Piechotą do lata, Nie ma wody na pustyni, Biała armia, Szklanka wody i wreszcie Bingo. Czy to sama, czy z Bajmem najważniejsza w tym wszystkim jest ona. Idolka Polski B i C, ale i hipsterów, ikona polskich gejów. Chcemy czy nie, słowa jej piosenek wyryły nam się w pamięci, znamy je wszyscy, bo radia grają Beatę Kozidrak kilka razy dziennie. Kiedyś jeszcze aspirująca do sztuki, dziś zdecydowanie rozrywkowa. Można ją lubić lub nie, ale nie można jej w tym wszystkim odmówić szczerości. 

Są takie zespoły i piosenki, które się po prostu zna. Śmiejemy się z nich, puszczamy tylko po pijaku albo po kryjomu. Tak znane, że można je usłyszeć na weselach, jak i zremiksowane w klubach, na hipsterskich potańcówkach. Oczywiście wszyscy je wtedy śpiewają i dobrze się bawią. Tak jest z Beatą, Bajmem i ich przebojami. Zaczęli piosenką określaną przez krytyków jako harcerska. Był rok 1978, festiwal w Opolu, koncert Debiutów, a oni wykonali utwór Piechotą do lata, za co zajęli drugie miejsce. Faktycznie można uznać go za harcerski czy też ogniskowy. Ale wpadał w ucho i po chwili nuciła go cała Polska,zachwycając się ledwie 18-letnią lublinianką, a członowie zespołu nabrali apetytu na więcej. W dodatku aspirowali. Nie chcieli być ogniskowi. Koniec lat 70. i początek 80. to moment, kiedy w naszym kraju tworzyła się z jednej strony scena punkowa, a z drugiej został zainicjowany ruch Muzyki Młodej Generacji, ścierał i łączył się pop i rock. Ewoluującą w latach 80. muzyka Bajmu zaliczała się do wyłaniającego się z tego wszystkiego pop-rocka, co wraz z ekstrawaganckim stylem Beaty sprawiło, że zaczęto zauważać, że czerpią inspiracje między innymi z Kory i Maanamu. Jednak te porównania i muzyczne eksperymenty nie zawęziły grona ich fanów, wręcz przeciwnie. 

W zasadzie od początku swojej działalności Bajm trafiał w masowy gust, a co za tym idzie był komercyjny, dochodowy. Pójście tą drogą może nie przysporzyło muzykom łaskawości krytyków, za to zyskali miłość tłumów. Radia były ich. Podobnie jak najwyższe stawki koncertowe. Sporo dobrego zrobiła dla nich Telewizja Polska, zwłaszcza Nina Terentiew sterująca dwójką, która stoi również za sukcesem Budki Suflera i Ich Troje. Zresztą wszyscy oni gromadzili miliony Polaków przed telewizorami, nie było więc sensu zatrzymywać tej rozpędzonej machiny i zmieniać repertuaru. I choć taki Bajm nie nadąża za trendami muzycznymi, ociera się o disco-polo, a za pop-rockiem zawsze jest 10 lat wstecz, choć Beata nie pisze mistrzowskich tekstów, to śpiewając je jest autentyczna. Autentyczna z tymi swoimi seksualnymi podtekstami (czyżby polska E.L. James z tym, że muzyczna a nie literacka?) wyśpiewywanymi na melodię, która zostaje w głowie, którą każdy jest w stanie powtórzyć. To taka diwa na miarę polskich warunków, taka, z którą można się utożsamić. Jeden mąż (teraz się rozwodzą, ale nie ma mowy o skandalu), problemy zostają w czterech ścianach, nie ma ukrywania tego, że się naprawdę dorobili i mogą sobie pozwolić, aby mieszkać w Hiszpanii w domu nad oceanem. Kiczowaty styl Beaty, zbyt mocno rozjaśnione włosy, zbyt mocny makijaż, obowiązkowa mini – za to ją kochamy. W panterce, skórze, na wysokich obcasach. Niezależnie od wieku. Pełna charyzmy. Porywa te tłumy, które biją się o bilety na jej koncert.

beata kozidrak z mezem rozwód bajm bingo bingo tour

Walentynki 2016. Warszawa. Mnóstwo możliwości. Można było robić praktycznie wszystko, w tym pójść na koncert Katarzyny Nosowskiej w Och-Teatrze albo Meli Koteluk w Stodole. Można też było wybrać się na Beatę i Bajm na Torwarze. Tak, bo Beata zapełnia hale. Kto tam był? Wszyscy. Przekrój społeczny naszego kraju. Od lewa do prawa. Ludzie mocno wiekowi, jak i tacy, którzy przyszli na świat w latach 90., nawet takich późnych. Beata porwała wszystkich. Można słuchać niszowych zespołów, które mają ledwie 300 lajków na Facebooku i się tym podniecać, można być fanem disco-polo, a i tak tańczyć i śpiewać na Beacie, która czuje się tą niegrzeczną dziewczynką ze swojej najnowszej piosenki, która nie chce wyjść długo z głowy, co można nazwać gwałtem przez uszy, ale oczywiście na własne życzenie. Więc można patrzeć na Beatę i ją podziwiać, chcieć być taką Beatą (kobietą sukcesu) lub mieć taką Beatę, w której płynie gorąca krew, w łóżku (nawet jak się na koncercie buja w rytm muzyki ze zdecydowanie młodszą i bardziej naturalną partnerką), można też po prostu dobrze się bawić, bo się kupuje tę Beatę sceniczną, ocierającą się o kicz muzycznie i fizycznie, bo tu przecież chodzi o rozrywkę. Wie to widz, wie to i ona. Bingo.

Każdy Beatę czyta po swojemu, ale każdy czuje, że Beata śpiewa właśnie o nim, że Beata zna te problemy, te noce po ciężkich dniach, te plamy na ścianach, była między szklanki brzegiem a dnem i żal jej tamtych nocy i dni, gdzie w ogniu jego rąk nieznany dziki ląd. Może to była miłość, ale nie odnajdzie więcej nas ta sama chwila. Słuchanie Beaty może być guilty, ale jednak pleasure. A w Beacie wciąż płynie gorąca krew. 

Opracowanie graficzne Małgorzata Stolińska dla enter the ROOM