Jedna nowo powstała aplikacja randkowa goni drugą, w nasze ręce trafiają kolejne środki przekazu, ale z komunikacją nie radzimy sobie najlepiej. Podobnie jak ze stałością i chyba z uczuciami w ogóle. Stąd wysyp nowych, toksycznych trendów odnoszących się do relacji międzyludzkich. Jest tak zwany ghosting, jest zombieing, jest i coraz częściej opisywany benching, czyli po prostu trzymanie kogoś na ławce rezerwowych. Tylko czy zwodzenie to rzeczywiście coś nowego, i czym różni się to wirtualne od tego bardziej tradycyjnego?

Cześć, jak tam warszawska codzienność?

 Dobrze, choć ostatnio trochę mnie Warszawa męczy, chyba po prostu potrzebuję wakacji.

 Ja właśnie przeprowadziłem się na jakiś czas do Bristolu, bo Londyn jest teraz nie do zniesienia, a chcę popracować nad nową płytą. W ogóle super masz to zdjęcie profilowe.

Ot, konwersacja, jakich wiele w świecie Facebooka. Chłopaka, a właściwie już mężczyznę, który bardzo „wyrafinowanie” sprowadza rozmowę na temat mojego nowego zdjęcia, poznałam lata temu, gdy jeszcze graliśmy w jednym zespole. W zasadzie nigdy nic między nami nie było, ale raz na kilka tygodni, od prawie dekady, dostaję od niego wiadomość. Rozmawiamy chwilę i kontakt się urywa. Czasem z jego strony pojawiają się jakieś seksualne aluzje, czasem niby wielka chęć spotkania, ale jeżeli akurat uda nam się być w tym samym miejscu w tym samym czasie, do spotkania raczej nie dochodzi, czasem ze względu na jakąś moją, a czasem jego wymówkę. I jest to dla mnie jak najbardziej OK, bo nigdy nie traktowałam go poważnie, nigdy nie czułam tu jakiejś wyjątkowej chemii. Taka koleżeńska relacja doprawiona odrobiną napięcia damsko-męskiego. Mogę czasem z nim porozmawiać, ale kolejne wiadomości raczej mnie bawią, z pewnością nie sprawiają, że serce może podskoczyć. A co by było, gdyby on podobał mi się bardziej, miałabym nadzieję, że może coś z tego jednak wyjdzie? Czy siedziałabym na ławce rezerwowych przez całe lata, w towarzystwie zapewne kilku innych dziewczyn rozsianych po Europie?

Zaczęłam się ostatnio nad tym zastanawiać po przeczytania artykułu w „New York Magazine”, zwiastującego nadejście nowego trendu – wspomnianego benchingu. Tekst sugeruje, że trzymanie potencjalnego partnera czy partnerki na ławce rezerwowych to praktyka wyrosła przede wszystkim na gruncie internetu. Owszem, zawsze przecież istniały osoby, które kogoś zwodziły, ale teraz robi to prawie każdy. Szczególnie, gdy w grę wchodzą świeże znajomości z ludźmi, z którymi niewiele nas łączy; osobami, których właściwie nie znamy, takimi, które niby są fajne, ale jakoś nam nie wystarczają. Przykład? Poznajemy kogoś, czy to tradycyjnie, czy też online, idziemy może na jedno czy dwa spotkania (albo nawet do żadnej randki nie dochodzi). Ta dziewczyna albo chłopak byli całkiem OK, ale jakoś nie zwalili nas z nóg. Postanawiamy jednak dalej utrzymywać kontakt z daną osobą, najlepiej w sieci, bo tak jest najłatwiej, nie trzeba się nawet spotykać na żywo albo dzwonić. Tylko właściwie po co nam ten kontakt?

1 benching lawka calowanie kiss love

Może po to, że miło czasem dostać wiadomość na dzień dobry, mieć w zanadrzu kogoś, z kim można by się umówić do kina czy na seks, kogoś, kto po prostu poprawi nam humor albo samoocenę. Gorzej, gdy ta druga strona spodziewa się czegoś więcej i zaczyna wyczekiwać na nasze wiadomości, jest sfrustrowana, bo nie wie, dlaczego właściwie ta relacja donikąd nie prowadzi. Taki chłopak albo dziewczyna, gdy zobaczy nasze imię na wyświetlaczu telefonu lub ekranie komputera, czuje zarówno szczęście, jak i złość, bo wie, że pewnie i tym razem to pisanie właściwie nic nie znaczy i pewnie nawet do żadnego spotkania nie dojdzie.

Tak, chyba wszyscy skądś to znamy. Właściwie nie przypominam sobie wśród moich znajomych osoby, która choć raz nie trzymała kogoś na ławce rezerwowych lub sama się tam nie znalazła. Trudno jednak zgodzić mi się z dwoma głównymi tezami tekstu w „New York Magazine”, czyli założeniem, że benching to przede wszystkim sposób przeciągania relacji charakterystyczny dla świata wirtualnego oraz że jego ofiarą padają przede wszystkim dziewczyny, że to one są głównie wykorzystywane/zwodzone. Owszem, wszelkie media społecznościowe i różnej maści aplikacje ułatwiają sprawę i zmieniają tryb naszych rozmów, ale ławka rezerwowych to raczej nienowy wynalazek, choć może kiedyś po prostu rzadziej się kogoś na niej sadzało, bo nie było takiej potrzeby. A co się tyczy dziewczyn – sama znam kilka, które za nic nie pozbyłyby się swojej gromadki chłopaków trzymanych na ławce rezerwowych. Nie zgadzam się też z tym, że benching zawsze musi być jednostronny – znam osoby, które jakby godzą się na przeciąganie praktycznie w nieskończoność iluzorycznej relacji, bo czują się bezpiecznie, mając świadomość, że mogą raz na kilka tygodni czy miesięcy do czegoś wrócić; że nie zostaną absolutnie same, że nic w ich życiu nie będzie się działo. Żadna z osób tworzących te nietypowe pary nie wiąże z „partnerem” wielkich planów, ale coś tam im jednak w sobie odpowiada.

Zygmunt Bauman pisał o ponowoczesności: by udowodnić swą wartość rynkową, trzeba się wykazać elastycznością, gotowością reagowania na każde wezwanie i zaczynania wszystkiego od nowa. Dziś związki to niestety również element konsumpcyjnej rzeczywistości.

Benching wydaje się niewinny, bo w końcu to tylko taka niezobowiązująca relacja i do tego wydawałoby się, że całkiem kulturalna, bo przecież ktoś się raz na jakiś czas do ciebie odezwie, zapyta co słychać, zainteresuje się twoim życiem. Problem w tym, że osoba bardziej zaangażowana, o ile taka się w tej parze znajduje, a tak jest często, z trudem może postawić kropkę nad i, stwierdzić, że to koniec, bo cały czas może mieć jakąś nadzieję. Sama nie raz usadawiałam kogoś na ławce rezerwowych i przez długi czas nie przechodziło mi przez myśl, że może jakoś te osoby szczególnie ranię. Pisałam z nowo poznanymi czy „zmatchowanymi” na Tinderze facetami, ale w sumie szybko traciłam nimi zainteresowanie. Najpierw proponowałam spotkanie, a później dochodziłam do wniosku, że nie chce mi się już na nie iść, a żeby nie być niegrzeczną, mówiłam, że mam dużo pracy, ale coś tam jeszcze od czasu do czasu napisałam. Innym razem szłam na kilka randek i uświadamiałam sobie, że dana osoba mnie nie kręci, ale zamiast napisać jej prosto z mostu, że już się nigdy nie spotkam, bo brzmiałoby to według mnie zbyt apokaliptycznie, zagadywałam ją „koleżeńsko” od czasu do czasu. Utrzymywałam bardzo luźny kontakt z chłopakami, z którymi kiedyś coś mnie łączyło, do których dalej miałam jakiś sentyment, bo czasem, jak mawiam z moimi koleżankami, lepszy taki „odgrzewany kotlet” niż żaden. Dalej zdarza mi się tak zachować, choć może dziś podchodzę do tematu bardziej świadomie. Może w tym momencie wychodzę na wyjątkowo wredną sukę, ale myślę, że nie jestem tu jedyna. Postanowiłam zrobić więc środowiskowe rozeznanie i dowiedzieć się, jak powszechną praktyką jest benching.

„Zanim poznałem moją narzeczoną, w zasadzie bardzo często trzymałem dziewczyny na ławce rezerwowych. Nie robiłem tego szczególnie wyrachowanie, po prostu poznawałem kolejne osoby, każda była na swój sposób interesująca, ale z żadną nie chciałem wiązać się na dłużej. A to, że mogłem do kogoś od czasu do czasu sobie zadzwonić, porozmawiać czy po prostu umówić się na jedną noc, było bardzo wygodne. Nie urywałem kontaktu, bo w sumie też lubiłem te dziewczyny, nie chciałem robić im przykrości, więc miałem wrażenie, że jak czasem porozmawiamy, to będzie po prostu bardziej naturalne niż nieodzywanie się w ogóle” – powiedział mi Michał, lat 31, grafik.

„Relacja, do której wracamy kolejny raz, zdecydowanie smakuje gorzej, zazwyczaj mamy jednak kilka takich osób, do których wracamy z braku laku. Czasem my robimy komuś nadzieję, czasem ktoś nam. Wiemy, że nie powinniśmy wchodzić jeszcze raz do tej samej rzeki, ale to jest chyba silniejsze od nas, bo potrzebujemy bliskości chociaż na „chwilę”, zazwyczaj kosztem zranienia tej drugiej osoby. Żyjemy w świecie Tindera i na dobrą sprawę możemy poznawać nowe osoby co chwilę, ale po co? Wygodniej i bezpieczniej odezwać się do tej już sprawdzonej, dobrze nam znanej, którą mamy trochę na każde zawołanie” – opowiada mi Emilia, lat 27, specjalistka od PR-u.

2 benching lawka calowanie kiss love

„Myślę, że każdy trzyma jakieś osoby na ławce rezerwowych. Kiedyś nazywaliśmy takich ludzi przyjaciółmi na pocieszenie, dziś możemy wymyślać nowe nazwy, ale myślę, że benching to wcale nie jest nowy trend. To, że ktoś nagle zdefiniował socjologicznie zjawisko, nie oznacza, że taki typ zachowania pojawił się dopiero teraz. Najczęściej takie przeciąganie relacji jest spowodowane poczuciem bezpieczeństwa (pozornym!) – zawsze jest ktoś, do kogo możemy się zwrócić, z kim możemy porozmawiać, spotkać się. Podobne podejście mamy dziś często do pracy – nie szukamy stałego zatrudnienia, etatu na kilka lat czy tym bardziej na całe życie. Chcemy mieć dużo otwartych furtek, żebyśmy mieli do czego lub kogo powrócić” – pisze mi Piotrek, lat 26, dźwiękowiec.

„Nie odkryliście Ameryki, trzymanie ludzi na ławce rezerwowych to metoda stara jak świat. Sama spotykałam się z mnóstwem mężczyzn i choć nie byłam do wszystkich absolutnie przekonana, czasem zostawiałam ich na poczekaniu, bo rozmowy z różnymi ludźmi są po prostu rozwijające, przyjemnie pójść z kimś na randkę, napić się kawy, być adorowaną. Trzeba poznać trochę ludzi, zanim zdecyduje się, z kim chce się być. Może dziś macie z tym większy problem, bo dość późno zaczynacie być w prawdziwych związkach i tworzy się sytuacja niezdrowa, bo możecie latami trzymać chłopców i dziewczyny na sznurku. Wiem, że sama tak robisz. A im bardziej wybrzydzacie, tym bardziej robicie się krytyczni. Wtedy możecie zacząć żałować, że kogoś kiedyś odrzuciliście, bo kolejni kandydaci czy kandydatki mogą wcale nie być lepsi. Tylko nie mów wtedy, że cię nie ostrzegałam” – radziła mi babcia, randkowa weteranka.

„Ławka rezerwowych może być nieprzyjemna nie tylko dla wytrwałego zawodnika, który przygotowuje się do meczu przez cały sezon. Na ławkę rezerwowych możesz trafić w każdym momencie twojego życia. Wszystko dzieje się bardzo szybko i równie szybko, jak rozpoczynamy relacje, tak szybko możemy je skończyć. Coraz częściej świat naszych emocji sprowadza się do wirtualnych zalotów/ emotikonek/ zaczepek ( "like" / "super like" / "<3"). Lista osób, do których możemy się odezwać w chwili, kiedy czujemy się samotni może być naprawdę długa. Wszystko jest dla ludzi, ale obserwując to, co dzieje się dookoła, bardzo martwi mnie poszerzający się egoizm i coraz luźniejsze podejście do uczuć drugiej osoby. Pojawianie się co jakiś czas w życiu drugiego człowieka tylko i wyłącznie dlatego, żeby go zaczepić i złożyć parę obietnic bez pokrycia, uważam za stratę czasu – ten „odgrzewany kotlet” nie smakuje dobrze zarówno jednej, jak i drugiej stronie… Co gorsza, ta druga strona może być „na diecie” i może już długo pracuje nad tym, by na tego „kotleta” się nie kusić... Czasami niestety uświadamiamy sobie to dopiero wtedy, gdy sami usiądziemy na tej ławce” – mówi mi Magda, lat 27, projektantka mody.

Jak więc oceniać benching, który wydaje się być specjalnością większości osób stanu wolnego? Czy trzeba go potępiać? Z jednej strony tak, bo warto sobie uświadomić, że czasem brniemy w toksyczne relacje za daleko i na wpół świadomie, nie myślimy o konsekwencjach i po drodze krzywdzimy innych. Z drugiej strony, co w wypadku, gdy na rezerwowe miejsce godzą się obie osoby? Co, gdy trzymanie kogoś na tej nieszczęsnej ławce jest sposobem na zagłuszenie samotności, na jakieś szczątkowe poczucie bezpieczeństwa?

Myślę, że benching to przede wszystkim jedynie ułamek większej całości. W końcu, jak o ponowoczesności pisze Zygmunt Bauman: „by udowodnić swą wartość rynkową, trzeba się wykazać elastycznością, gotowością reagowania na każde wezwanie i zaczynania wszystkiego od nowa”. Dziś związki to niestety również element konsumpcyjnej rzeczywistości – podobnie jak przyjaźnie czy wymieniana w jednym z wcześniejszych komentarzy praca. Dziś nie chcemy już pracować w jednym miejscu aż do emerytury, mieć jednego partnera, póki śmierć nas nie rozdzieli, mieszkać przez całe życie w konkretnym mieście czy państwie, a często nawet nie wystarcza nam jedna grupa przyjaciół. Egoistyczne? Zdecydowanie tak. Może jednak nie warto dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków demonizować. Czasem jednak dobrze być po części egoistą, próbować nowych rzeczy, rozwijać się, być otwartym na świat. Wszystko ma jednak swoje granice, a najbardziej oczywistą granicą w naszych działaniach powinny być uczucia drugiej osoby. 

3 benching lawka calowanie kiss love

Fot. unsplash.com