Dlaczego warto obserwować niebo? Jak skutecznie przekazywać wiedzę o nauce? Czy polecimy na Marsa? Rozmawiamy z Karolem Wójcickim, najbardziej znanym popularyzatorem astronomii w Polsce. O niebie, gwiazdach i łączeniu pasji z życiem zawodowym.

Karol Wójcicki jest – jak sam o sobie pisze – „takim gościem, który uwielbia patrzeć w gwiazdy i dzielić się swoją pasją z innymi”. Dzięki niesamowitemu entuzjazmowi, z jakim opowiada o zjawiskach zachodzących nad naszymi głowami, znalazł skuteczny sposób na zarażanie swoją pasją innych. Na co dzień pracuje w Centrum Nauki Kopernik w Warszawie, a od kilku lat prowadzi popularnonaukowy fanpage na Facebooku „Z głową w gwiazdach”. W ubiegłym roku rozpoczął realizację projektu „Z głową w gwiazdach LIVE” na YouTube  przy pomocy specjalnej kamery o wysokiej czułości pokazuje na żywo obraz najciekawszych zjawisk astronomicznych. Za swoje dokonania został wyróżniony tytułem „Popularyzator Nauki 2015.

1 dzien kosmosu wywiad warszawa Karol Wjcicki 

Karol Wójcicki

Skąd u ciebie fascynacja kosmosem?

Trudno odpowiedzieć na to pytanie. To jest ze mną od tak bardzo dawna, że nie dopatruję się jakiś źródeł, zwyczajnie mogę ich już nie pamiętać. Najwcześniejsze wspomnienie związane z fascynacją kosmosem sięga u mnie wieku trzech lat, kiedy byłem z tatą na wakacjach na wsi u dziadków. Było bardzo ciemne niebo, już po godzinie 23. Jeszcze nie spałem i siedziałem na ganku, oglądając rozgwieżdżone niebo. Pamiętam jak przeciął je bardzo jasny błysk. Była to spadająca gwiazda lub meteor. Sadzę, że ten widok został na wiele lat ze mną, a kiedy byłem nastolatkiem bardziej zainteresowałem się kosmosem, głównie za sprawą programów popularnonaukowych emitowanych m.in. na kanale Discovery.

 

Przedstawiasz się jako popularyzator astronomii. Z sukcesami pracujesz w CNK, gdzie organizujesz wielkie imprezy obserwacyjne. Czy popularyzowanie dziedziny tak odległej od codziennego życia większości z nas to łatwe zajęcie?

Wbrew pozorom popularyzowanie astronomii jest łatwe. To dziedzina, która nie jest kompletnie oderwana od naszego życia. Astronomia towarzyszy ludziom od początku, od czasu, gdy zaczęli oni świadomie poznawać swoje otoczenie. Zauważali Słońce, Księżyc i w pewnym momencie zaczęli obserwować pewne regularności. Najprostsze, czyli pojawienie się na niebie Słońca, skutkowało nastaniem dnia, a jego zachód to był początek nocy. To była pierwsza obserwacja naukowa.

Paradoksalnie, nasz gatunek przez zdecydowaną większość swojej obecności na Ziemi mógł obcować z pięknym, czarnym niebem usianym tysiącami gwiazd. Tak naprawdę dopiero od pół wieku lat mamy dokoła nas tak dużo światła, że tracimy z oczu widok rozgwieżdżonego nieba. Opowiadając o astronomii, mam ten komfort, że nie muszę mówić o rzeczach bardzo abstrakcyjnych, tylko odwołuję się do tego, co ludzie mogą zobaczyć za oknem. Czasem niebo nie jest takie piękne, jakbym sobie tego życzył, albo takie, do którego jestem przyzwyczajony często podróżując.

W swojej pracy mówię o tym, co widzimy za oknem, co może zweryfikować każdy z nas. I to jest fajne, a ludzie do tego lgną. Wcale nie jest tak ciężko o tym mówić.

 

Kim są ludzie, których zarażasz bakcylem astronomii? Dzieci, młodzież, dorośli, seniorzy…?

Mam wrażenie, że wszyscy. Niedawno, podczas dużej imprezy w CNK, po raz pierwszy postanowiliśmy zrobić badanie socjologiczne, żeby dowiedzieć się, kim są ludzie, którzy przychodzą na obserwacje.

A przed chwilą zagadnęła mnie starsza pani, która stwierdziła, że jest moją wielką fanką. To jest niezwykłe, zwłaszcza gdy nie słyszy tego gość, który jest gwiazdą rocka lub znanym aktorem, tylko po prostu popularyzatorem nauki…

 

Dlaczego ludzie chcą zgłębiać wiedzę o gwiazdach?

Odnoszę wrażenie, że ludzi najbardziej cieszy to, na czym mi zawsze bardzo zależy, czyli dzielenie się entuzjazmem, jaki mam w sobie dla rozgwieżdżonego nieba. Uważam, że w popularyzacji nauki najważniejsze jest przekazywanie pasji. Czasem jest to nawet ważniejsze od przekazania jakichś konkretnych informacji. Gdy słucha się gościa ze śmieszną fryzurą, który jest szalenie podekscytowany tematyką, której się poświęcił, to być może inni pójdą jego śladem i spróbują zgłębić temat. Nie trzeba edukować, ale skłaniać innych do tego, żeby sami poszukiwali odpowiedzi.

 

O zainteresowaniu tym, co robisz, świadczy sukces w zbiórce crowdfundingowej na początku roku. W ciągu kilkunastu godzin zebrałeś pieniądze potrzebne na zakup nowego sprzęt do realizacji transmisji live na YouTube. W czym tkwi tajemnica twojego sukcesu?

Sam do końca nie rozumiem na czym to polega  działam intuicyjnie i jakoś to się sprawdza. Stąd zamiast szkolić kogoś z popularyzacji nauki zdecydowanie wolę pokazać, co robię i liczyć na to, że uda mu się wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski. Szczerze mówiąc, właśnie jestem w drodze do Bułgarii [wywiad odbył się na lotnisku tuż przed wylotem naszego rozmówcy – przyp. red.], gdzie będę prezentował swoją działalność w Polsce.

Ważne jest, by jak najbardziej ułatwiać ludziom dostęp do nieba. Na tym zresztą polega projekt „Z głową w gwiazdach”, na którego realizację robiłem zbiórkę. Ja jestem kilkadziesiąt kilometrów poza domem, w szczerym polu, czasem siedzę przez kilka godzin nawet w temperaturze -16 stopni, ze specjalną kamerą podłączoną do komputera, przekazując obraz do internetu. Robię to po to, żeby ludzie siedząc w domu na kanapie, mogli obejrzeć niezwykłe zjawiska astronomiczne.

Podobnie jest w czasie nocy spadających gwiazd, gdzie tysiące ludzi przychodzą pod CNK, siadają w parku na trawie i obserwują meteory. Jestem przekonany, że w dużej części nie przychodzą tam po to, by patrzeć w niebo. Oni przychodzą, żeby dobrze bawić się ze znajomymi, być może wypić piwo. Ale jednocześnie patrzą na meteory i – chcąc nie chcąc – słyszą to, co ja do nich mówię. Spędzając fajnie czas, chwytają też trochę nauki.

2 dzien kosmosu wywiad warszawa Karol Wjcicki

Wiosenna Droga Mleczna w Bieszczadach 

Przez tysiące lat niebo i gwiazdy dla człowieka miały wymiar w pewnym sensie magiczny. Dziś jest inaczej. O niebie i zjawiskach z nim związanych wiemy dużo. Dlaczego współcześnie warto obserwować gwiazdy?

Na ziemi jest mnóstwo rzeczy, które możemy dotknąć, jeśli tylko mamy na to ochotę. Możemy podejść do wielkiej piramidy w Gizie, możemy pojechać do Paryża i zbliżyć się do wieży Eiffla czy zobaczyć Wielki Mur Chiński i się po nim przejść. Wszystko znajduje się w zasięgu kilku lub kilkunastu godzin lotu samolotem i możemy z tym obcować. Natomiast z kosmosem jest tak, że możemy sobie popatrzeć, możemy zobaczyć bardzo wiele rzeczy, ale jednak jest między nami bariera.

Warto obcować z gwiazdami dlatego, że to jest coś, z czym obcowaliśmy przez tysiąclecia. Dopiero w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, kiedy postępuje urbanizacja, kiedy zwiększa się ilość świateł miejskich dokoła nas, zatracamy ten piękny widok, np. Drogi Mlecznej nad naszymi lasami. Dzisiaj w Warszawie gołym okiem widać kilka, kilkanaście gwiazd, a kiedy pojedzie się w Bieszczady widać ich ponad 4 tysiące. Nie chcę używać wielkiego słowa „dziedzictwo” czy określać gwiazdy jako coś, co towarzyszyło nam zawsze, ale trochę tak jest. Warto wyjechać z miasta i zobaczyć, jaka jest różnica, dostrzec, jakie cuda natury mamy nad naszymi głowami. I nie potrzeba do tego żadnych teleskopów, instrumentów badawczych, wystarczy się położyć na kocu.

Kilka dni temu byłem w Bieszczadach i zrobiłem najfajniejsze zdjęcie Drogi Mlecznej w moim życiu. Wrzuciłem je na Facebooka, aby ludzie zobaczyli, że takie widoki nie są tylko ze stacji kosmicznej, z super ciemnych pustyń czy płaskowyżów w Ameryce Południowej. Mamy to na wyciągnięcie ręki u nas, na południowo-wschodnim skraju Polski.

 

O kosmosie wiemy dużo. A czy wiemy, czego nie wiemy? Są takie rzeczy, o których wiemy, że są, ale o nic nich nie wiemy?

Najlepszym przykładem jest ciemna materia. Teraz siedzimy na ławce, możemy tej ławki dotknąć. Z takiej samej materii jesteśmy zbudowani. Wydawałoby się, że cały świat jest z czegoś takiego zrobiony. A jednak z badań astronomów wynika, że jest jeszcze inny rodzaj materii, której nie możemy zobaczyć. I jest jej dużo więcej w kosmosie niż tej, która nas otacza. Tylko nikt nie ma pojęcia, czym ciemna materia jest, skąd się wzięła ani jak ją zbadać inaczej niż poprzez obserwowanie jej oddziaływania z tą znaną nam materią, ale w takiej wielkiej skali, np. z wielkimi gromadami galaktyk. Buduje się gigantyczne urządzenia, by w miniaturowej skali badać zjawiska odwołujące się do całego rozmiaru wszechświata.

To jest jedna z tych zagadek, o których wiemy, czego nie wiemy i chyba będziemy długo szukali na nią odpowiedzi. Aż strach pomyśleć, czego nie wiemy, że jeszcze nie wiemy. A takie rzeczy pewnie też są.

 

9 maja mieliśmy okazję obserwować tranzyt Merkurego przez tarczę Słońca. Napisałeś na Facebooku, że to najciekawsze zjawisko astronomiczne 2016 roku. Dlaczego fascynują nas sytuacje symboliczne na niebie, np. takie, w których Słońce, Merkury i Ziemia ustawią się w jednej linii? Ma to wymiar tylko symboliczny czy może też w jakimś stopniu praktyczny?

Podczas tranzytu Merkurego Słońce przygasło o 0,005%, czyli w zasadzie w ogóle nie zgasło. Nie miało to żadnego faktycznego wpływu na nas.

Natomiast warto sobie zdać sprawę, że takie zjawisko nie jest czymś częstym. Przejeżdżając obok lotniska Chopina, zawsze patrzę, jakie samoloty są zaparkowane. Przedwczoraj widziałem, że stał Jumbo Jet, co stanowi szalenie rzadki widok jak na nasze lotnisko. Tak samo jest ze zjawiskami astronomicznymi. Czasem trzeba poczekać na nie kilka lat, czasem kilkadziesiąt, a są takie, których za naszego życia już na pewno nie zobaczymy, np. przejścia Wenus przez tarczę Słońca.

W przypadku Merkurego czekaliśmy w Polsce na ten widok od 13 lat. Wiele osób udało się namówić, żeby to wspólnie zobaczyć. I to faktycznie było najciekawsze zjawisko tego roku, bo też rzadkie, choć może nie spektakularne. Ale za to można było się przekonać, jak naprawdę jesteśmy malutcy i niewiele znaczący. Przed tarczą Słońca widzieliśmy małą kropkę, czyli planetę Merkury, będącą rozmiarem gdzieś pomiędzy Ziemią a Księżycem, ledwie zauważalną w stosunku do gigantycznego Słońca. To pokazuje nasze miejsce we wszechświecie. Mówimy dumnie o podboju kosmosu, a tak naprawdę jesteśmy nic nieznaczącym pyłkiem.

 

Zatem w tym roku nie czeka nas już nic ciekawego na niebie?

W ubiegłym roku ciekawych zjawisk było multum, w tym częściowe zaćmienie Słońca i deszcz spadających Perseidów w sierpniu. Są jednak zjawiska, których nie potrafimy przewidzieć. I właśnie takie zjawisko było jednym z najciekawszych wydarzeń astronomicznych 2015 roku. Mowa o potężnym bolidzie, czyli super jasnej spadającej gwieździe, który w noc poprzedzającą Wszystkich Świętych oświetlił niebo nad północną Polską, ale był widoczny praktycznie z każdego zakątka naszego kraju. Ten meteor spłonął w atmosferze, ale na kilka sekund sprawił, że noc zamieniła się w dzień.

 

Jakie zjawiska najbardziej fascynują Karola Wójcickiego?

Jeśli mówimy o zjawiskach również poza Polską, to czekam, aby wrócić pod cień Księżyca, czyli zobaczyć całkowite zaćmienie słońca. W 2008 roku widziałem jedno na Syberii. Rok później poleciałem do Chin na najdłuższe w tym stuleciu, ale niestety była burza z piorunami w chwili całkowitego zaćmienia, więc nic nie zobaczyłem. W 2017 roku będzie zaćmienie przebiegające przez Stany Zjednoczone, dość łatwo dostępne.

Jeszcze w tym roku marzy mi się, aby powrócić za koło podbiegunowe i zobaczyć zorzę polarną. To jest chyba najpiękniejszy z fenomenów zachodzących na niebie, który ciężko opisać słowami. Takiego zjawiska nie da się przyrównać do niczego, co można z Polski zobaczyć. Choć zorzę polarną u nas czasami widać, to jednak to nie jest ta skala: lekkie pojaśnienie horyzontu w Polsce versus szalejące po niebie światła, które ruszają się tak dynamicznie, że nasz cień po prostu tańczy. To jest czyste szaleństwo.

 

Rozmawiając o kosmosie, trudno nie spytać o jego eksplorację przez człowieka. Na Księżycu już byliśmy, a czy będziemy gdzieś jeszcze?

Będziemy. Pewnie szybciej niż na lot na inną planetę Amerykanie zdecydują się na lot do planetoidy, a raczej przyciągną specjalną sondą planetoidę na orbitę wokół Księżyca i tam wyślą statek, którego załoga pobierze próbki z powierzchni. Będzie to taki trochę oszukany lot, ale będzie.

 

A co z Marsem?

Mars jest cały czas w perspektywie wszystkich, nie tylko Amerykanów. Myślą o nim Rosjanie, ale oni mają problemy ze wszystkim innym. Taki lot będą starali się odbyć też Chińczycy, choć pewnie wcześniej polecą na Księżyc w ramach odrabiania lekcji historii za Amerykanami i Rosjanami.

Ja z kolei bardzo mocno trzymam kciuki za prywatne firmy kosmiczne. Kilka dni temu Elon Musk ze SpaceX zapowiedział, że w 2018 roku wyśle na Marsa kapsułę załogową, ale jeszcze bez ludzi. To będzie największy obiekt, jaki kiedykolwiek lądował na tej planecie. To brzmi jak science fiction, ale pamiętajmy, że Musk to jest człowiek, który w ciągu ostatnich tygodni dwa razy rakietą wylądował pionowo na barce bujającej się na oceanie. Jeśli ktoś robi tak zwariowane rzeczy, to ma pełne prawo do tego, żeby mówić o wysłaniu na Marsa statku załogowego, choć jeszcze bez ludzi.

 

Czyli prywatna eksploracja to przyszłość dla lotów w kosmos…

Prywatna eksploracja kosmosu bardzo się rozwija. Zresztą sama NASA postawiła po zakończeniu misji wahadłowców na dofinansowywanie tego typu przedsięwzięć. To prywatne firmy wynoszą dla NASA ładunki na stację kosmiczną. I te firmy są już o krok od tego, aby przetestować technologie do lotów załogowych.

 

Na koniec chciałbym wrócić na ziemię, do twojej aktywności jako popularyzatora astronomii. W tym miesiącu artykułom na enter the ROOM przyświeca hasło: DUCH i MATERIA. Poszukiwanie balansu między mieć a być, między życiem rodzinnym a zawodowym, między tym, co musimy robić i co chcielibyśmy robić.

Astronomia zawsze była i jest nadal moją pasją. Zawodowo idę na wiele kompromisów, aby czasem móc bardziej popularyzować naukę. To moja pasja, która od kilku lat jest sposobem na życie. Dzisiaj mówienie o astronomii, i w ogóle o nauce, na szczęście jest coraz lepiej przyjmowane w naszym kraju. Są ludzie, którzy chcą o tym czytać i słuchać, którzy chcą ze mną się spotykać czy to bezpośrednio, czy cyfrowo podczas obserwacji.

Oczywiście, muszę to jakoś godzić z życiem rodzinnym, bo zarywanie każdej nocy nie jest rozsądne, ale na szczęście moja żona jest wyrozumiała. Równowagę osiągnę, gdy wybuduję dom, a w dużym ogródku postawię własne obserwatorium. Nie będę już musiał ciągle jeździć na obserwacje, bo wiele rzeczy będę mógł robić pod ciemnym niebem z własnego ogródka. To będzie najlepszy środek pomiędzy pasją, pracą a życiem osobistym.

 

Czyli dzięki astronomii znajdujesz balans między być a mieć?

To jest mój sposób na życie i cieszę się, że to się udaje.

 3 dzien kosmosu wywiad warszawa Karol Wjcicki

Fot. dzięki uprzejmości Karola Wójcickiego, źródło: facebook.com/karolwojcickifanpage,
facebook.com/ZGlowaWGwiazdach; unsplash.com