Święte posłuszeństwo. Milcząca nieobecność. Siostry zakonne jakby nie istniały w przeciwieństwie do zakonników. Czy to kolejny przykład wykluczenia kobiet? Czy w strukturach Kościoła katolickiego nie ma miejsca na równość płci? A może to kobiety innym kobietom zgotowały taki ciężki los? W reportażu Zakonnice odchodzą po cichu Marty Abramowicz – dziennikarki, badaczki, psycholożki – pojawia się ich dwadzieścia. Dwadzieścia wykluczonych. Dwadzieścia, które dostały głos i odważyły się z tego korzystać. Bo nawet byłe siostry nie opowiadają nikomu o swoim zakonnym życiu. Bo przecież wszyscy inni i tak wiedzą lepiej, bo na pewno coś złego zrobiły. I w końcu na Kościół nie można przecież złego słowa powiedzieć.
Skąd temat zakonnic porzucających habit?
Na początku zastanawiałam się po prostu, dlaczego nie ma zakonnic w przestrzeni publicznej. Przecież są w niej zarówno księża, jak i byli księża, którzy mówią głośno o swoich odejściach. Są w mediach ekspertami od spraw Kościoła, zakonnice nie. Zaciekawiło mnie to. Kiedy poznałam swoje pierwsze bohaterki, Joannę i Magdalenę, postanowiłam o nich napisać reportaż, bo historia ich życia wydała mi się fascynująca – odeszły z zakonu 16 lat temu i dziś działają na rzecz praw człowieka, praw kobiet, praw zwierząt. Kierują się wartościami głęboko humanistycznymi, ktoś mógłby powiedzieć chrześcijańskimi. Zaczęłam się zastanawiać, jak inne byłe zakonnice układają sobie życie. Kiedy zaczęłam szukać informacji o nich, okazało się, że prawie nic na ten temat nie napisano. Profesor Baniak, który od lat bada życie duchownych i wydał na ten temat kilkanaście książek, przestrzegał mnie, że kwestia zakonnic jest zupełnie niezbadana i że będzie mi trudno. Ale pomyślałam: spróbuję. Wierzę, że jeśli zapyta się odpowiednią liczbę ludzi, to dotrze się do każdego. Zapytałam więc o byłe zakonnice kilkaset osób – ale znalazłam opór.
Dlaczego jest tak trudno? Osoby, z którymi rozmawiałaś przygotowując się do napisania książki stwierdziły wręcz, że jest to temat niezbadany, a zadanie jest prawie niewykonalne.
Byłe siostry rzadko chcą opowiadać o swoim życiu. Przynajmniej kilkanaście sióstr odmówiło mi rozmowy, mówiąc, że nie chcą do tego wracać albo że jest to dla nich jeszcze zbyt bolesne. Przyczyny są złożone.
Na czym polega problem? Dlaczego kobiety odchodzą z zakonów?
W książce podałam przykłady małe i duże. Małe to różne absurdy życia codziennego związane z tym, czego wymaga się od zakonnic w imię absolutnego, świętego posłuszeństwa. A większe, czyli istota zagadnienia, to brak poczucia sensu. Nie chodzi o to, że moje bohaterki straciły powołanie, tylko że nie są w stanie go dalej realizować w zakonie, do którego wstąpiły.
Jednej z bohaterek dosłownie uniemożliwiano, by pomagała chorym w takim stopniu, w jakim by chciała.
Tak – chorym, potrzebującym, bezdomnym... Nie mogła tego robić, bo przełożona uważała to za jej hobby. Wyznaczała jej tez kary za niesubordynację – musiała na przykład malować w nocy mury klasztorne. Inne bohaterki opowiadały, że im bardziej czegoś chcesz w zakonie, tym bardziej tego nie dostaniesz. Chcesz pracować z dziećmi – pójdziesz do kuchni, choć nie znosisz gotować. Skończyłaś teologię? Wyślemy cię do pracy z osobami z niepełnosprawnością, choć nie masz do tego żadnego przygotowania. W rezultacie czują, że ich talentów się nie pomnaża, że mogłyby się bardziej przydać gdzie indziej, zrobić tam więcej dobrego, ale przełożona mówi: nie. I nie wyjaśnia dlaczego.
Według rozmówczyń większość przełożonych argumentuje, że to jest kwestia posłuszeństwa i że te siostry nie powinny się nad tym zastanawiać.
Czasem można odnieść wrażenie, że najlepiej, żeby w ogóle nie myślały, bo myśląca kobieta jest przecież niebezpieczna... Mężczyznom przez wieki nie zależało na tym, żeby kobiety się kształciły, głosowały w wyborach czy decydowały o tym, jak będzie wyglądać ich życie. Do końca XIX wieku kobieta była zależna od mężczyzny, absolutnie i całkowicie – od woli męża, ojca, brata. Tak naprawdę zgromadzenia czynne, o których jest książka, były w XIX wieku zakładane przez ówczesne feministki. Kobiety, które chciały być niezależne i chciały stawić czoła problemom swojej epoki takim jak nędza w miastach i na wsiach, brak szkół dla dziewcząt, brak opieki medycznej. Oczywiście musiały to robić z pomocą biskupów lub księży, bo taka jest struktura Kościoła katolickiego. Ale miały dosyć dużą niezależność i były za to krytykowane przez Kościół, który mówił: nie wolno wam samym chodzić do chorych, nie wolno wam zajmować się kobietami upadłymi.
Czy żeby być w zakonie, żeby w nim zostać – bo jednak większość zostaje – trzeba mieć jakieś konkretne cechy albo jakichś nie mieć?
Moje bohaterki mówiły, że należy wyłączyć myślenie, poddać się wszystkiemu, zawierzyć – ale nawet to nie gwarantuje pozostania. Jedna z nich, siostra Izabela, zawierzyła i chciała przestrzegać wszystkich reguł, ale jednocześnie nie zgadzała się na kłamstwa dnia codziennego czy nieprzestrzeganie wszystkich zasad przez przełożone. Potem jeszcze dostała bóli w dłoniach i stopach, które nie były wytłumaczalne medycznie. Siostry wówczas powiedziały jej, że musi odejść, bo nie ma powołania. To było po 9 latach, tuż przed ślubami wieczystymi. A przecież do tego odnosiła ogromne sukcesy w nauczaniu dzieci i młodzieży, które, jak mówiła, nie chciały wyjść z kościoła, chciały jej słuchać – czego by chcieć jeszcze od zakonnicy?
Z książki wynika, że osoby, które zostają są jeszcze bardziej niedostępne niż osoby, które odeszły z zakonu.
Faktycznie trudno jest z nimi nawiązać kontakt. Padają głosy – ze strony osób, które nie czytały książki – że świadectwo 20 sióstr nic nie znaczy, że są szczęśliwe siostry, jest inaczej. Być może są zgromadzenia, gdzie jest inaczej. Można ten temat zignorować, można powiedzieć: nic się nie dzieje. Ale ja codziennie dostaję kilka listów od byłych sióstr, które dziękują mi za tę książkę. Mówią: wreszcie ktoś zajął się tym tematem, wreszcie widzimy, że są inne siostry, które przeżywały to samo. Jesteśmy pewne, że zostaniesz zaatakowana, ale dziękujemy ci za tę odwagę. Ja nawet nie wiedziałam, że trzeba do tego odwagi. Zresztą, żeby krytykować, warto przeczytać i sprawdzić, co jest w środku. Bo są tam również rozmowy z zakonnikami, obecnymi zakonnicami, konkluzje teologów i historyków.
Może ten kontakt na początku był utrudniony, ponieważ siostry czują się odosobnione, nie wiedzą, jak powszechne jest ich doświadczenie?
Myślę, że nie wiedzą. Część z nich pytała: a jak jest w innych zakonach, co mówią inne siostry? Czy one przeżywały to, co ja? Bo może to ja coś źle odbieram, źle widzę, może to ja straciłam jednak to powołanie, to ja jestem temu winna? Natomiast okazuje się, że ta wspólnota doświadczeń jest olbrzymia.

Fot. flickr.com
Jedną z rzeczy, które zwróciły moją uwagę, było bardzo radykalne odcinanie się obecnych sióstr, szczególnie przełożonych, od tych, które odeszły. W książce jest wypowiedź przełożonej, siostry Nikodemy, która nie wyobraża sobie książki, w której pojawią się obok siebie byłe i obecne zakonnice. Dlaczego dochodzi do aż takiej separacji?
Te siostry, które odeszły, są często traktowane tak, jakby zdradziły zakon, nie godzi się o nich mówić. Z kolei rozmawiałam z dwiema siostrami, które swój nowicjat spędziły w zakonach we Francji i ich doświadczenie było inne – odeszły w pokoju i do teraz utrzymują kontakt ze swoim zgromadzeniem. A moje bohaterki z polskich zakonów opowiadały mi o tym, jak siostry przechodziły na drugą stronę ulicy, nie chciały z nimi rozmawiać, nie mogły się z nikim pożegnać. Ta niemożność pożegnania się jest bardzo trudna i dla tej, która odchodzi, i dla tych, które zostają. One przeżyły z tą siostrą kilka lub kilkanaście lat, znają ją i, co najważniejsze, czasami uważają ją nawet za bardziej wierzącą, za lepszą zakonnicę niż same siebie. Wtedy rodzi się w nich pytanie: jeśli ona odeszła, to ze mną?
Ale skąd się bierze to odcinanie się i niechęć do odchodzących sióstr?
Ja tego nie wiem, mogę tylko ze swojej wiedzy psychologicznej powiedzieć, że prawdopodobnie wynika to z potrzeby utrzymania spójności grupy, jedności systemu. Odchodząca siostra konfrontuje z faktem, że coś jest nie tak. Dlatego najłatwiej powiedzieć o niej, że jest niedojrzała, w ogóle się nie nadawała do życia zakonnego i wymazać ją z pamięci.
Pomówmy może teraz o różnicach między zakonami w Polsce i za granicą. Piszesz o tym, że w Polsce zakony żeńskie są „przedsoborowe”, że nie wprowadzono u nas reform zapoczątkowanych przez Watykan w latach 60., podczas gdy na Zachodzie jest diametralnie inaczej. Czy jesteśmy jakimś wyjątkiem?
Historie, które dziś opowiadały mi siostry, były bardzo podobne do wspomnień zakonnic, które przebywały w klasztorach w latach 50-tych, czyli przed Soborem Watykańskim II. Potem bardzo wiele się zmieniło – w Kanadzie, we Francji, w Wielkiej Brytanii, choć może nie we wszystkich zakonach. Oczywiście nie znam wszystkich zgromadzeń na świecie, jestem pewna, że nie wszędzie jest różowo. Natomiast istnieje możliwość wyboru – młoda dziewczyna, myśląc o zakonie, widzi: są takie siostry i są takie siostry, tu będę miała takie życie, a tam takie.
Zakonnice na Zachodzie przeszły reformę posoborową, która dała znacznie więcej wolności, pozwoliła siostrom współdecydować o swoim życiu. Posłuszeństwo stało się dialogiczne, siostry mogły zrzucić habity, wyjść do ludzi. Oczywiście części to się spodobało, a części nie, tak jak każda zmiana. Z drugiej jednak strony na Zachodzie bardzo zmniejszyła się liczba zakonnic, a w Polsce choć też jest ich coraz mniej, to nie jest to zmiana tak drastyczna.
Czy trafiłaś na jakieś dobre przykłady zakonów żeńskich w Polsce?
Gdybym trafiła, to bym je opisała. Siostry bardzo mało mówią o sobie, mało pokazują na zewnątrz, unikają odpowiedzi nawet na pytania o dane statystyczne. Jakimś sposobem o zakonnikach wiadomo zdecydowanie więcej niż o siostrach zakonnych. A jeśli czegoś nie wiadomo, to słysząc historie kilku sióstr zaczynamy się zastanawiać, czy tak jest wszędzie? Być może siostry powinny więcej mówić o sobie, więcej pokazywać swojego życia, żebyśmy mieli większą wiedzę – inaczej nie ma głosu z drugiej strony.
Czym najogólniej różnią się zakony męskie od żeńskich?
Stopniem wolności – myślenia, dostępu do wiedzy, do wykształcenia, swobody życia, dostępu do wszelkich zasobów. Chodzi nawet o bardzo przyziemne rzeczy, jak kieszonkowe na własne potrzeby, posiadanie telefonu, dostęp do komputera, internetu, o kontakt ze światem zewnętrznym. Zakonnicy nie muszą prosić o pozwolenie na pójście na wykład, sami prowadzą te wykłady. Siostra nie ma często żadnego kontaktu ze światem. Znam przypadek, w którym siostra po ślubach wieczystych przez wiele lat wykonywała tylko prace w obrębie zakonu – sprzątanie, gotowanie – mimo że błagała o inne zajęcie. Została w ten sposób ukarana za to, że zadzwoniła wyżalić się przyjaciółce.
Ale chyba nie możemy powiedzieć, że w zakonach męskich takie rzeczy się nie zdarzają?
Oczywiście, nie wiemy tego. Natomiast sama struktura np. dominikanów wyklucza pewne rzeczy. U nich jest tak, że każdy brat ma głos, może wziąć udział w wyborach czy w głosowaniu nad pewnymi rzeczami. W kwestii oznak zewnętrznych są to z kolei habity, zaplanowanie dnia. Dominikanin mówi mi: ja sobie planuję dzień tak, żeby pomieścić wszystkie moje obowiązki. Moje bohaterki nie miały takiego wyboru. Nowicjusz dominikański mówił: wstawaliśmy o 7-8 rano. Siostry wstają o 5:30. Moje bohaterki bardzo dużo pracowały, padały z nóg. W jednej z polemik siostra odnosi się do tego, że nigdy nie spotkała zakonnicy, która by pracowała 12 godzin dziennie, wliczając w to czas modlitw. Ja jestem tym zaskoczona, bo wszystkie moje bohaterki o tym mówiły. Co więcej, nawet dominikanie mówili o tym, że siostry są przepracowane. O tym, że siostry są przepracowane czytałam nawet w artykule z lat 60.
Jakie reakcje jak na razie wywołuje książka?
Poza siostrami odzywają się do mnie też byli księża i zakonnicy, piszą, że to również dla nich bardzo ważna książka, ale że przepaść między męskimi a żeńskimi zakonami jest ogromna. Piszą do mnie rodziny zakonnic – zarówno byłych, jak i obecnych – które niepokoją się o swoją córkę czy kuzynkę.
Czy rozmawiałaś już z bohaterkami swojej książki po jej publikacji?
Te, które już ją przeczytały, mówią, że odnalazły się w każdej historii i że przypominały im się rzeczy, o których już zapomniały.
W tym braku chęci do rozmowy o problemach zakonu jest oczywiście pewna logika, ale zamykanie ich wewnątrz tworzy czasami dużo większe trudności, bo nie ma jak ich rozwiązać. W psychologii i psychoterapii mówi się raczej: otworzyć, pokazać, przepracować. Nie twierdzę, że jestem specjalistką od życia zakonnego, ja tylko wysłuchałam tych historii. Ale na pewno dotyka mnie sytuacja kobiet, każdej osoby, która jest wykluczona i której jest źle. A sytuacja zakonnic jest także odbiciem sytuacji kobiet w społeczeństwie, a w Polsce jest wciąż wiele tradycyjnych przekonań na temat tego, co wolno kobietom, a co mężczyznom. I jeszcze wiele musimy zrobić, aby naprawdę mówić o równości w tym zakresie.
Osoby zainteresowane kontaktem z Martą Abramowicz, mogą go nawiązać za pośrednictwem jej strony: http://martaabramowicz.pl/.

Fot. materiały prasowe