Każdego roku w sezonie wiosenno-letnim wiele związków jest narażonych na poważny kryzys. Winy za to nie ponoszą najczęściej buzujące wraz z budzącą się do życia przyrodą hormony, a sport. Bo właśnie wiosna i lato to czas, kiedy odbywa się najwięcej mistrzostw. Piłka nożna, ręczna, siatkówka, tenis czy Formuła 1 – one wszystkie mogą stać się poważnym zagrożeniem dla waszego związku i równowagi psychicznej. Jak wyjść z tego cało?

Wiosenny, sobotni poranek, słońce nieśmiało przedziera się przez zasłony, zza okna dobiega śpiew ptaków. Nikt nigdzie się nie śpieszy, można spać do oporu, a przynajmniej do czasu, kiedy minie ból głowy spowodowany spożytym dzień wcześniej w hurtowej ilości prosecco. Nagle, z błogiego półsnu wyrywa mnie huk, ryk silnika i pisk opon. Syn sąsiadów stuningował auto na wiosnę? Z bólem, nadludzkim wysiłkiem otwieram jedno oko, by przekonać się, że piekielny hałas nie dochodzi zza okna, a z telewizora. Sprawcą jego nie jest więc wcale łysy, lubujący się w muzyce techno i podnoszeniu ciężarów Dawid od Lesiaków z trzeciego piętra, a mój własny narzeczony, który w ten słoneczny, majowy poranek postanowił zaserwować mi transmisję z Mistrzostw Świata Formuły 1.

Chyba każda kobieta wie, co znaczy mieszkanie pod jednym dachem z fanem piłki nożnej. Nawet, jeśli mieszkanie z własnym facetem macie jeszcze przed sobą, to prawdopodobnie wasi ojcowie, dziadkowie i wujkowie byli kibicami, a z dzieciństwa, oprócz zapachu grilla, zapamiętałyście entuzjastyczne okrzyki męskiej części rodziny i to, że babcia narzekała, że nie może oglądać „Klanu”, a ciotka, że wujek miał malować płot na działce, a ogląda mecz. Kibicowanie większość męskiej (i część żeńskiej) populacji Polaków ma po prostu we krwi.

1 football felieton sport pika nona

Nie mówimy o młodzieńczej miłości, która każe na niebotycznych obcasach wybrać się z ukochanym na mecz jego ulubionej drużyny, i potem w tym gustownym, acz niepraktycznym obuwiu uciekać przed wrogą, żądną krwi bojówką. Nie, te czasy szczęśliwie mamy już za sobą. Ale, jak powszechnie wiadomo, faceci na zawsze pozostają małymi chłopcami i choć zarzucili już dawno marzenia zostania drugim Messim czy Ronaldo, to zaszczepiona w dzieciństwie miłość do sportu pozostaje również. Nie wszyscy kochają piłkę – mnie na przykład trafił się okaz, którego mecze obchodzą tyle samo, co najnowsze trendy w manicurze hybrydowym. Szczęściara, powiecie. Cóż, nie do końca. Nie ma róży bez kolców, jak mówi ludowe porzekadło. I nie ma faceta, który nie lubiłby oglądać sportu. Mój akurat lubi wszystko, co jeździ i robi dużo hałasu. Jego konik, Formuła 1, ma to do siebie, że rajdy odbywają się często w innej strefie czasowej, np. na wybudowanym za petrodolary ku uciesze zblazowanego szejka torze w Abu Dhabi, w słonecznej Malezji czy oddalonej o tysiące kilometrów Kanadzie. W związku z tym pojawia się problem różnicy czasowej, która sprawia, że ryk silnika w połączeniu z rozemocjonowanym głosem komentatora usłyszeć można u nas czasem o 3 w nocy, czasem o 7 rano. Bo przecież retransmisja już się nie liczy, to nie te same emocje!

Faceci na zawsze pozostają małymi chłopcami i choć zarzucili już dawno marzenia zostania drugim Messim czy Ronaldo, to zaszczepiona w dzieciństwie miłość do sportu pozostaje również.

Jak przetrwać z facetem, który, choć na co dzień miły, wspierający i generalnie spoko, od czasu do czasu, niczym Dr Jekyll zamienia się w kibica, dla którego oprócz sportu nie liczy się nic? Sposobów jest wiele. Ja zainwestowałam w zatyczki do uszu, które w dużej mierze rozwiązały problem nocnych rajdów. Co jednak, kiedy mistrzostwa odbywają się w ciągu dnia i nasz kibic nie musi dla nich zarywać nocy? Istnieje wtedy spore ryzyko, że sportowe emocje będzie chciał dzielić z kolegami. Pół biedy, jeśli skończy się na „męskim wyjściu” – o ile akurat nie zalał nas sąsiad, a w sypialni nie pojawi się wielki pająk. Wieczór bez faceta od czasu do czasu nie jest zły. Można nadrobić zaległości w ulubionym serialu, który on uważa za głupią szmirę czy urządzić sobie domowe spa (i nikt nie będzie komentował, że w maseczce z błota z Morza Martwego wyglądamy jak upiór z bagien). Prawdziwy problem pojawia się, kiedy „męskie wyjście” okazuje się męskim nalotem na nasze mieszkanie. W takiej sytuacji opcje są dwie. Pierwsza, zdecydowanie bezpieczniejsza to pokojowe wycofanie się z zagrożonego terenu. Kino, wino z przyjaciółkami, długi spacer z psem  wszystko jest lepsze niż wieczór w towarzystwie pięciu gości żłopiących piwo i wykrzykujących w stronę telewizora przekleństwa. Co jednak, jeśli za oknem szaleje ulewa stulecia albo po prostu wcale nie chcemy opuszczać domu? Można spróbować się przyłączyć, można wycofać się do innego pomieszczenia. Jeśli wybierzemy pierwszą opcję, warto wcześniej choć trochę w temacie się dokształcić. Złota rada dla wszystkich pań: komentarzami typu „Który to jest ten Spalony?” czy „Ile oni jeszcze będą jeździć w kółko?” raczej nie zaskarbicie sobie sympatii chłopaków.

Oczywiście miłość do sportu wcale nie jest domeną tylko męską. Znam dziewczyny, które wyjście z facetem na mecz traktują jak fajną randkę. Jak podaje dziennik Polska The Times, co czwarta Europejka ogląda mecze piłki nożnej w telewizji razem ze swoim partnerem. Co ciekawe,  56 % robi to dlatego, że lubi oglądać rywalizację na boisku, a 3 % pań ceni sport nie dla emocji i wyników, ale dla przyjemności... oglądania kształtnych ciał zawodników. 90 minut można więc przetrwać, bezkarnie podziwiając wyrzeźbione męskie pośladki. Znam też pary, gdzie to kobieta zarywa noce, bo na żywo chce śledzić Australian Open. Każdy związek jest inny, ale grunt to umiejętność wypracowania kompromisu i własnych zasad. Jakkolwiek trywialnie by to nie brzmiało, w związku warto rozmawiać, a sport nie powinien być tematem tabu. Półtorej godziny meczu to nie koniec świata, poza tym, skoro same wymagamy od naszych partnerów zrozumienia naszych pasji, warto wykazać się w stosunku do nich tym samym. Bo mistrzostwa są raz do roku, a facet, przynajmniej potencjalnie, jest na dłużej.

3 football felieton sport pika nona

Fot. flickr.com