Wstajesz rano, włączasz swoją ulubioną płytę, przeglądasz gazetę, rozmawiając przy porannej kawie z ukochaną osobą. Brzmi miło i pachnie przyjemną codziennością. Czy jednak nie jest to sytuacja utopijna, fikcyjna nawet? Telefony, laptopy i komunikatory zawładnęły bez reszty kultywowanymi przez lata rytuałami, zmieniając przy okazji nasze otoczenie. Choć nie podnosząc nosów znad ekranów elektrogadżetów, mogliśmy nawet nie zauważyć, że zaczynają nas otaczać puste półki.

Wnętrza naszych domów coraz częściej muszą być przede wszystkim „instagramowalne”, czyli ładne, ze smakiem, cieszące oko. Książki? Tak, ale te z pięknymi okładkami, żeby dobrze prezentowały się na stoliku kawowym. Stojak na płyty został w rodzinnym domu jako relikt czasów, kiedy nowo wydany krążek ulubionego zespołu był na szczycie wishlisty każdego nastolatka. Koniecznie oryginalny, z książeczką z tekstami. Teraz płyty stały się niewidzialne – dosłownie – gdyż funkcjonują w postaci plików mp3 na komputerach, telefonach czy kontach w serwisach z muzyką. Domy rodziców w porównaniu z naszymi wyglądają często jak sklepy ze starociami. Pokolenie trzydziestolatków jak przez mgłę pamięta czasy, kiedy brakowało wszystkiego; po cukier czy artykuły codziennego użytku stało się w długich kolejkach. Może dlatego w naszych rodzicach wykiełkowała mania zbierania: wszystko może się przydać, niczego się nie wyrzuca, tylko upycha do kredensów, gablotek, pawlaczy, piwnic. Z sentymentem, ale też czasem z uśmiechem lekkiego pobłażania spoglądamy na kasety magnetofonowe ustawione równo w rządku na półce; sprawdzamy, czy adapter jeszcze działa, a na regale odszukujemy książkę-nagrodę, którą dostaliśmy w podstawówce za wyniki w nauce. Jest przytulnie, czujemy się tam bezpieczni, ale chętnie wracamy też do swoich sterylnych, designerskich wnętrz.

bookself ksiazka book

Oczywiście nie oznacza to, że staliśmy się ignorantami jeśli chodzi o muzykę czy literaturę. Są wśród nas tacy, których lista utworów na Spotify zapewniłaby oprawę muzyczną domówce trwającej tydzień i to non stop. U innych żadna dłuższa podróż nie może się odbyć bez audiobooka. Miłośnicy dobrej książki mają czytniki e-booków rozgrzane do czerwoności i pękające w wirtualnych szwach od ilości zapisanych na nich plików. Po przekroczeniu progu mieszkania nowo poznanej koleżanki czy kolegi, nie będziesz jednak w stanie stwierdzić, czy masz do czynienia, z którąś z tych osób. Gdy gospodarz pójdzie zrobić herbatę, spoglądając z ciekawością na regał, nie ocenisz jego gustu muzycznego, nie odkryjesz z radością, że czytacie te same książki. Jest tam dość pusto. W przeciwieństwie do dysków czy kart pamięci, ale to jest poza polem widzenia – o ile w ogóle jest, bo tego przecież też nie wiemy. U nas jest zresztą podobnie. A jeśli nawet przez wrodzony sentymentalizm czy niechęć do nowych technologii, zapełnimy swoje domy zbiorami drukowanymi, to takie bestsellery jak „Sztuka umiaru” i „Sztuka prostoty” Loreau Dominique czy „Magia sprzątania” Marie Kondo na pewno szybko pomogą nam opanować zaistniałą sytuację.

W braku drukowanych książek nie widzimy nic złego. E-booki i audiobooki świadczą przecież o tym, że nadążamy, trzymamy tempo, jesteśmy postępowi. Zmierzch książek w formie analogowej obwieszczono już zresztą dawno temu. Tylko czy zasadnie? W 2011 do szumu na ten temat przyczyniła się Ikea, ogłaszając redesign kultowego regału na książki Billy. To jeden z bestsellerowych produktów skandynawskiej firmy – na świecie sprzedano do tamtego momentu ok. 41 milionów Billy'ego. To, co mogłoby się wydawać zwykłym odświeżeniem jednego z ogromnej gamy artykułów, sprowokowało dyskusję na temat losów druku. The Economist stwierdził, że nowe, głębsze półki mają służyć przechowywaniu pamiątek, dekoracji, ewentualnie książek z dziedziny coffe-table, czyli takich raczej do oglądania niż do czytania. Co prawda firma zapewniała, że chodziło o zwiększenie funkcjonalności mebla, by pomieścił również większe książki, ale nie da się ukryć, że zaczęto mówić głośniej o pewnych zmianach, które zachodzą wokół.

bookself ksiazka book 2

Wybierając wersje elektroniczne książek czy pliki z muzyką zamiast płyt CD, najczęściej nie mamy poczucia, że coś tracimy, bo przecież nadal jesteśmy czynnymi odbiorcami literatury i muzyki. Czy jednak przerzucenie się na wersje digitalowe nie ma jakichś skutków ubocznych? Greg Krehbiel, dyrektor działu operacji marketingowych w Kiplinger Washington Editors, w swoim artykule dla portalu linkedin.com zabiera głos w toczącej się od dawna dyskusji na temat tego, czy książki elektroniczne przeważają nad drukowanymi. U niego wygrywa papier. Jego plusy zauważa już na początkowym etapie – przy zakupie: wejście do księgarni, nacieszenie oczu kolorowymi stosami, piętrzącymi się na półkach i standach, przekartkowanie – przecież niektóre pozycje posiadają unikalne zdjęcia, mapy, których odbiór nie jest ograniczony wielkością naszego ekranu. Możemy sprawdzić, czy odpowiada nam dobór i rozmiar czcionki. Są też fetyszyści zapachu książki – papieru prosto z drukarni. Te wszystkie doznania liczą się zresztą też później przy czytaniu i sprawiają, jak potwierdzają badania, że zapamiętujemy więcej, bardziej skupiamy się na akcji, bohaterach. Chłoniemy bowiem książkę w całości – dotykiem, zapachem, czujemy jej ciężar w ręku. Nasza pamięć i koncentracja ściśle współpracują z tymi zmysłami. To doświadczenie można nazwać multisensorycznym. Dodatkowo nie niecierpliwimy się, czekając, aż plik się załaduje i nie martwimy, że bateria urządzenia padnie w najciekawszym momencie, w autobusie czy tramwaju, w połowie drogi do pracy. To tylko niektóre z argumentów przemawiające na korzyść druku. Oczywiście są aspekty, w których to wersje elektroniczne biorą górę nad printem. Na jednym urządzeniu możemy przecież mieć tysiące interesujących nas pozycji, czytać je nawet w ciemności. Często mogą zapewnić nam wrażenie multimedialne poprzez dodane dźwięki, wideo. Zdaje się więc, że w tej walce ciężko wyłonić jednogłośnie zwycięzcę.

Abstrahując jednak od dyskusji toczącej się między bibliofilami, zwolennikami wersji analogowej a tymi bardziej sprzyjającymi rozwojowi technologii, skupmy się na naszym własnym kawałku podłogi, na którym coraz rzadziej możemy potknąć się o stos odłożonych po wieczornej lekturze tomów. Jak się okazuje, taka sytuacja nie pozostaje bez znaczenia dla rozwoju człowieka. Według badań opublikowanych w 2014 roku w dzienniku socjologicznym Social forces rozmiar naszych prywatnych bibliotek ma duży wpływ na nasz rozwój intelektualny, zwłaszcza w okresie dzieciństwa. Przebadano 42 nacje na całym świecie. Dzieci, wychowujące się w domach, gdzie było ok.oło 100 książek, wykazywały umiejętności wyższe o co najmniej jeden poziom nauczania od reszty. Oznacza to, że przystępowały do pierwszej klasy szkoły podstawowej z umiejętnościami, jakie w pełni rozwijało się dopiero w drugiej czy trzeciej klasie. Poziom czytelnictwa będzie oczywiście wyższy w bogatszych krajach, ale już w obrębie jednego państwa dochód rodziców nie ma takiego znaczenia. Jedna z autorek badania, Mariah Evans z Uniwersytetu w Nevadzie, zaznacza bowiem, że złoty środek leży gdzieś pomiędzy wielkością zasobów literackich w danym domu a zachętą i przekładem jakie dają rodzice swoim dzieciom.

bookself ksiazka book 3

To właśnie kultura czytania ma tu ogromne znaczenie. A w tym wypadku książki drukowane biją póki co e-booki i audiobooki na głowę. Młody człowiek dorastając wśród tomów, po które może sięgnąć, odczytać ich tytuły, dopytywać mamę i tatę, o czym to jest, otwiera się na świat – i książek, i ten otaczający go na co dzień. Oczywiście nie zawsze na półkach będzie to, co jest odpowiednie dla wiedzy czy zainteresowań kilkulatka. Samo jednak obcowanie z tymi tytułami sprawia, że zapisują się one w jego pamięci, dają szerszy obraz tego, co człowiek doświadcza, napotyka na swej drodze. Pliki funkcjonujące na nośnikach to już zupełnie inne, ograniczone doświadczenie. Tu obcuje się z wybranymi, zakupionymi pozycjami. Ogranicza to spektrum poznawcze. Teddy Wayne w The New York Times tłumaczy to na przykładzie sytuacji przy rodzinnym stole. Jeśli ojciec zamiast wpatrywania się tablet, ma przed sobą gazetę, jego dzieci pewnie wyłapią kilka nagłówków. I nawet jeśli nie sięgną po to pismo, żeby przeczytać cały artykuł np. o sytuacji w Syrii, to i tak nabędą wiedzę o tym, że taki problem istnieje, że w ogóle istnieje świat zewnętrzny. To, co wydaje się największą zaletą technologii, czyli możliwość wyselekcjonowania tego, co nas naprawdę interesuje, może okazać się ograniczające. Często nie ma szans, żeby coś ciekawego nam wpadło w ręce jakby przy okazji, jak oldschoolowy, pełen smaczków winyl na półce naszych rodziców.

Niestety, podczas gdy jedni pozostają wierni wersjom drukowanym książek, a inni zdecydowanie wolą e-booki, jest jeszcze grup osób nieczytających wcale. Nie można o niej zapomnieć, bo patrząc chociażby na nasze rodzime podwórko, osoby te stanowią połowę społeczeństwa. Z danych Polskiej Izby Książki wynika, że w 2014 roku ok. 52% Polaków nie kupiło żadnej książki. Biblioteka Narodowa dorzuca do tego niechlubne wyniki swoich badań – 10 mln Polaków nie ma w domu ani jednej pozycji, a 19 mln przyznaje się, że nie sięgnęło po żadną przez cały rok. Tylko 41% z nas przeczytało choć jedną i z tym wynikiem na tle Europy prezentujemy się słabo – w większości krajów wskaźnik ten wynosi ponad 50%. Co prawda z Diagnozy społecznej prof. Janusza Czapińskiego wynika, że 21% Polaków nie kupuje książek, bo ich na to nie stać, ale i tak temat czytelnictwa zdaje się być przysłowiowym trupem wypadającym z szafy raz na jakiś czas, gdy prowadzone są badania wśród społeczeństwa. W takiej sytuacji kwestia tego, czy wybieramy książki papierowe, czy elektroniczne, wydaje się drugorzędna. Na pewno jednak pokazuje to, że winę za brak bibliotek w naszych domach nie musi wcale ponosić technologia.

Mój dom to moja twierdza – głosi znane powiedzenie. Bez względu na to, czy spędzamy w nim czas z rodziną, znajomymi czy sami, powinien być miejscem, gdzie czujemy się dobrze, bezpiecznie, jest nam przyjemnie. Otaczanie się ukochanymi przedmiotami na pewno w tym bardzo pomaga. Czemu więc nie wybrać zmaterializowanej ich formy – wydrukowanej książki, płyty CD, najnowszego numeru ulubionej gazety, żeby mogły cieszyć i oko, i duszę. Przypominać, że jesteśmy u siebie, w swoim miejscu na ziemi.

bookself ksiazka book 4

Fot. materiały prasowe