Tatuaże na cześć zmarłych bliskich, rodziny czy przyjaciół to nie nowość. Za to nowością, budzącą co najmniej ambiwalentne uczucia, a częściej po prostu obrzydzenie, jest tatuowanie się… prochami zmarłych. Słowa „dopóki śmierć nas nie rozdzieli” wydają się już wypłukane ze znaczenia.

Milan Kundera przytacza w swojej powieści „Nieśmiertelność” odstręczającą historię. Salvador Dalí i jego żona Gala mieli swoje ulubione domowe zwierzątko – królika, który podążał za nimi wszędzie, był absolutnie oswojony. W pewnym momencie artyści zaczęli planować wspólną, długą podróż i zastanawiali się, co zrobić z królikiem. Nie mogli go zabrać ze sobą, nie mogli też raczej oddać go nikomu obcemu, bo królik źle tolerował innych ludzi. Następnego dnia Gala przygotowała Dalemu wykwintny obiad, który mąż zjadł ze smakiem. Dopiero, gdy talerz był pusty, malarz uświadomił sobie, że zjadł mięso królika – tego królika. Artysta natychmiast pobiegł do łazienki wymiotować i przez długi czas nie mógł się pogodzić z faktem, że Gala uraczyła go mięsem jego przyjaciela. Natomiast sama Gala była bardzo zadowolona z faktu, że ulubione zwierzę stało się już na zawsze częścią jej ciała. Nie było dla niej większego dowodu miłości, oddania i chęci przedłużenia czyjejś egzystencji niż poprzez konsumpcję.

Choć pomysł Gali wydaje się upiorny, a jedzenie części ciała bliskich nam ludzi czy zwierząt może budzić skojarzenia z zaburzeniami psychicznymi godnymi Hannibala Lectera, obsesja na punkcie bycia z kimś na zawsze (a co za tym idzie przemycenia go mniej lub bardziej dosłownie wewnątrz swojego ciała) jest stara jak świat. Słowa „zawsze będziesz częścią mnie” notorycznie wypowiadane na ekranie w stronę umierającej osoby raczej nie budzą niczyich oporów. Więź psychiczna, która jest na tyle trwała, że nawet śmierć jej nie straszna, to coś, co akceptujemy, a nawet podziwiamy. Zupełnie inaczej ma się sprawa z dosłownym rozumieniem tych słów. A jedną z ich dosłownych interpretacji jest z pewnością tatuowanie się prochami zmarłych.

2 tattoo tatua skra tusz

Tatuaże nazywane morbid ink (z ang. morbid to chorobliwy, niezdrowy, makabryczny, ponury) cieszą się coraz większą popularnością, choć uznani tatuażyści odmawiają ich wykonywania. Pomysł na tatuaże wykonywane tuszem z dodatkiem prochów zmarłych pojawił się już prawdopodobnie około 10 lat temu (przynajmniej tak sugerują ślady pozostawiane w sieci przez tatuatorów wykonujących morbid ink). Pomysł może być jeszcze starszy, ale nie ulega wątpliwości, że zyskał na popularności dopiero niedawno. Oczywiście tatuaże wykonywane prochami to wciąż kwestia dość niszowa, ale coraz częściej komentowana. Ostatnio wypowiedział się o nich znany mikrobiolog Jason Tetro, który zdradził magazynowi „Motherboard”, że materiał biologiczny, który powstaje w wyniku kremacji nadaje się na składnik tuszu używanego do wykonywania tatuaży i jest w pełni bezpieczny. Zdania, co do tego, czy „tatuowanie się zmarłymi” rzeczywiście należy do bezpiecznych są jednak podzielone.

Jeszcze większe spory wywołują jednak dylematy moralne związane z tematem. W końcu zmarłe osoby raczej nie wyrażały zgody na taką formę „nieśmiertelności”. Taki nietypowy memoriał wypisany na ciele ma w sobie też coś przerażającego; odsyła do skojarzeń z horrorami i opowieściami o duchach – tym razem niekoniecznie nawiedzających cmentarze czy dawne domy a ludzkie ciała. Nawet jeżeli zepchnąć wszelkie przesądy na bok, tatuaże typu morbid ink wydają się być przykładem jakiegoś niezdrowego, wręcz obsesyjnego przywiązania, a nie wzruszającego hołdu złożonego bliskiej osobie. Z drugiej strony może nie powinniśmy aż tak obawiać się prochów i ich tabuizować? Dziś tak bardzo wypychamy śmierć, choroby i cierpienie z powszechnego, medialnego obiegu, że wolelibyśmy w ogóle o nich zapomnieć. A w końcu, w myśl słów memento mori, przed śmiercią nikt z nas nie ucieknie, a prochy, bądź co bądź, to po prostu głównie węgiel, który jako pierwiastek chemiczny jest podstawowym budulcem wszelkich organizmów żyjących na Ziemi.

1 tattoo tatua skra tusz

Fot. unsplash.com, pexels.com