kolorowy świat pełen szczupłych, opalonych i roznegliżowanych dziewczyn, cieszących się seksem, bez problemu owijających sobie mężczyzn wokół palca, robiących karierę, wydających niezapomniane przyjęcia dla przyjaciół i to za niewielkie pieniądze. Do tego trochę mody, urody, plotek ze świata gwiazd. Wyobrażenie o białej sukni i mężu prysnęło. Chciałam być właśnie taka – nowoczesna, wyzwolona. Niedługo zyskałam dodatkowy przykład, czyli bohaterki Seksu w wielkim mieście. Tak, one były zdecydowanie cosmo girls. Niby pracowały, ale przede wszystkim czas mijał im w modnych nowojorskich kawiarniach i na przyjęciach, a nowym kochankiem podniecały się tak samo jak nowymi butami.

5

Jeśli tak miały wyglądać współczesne feministki, to był to bardzo atrakcyjny obraz. Problem w tym, że nie wszyscy, jak się okazało, uznawali to za feminizm. Feministką określała się jednak bez cienia wątpliwości Helen Gurley Brown, czyli legendarna naczelna amerykańskiej edycji Cosmopolitan przez ponad 30 lat, która zrewolucjonizowała globalny rynek prasy kobiecej. Miała 43 lata, kiedy w 1965 roku dostała od losu to, na co czekała i ciężko pracowała od wczesnej młodości, czyli posadę naczelnej 80-letniego magazynu, którego notowania spadały. Zanim jednak udało jej się doprowadzić sprzedaż do prawie 3 milionów egzemplarzy i podwoić dochody z reklam, a przy okazji zmienić kanony mody i myślenia o seksie, imała się różnych zajęć – była escort girl na przyjęciach, pracowała jako stenotypistka i sekretarka. Po wielu staraniach została copywriterką, choć nie miała ukończonych szkół, a szefowie mężczyźni niechętnie patrzyli na jej zapał do robienia kariery. Helen zdawała sobie sprawę, że w tym zmaskulinizowanym świecie jej umiejętności zawodowe nie wystarczą, więc używała również swojego uroku osobistego i romansowała z kolegami z pracy.

W końcu w wieku 37 lat udało jej się spotkać miłość życia (a przynajmniej kandydata na taką miłość) i na męża, bogatego i wpływowego producenta filmowego Davida Browna. Dzięki jego pomocy wydała w 1960 roku książkę Sex and the Single Girl, która zatrzęsła purytańską Ameryką. W książce Helen pisała, korzystając ze swoich doświadczeń, że życie samotnej kobiety nie musi być przekleństwem, że może uprawiać seks niemałżeński – bez poczucia winy i czerpiąc z tego przyjemność. Uważała, że kobieta może się spełniać zawodowo, nie musi mieć tylko jednej drogi, czyli tej wiodącej do ołtarza. Przy okazji dawała też rady, jak wykorzystywać swoje romanse, uwodzić i sprawiać, aby mężczyźni kupowali drogie prezenty itp. W końcu w tamtych czasach nierówności w płacach i możliwościach awansu były ogromne, więc trzeba było sobie jakoś radzić. Skandalizująca książka cieszyła się ogromną popularnością. Dla części kobiet była objawieniem, dla innych rozgrzeszeniem. Helen rozpoczęła rewolucję. 

1

Stąd już było blisko do Cosmopolitan, gdzie się doskonale odnalazła, a pomogło jej w tym doświadczenie copywriterki. Pismo, które do tej pory zawierało porady typu: jak wyszyć, przyszyć, dosolić, uprawiać ogród, stało się przede wszystkim zbiorem artykułów o tym, jak uprawiać seks, jak dobrze wyglądać nago i na co dzień, jak się wypowiadać, jak siadać, czesać, malować się. Przede wszystkim seks przestał być tematem tabu. Kobiety zyskały coś, czego nie miały dotąd: możliwość odsłonięcia zasłon w sypialni niezależnie od stanu cywilnego, rozwijania własnej seksualności, poszerzania wiedzy o niej. 

Feministki, które były nie do końca pewne, co sądzić o Sex and the Single Girl, gdzie propagowana jest swoboda seksualna na miarę tej, którą mają mężczyźni i pokazywane, że nie trzeba być wyłącznie żoną i matką, teraz ustosunkowały się wrogo do poczynań Gurley Brown w Cosmo, gdzie z miesiąca na miesiąc na okładce pojawiały się coraz chudsze i bardziej rozebrane modelki lub gwiazdy (sama anorektycznie chuda Helen, zawsze w kolorowej mini i obwieszona masywną, złotą biżuterią, powtarzała, że aby mieć idealną wagę, trzeba cierpieć na lekką postać anoreksji), coraz agresywniej promowana była atrakcyjność fizyczna i konsumpcjonizm. Według feministek kobieta lansowana przez Brown mogła się bawić, używać sobie, ale cały czas dbać o swoją urodę i seksualność, bo nigdy nie wiadomo, gdzie kryje się jej wymarzony Mr. Right. Zarzucały, że sekretarka stworzyła magazyn dla sekretarek, a jego niedostatecznie wykształcone czytelniczki są karmione fantazmatami, pouczane na jego łamach jak stać się przedmiotem męskiego pożądania, jak zadowolić mężczyznę i w kuchni, i w sypialni, zamiast dostawać rady, jak faktycznie wziąć życie we własne ręce i być niezależnymi, więc nie jest to żaden feminizm. Doszło nawet do tego, że w 1970 roku Kate Millett i Gloria Steinem okupowały gabinet Gurley Brown, dopóki ta nie zgodziła się wydrukować feministycznego artykułu Millett, który miał być przeciwwagą dla innych treści. 

Gurley Brown – polecająca okłady ze spermy na twarz, mówiąca, że molestowanie seksualne w pracy wprowadza odrobinę pobudzającego napięcia i utożsamiająca się z hasłem, że grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne wszędzie tam, gdzie chcą – twierdziła, że to właśnie ona pomaga kobietom, w takich a nie innych czasach, gdzie trzeba umieć lawirować między swoimi zachciankami a tymi męskimi. Skoro nie można przeskoczyć mężczyzn, to trzeba ich wykorzystać do swoich celów. Cel uświęca środki? Być może. Helen chętnie korzystała w swojej pracy zawodowej z rad i koneksji męża, a treścią jej życia wcale nie był seks, ale praca i samozadowolenie.

W podobnym duchu pisze o Brown jej biografka, Jennifer Scanlon, która w 2009 roku wydała książę Bad Girls Go Everyehere. Według niej naczelna Cosmo trafiała kobiet, do których nie docierał radykalny przekaz feministyczny. Brown, odważna w swoich poglądach i kobieta pracująca, mogła być jak najbardziej wzorem dla innych i wpisywała się w feministyczne ideały. 

Sprawę ujęła trafnie Gloria Steinem na łamach New York Timesa: Brown zasługuje na uznanie za wprowadzenie seksualności kobiet do mediów. Cosmopolitan pod tym względem był pierwszy. Jednak wkrótce stał się zbiorem porad, jak zadowolić męża, kochanka lub szefa, a także – w sensie metafizycznym – jak się uśmiechać przez cały czas.

Nie da się zaprzeczyć, że to właśnie Cosmo za sprawą Helen Gurley Brown przyczynił się w dużej mierze do kultu idealnego ciała, które ma być sexy za wszelką cenę. A jeśli nie jest, to trzeba wziąć się za siebie: ćwiczyć, głodować, poprawiać operacyjnie, malować, ubierać… Na pewno nie można odmówić Brown, że przyczyniła się do seksualnej rewolucji, była emancypantką i pokazała innym, że też tak można. Zgodnie ze swoją filozofią i doświadczeniami doradzała, jak sobie poradzić w panujących warunkach, trochę ciałem, trochę rozumem. Opętana od dziecka pragnieniem lepszej wersji siebie i swojego otoczenia i w magazynie, i wokół siebie budowała bajkowy, wyidealizowany świat. Czytelniczki to kupiły. Jednak pora zawrócić z tego kursu, który obrała Helen. Udało jej się przekonać nas do przyjemności seksualnej. Teraz czas jeszcze zakceptować siebie i swoje niedoskonałości. Pamiętać o wciąż istniejących nierównościach między płciami. Walczyć o swoją niezależność, bo właśnie ona wraz z samoakceptacją jest najbardziej sexy. 

3

Opracowanie graficzne Małgorzata Stolińska dla enter the ROOM