Make to sekcja, gdzie odwiedzający targi mogli podziwiać „współczesne rzemiosło”. I choć rzemieślnik kojarzy się w Polsce raczej z fizyczną pracą niż wysoką modą, to będące jego odpowiednikiem włoskie słowo artigiano budzi najwyższy szacunek i prawie zawsze jest gwarantem tradycji i najwyższej jakości. Tworzone w niewielkich, lokalnych manufakturach garnitury, buty, kapelusze czy krawaty, oprócz dobranych z ogromną dbałością o szczegół materiałów i aptekarskiej wręcz precyzji wykonania, mają w sobie coś jeszcze – niepowtarzalnego ducha, to coś, co sprawia, że w danych butach czy kapeluszu czujemy się wyjątkowo.

Ale tradycja i jakość to nie wszystko. Marki obecne na Pitti od innych wyróżnia to, że prowadzący wiedzą, że nawet najlepszy produkt nie obroni się we współczesnym świecie sam. Potrzebna jest odpowiednia komunikacja, obecność w social media, ale też nie zaszkodzi trochę fantazji. Tej z pewnością nie brakuje właścicielom Sastrería 91, marki o madryckim rodowodzie, która na ustach wszystkich odwiedzających tegoroczne targi znalazła się za sprawą performance’u The Spanish Cape. Twórcy Sastrería 91 na oczach tłumu odwiedzających, na głównym placu targów, zazwyczaj pełnego chcących zostać sfotografowanymi dandysów i polujących na nich fotografów, najpierw wykroili z materiału tradycyjną hiszpańską pelerynę – tzw. kapę, a potem odtańczyli w niej flamenco. Trudno o lepszą reklamę i zaakcentowanie lokalności i tradycji, o wydarzeniu pisał nawet włoski Vogue. Nic dziwnego, że stoisko marki odwiedzały tłumy. A oprócz peleryn można na nim było znaleźć też kapelusze, szale czy obłędne, kolorowe muszki z piór. Wszystkie elementy kolekcji łączy wspólny mianownik – elementy tradycyjnej, hiszpańskiej męskiej garderoby zostały zreinterpretowane tak, by spełnić wymogi współczesnego klienta. Efekt jest absolutnie piorunujący!

2

Barbisio, mat. promo.

O tym, że reklama jest dźwignią handlu wiedzą nie od dziś twórcy marki Barbisio. Produkowane w niewielkiej miejscowości Sagliano Micca w Piemoncie, w północnych Włoszech, kapelusze od samego początku, czyli 1862 roku wyróżniało nowatorskie, jak na ówczesne czasy, podejście do marketingu. Bo choć filcowe męskie i damskie nakrycia głowy mogłyby z powodzeniem obronić się same, to założyciele marki mieli większe ambicje niż ubieranie śmietanki towarzyskiej sennego włoskiego miasteczka. Dlatego na początku XX wieku zatrudnili rysownika, który w znakomicie wpisujący się w ówczesne trendy sposób tworzył reklamowe obrazki, publikowane później w gazetach i rozwieszane w barach w całych Włoszech. Dziś Barbisio do XIX-wiecznej tradycji dodaje współczesne elementy – obok klasycznych kapeluszy typu Borsalino, można znaleźć modele bardzo nowoczesne, kształtowane przy użyciu najnowszych technologii. Dzięki temu nie tylko świetnie wyglądają, ale mogą też być bez uszczerbku na formie składane, zwijane i przewożone w walizce. Bo kto dziś podróżuje ze specjalnym pudłem na kapelusze?

9

Barbisio, mat.promo.

Częste podróże to znak naszych czasów. Podróż wymusza pakowanie, a to, szczególnie jeśli jako środek transportu wybraliśmy samolot, trzeba podporządkować sztywnym regułom. Na przykład takiej, że o klasycznym parasolu w bagażu podręcznym możemy, ze względu na szeroko pojęte względy bezpieczeństwa, zapomnieć. A który elegancki mężczyzna pokaże się z małym, żałosnym „składakiem”? Trzeba więc walizkę z parasolem nadać, chyba, że zdecydujemy się na jeden z modeli proponowanych przez Maglia Fracesco. Na czym polega trik? Od pełnowymiarowego, eleganckiego parasola odkręcamy rączkę i  wieńczący go szpikulec. Gotowe. A rączki parasoli Maglia Francesco są nie byle jakie. Do wyboru mamy elementy z drzewa tekowego, orzecha, hikory, kościane i rogowe. Wszystkie ręcznie rzeźbione, importowane z różnych stron świata. W dodatku klient może sam wybrać materiał, z którego będzie wykonana rączka i tkaninę pokrycia. Dzięki temu każdy może mieć jedyny w swoim rodzaju model. Historia marki sięga 1850 roku, a jej ojciec założyciel zaczął składać parasole w wieku 14-tu lat. Wszystko zostało w rodzinie, obecni właściciele to pra-, prawnuki Francesco Maglii. Pasja przekazywana z pokolenia na pokolenie.

Marylin Monroe powiedziała kiedyś: daj dziewczynie odpowiednie buty, a podbije świat. Czy miała na myśli espadryle Zabattigli? Bardzo możliwe, bo te produkowane w niewielkim zakładzie na Capri doceniło wiele gwiazd, takich jak Rita Hayworth, Ingrid Bergman, Grace Kelly, Greta Garbo czy prezydent John Kennedy i jego żona Jackie, a nawet słynny producent butów Salvatore Ferragamo, który spędzając lato w swoim domu na Capri zapragnął pary wygodnych espadryli. Ponoć buty tak mu się spodobały, że zamówił ponad sto par, a na większości kazał wyhaftować swoje inicjały złotą nitką. To właśnie nagła popularność Capri i napływ gwiazd na senną, dotychczas nieznaną wyspę sprawił, że Maestro Costanzo Ruggiero postanowił wypromować wśród zamożnych turystów rybackie obuwie i na nich zbudować swoją przyszłość. Otworzył zakład, który zatrudniał siedmiu pracowników i zaczął szyć espadryle. Pomysł okazał się strzałęm w dziesiątkę –  odniósł sukces, a buty Zabattigli można już kupić nie tylko na Capri, ale też w Japonii, Londynie, Madrycie czy Chinach. I choć pracowników jest już więcej niż siedmiu, a zakład z drewnianej, rybackiej chatki przeniósł się do bardziej odpowiedniej lokalizacji, to espadryle nadal są szyte ręcznie, a czujne oko Maestro Costanzo Ruggiero wciąż nadzoruje produkcję i czuwa nad najwyższą jakością obuwia.

Dawno, dawno temu, ubranie było czymś, co nosiło się latami. Zdarzało się nawet, że sukienka czy para butów była przekazywana z pokolenia na pokolenie. Dziś, w dobie sieciówek i taniej mody kiepskiej jakości chwalebnym ewenementem jest, jeśli buty przetrwają więcej niż jeden, dwa sezony. Na szczęście to zaczyna się zmieniać, znów chcemy dobrej jakości. Obecność małych manufaktur z tradycjami na tak prestiżowym wydarzeniu jak Pitti Immagine Uomo pokazuje, że rzemiosło artystyczne przeżywa prawdziwy renesans. Jest się z czego cieszyć!