„Ponieważ do ostatniego trzydziestolecia XIX wieku nie wiedziano nic o infekcjach i bakteriach oraz nie znano ani pojęcia sterylności, ani gumowych rękawiczek, pierwsi ginekolodzy przenosili najzłośliwsze zarazki. Rzadko się myli, a przy pracy znów szybko się brudzili. Nie da się oszacować, ile kobiet wpędzili do grobu, zamiast im pomóc”.

To fragment fenomenalnej książki Jürgena Thorwalda „Ginekolodzy”. Publikacja, którą wydało Wydawnictwo Marginesy jest uznawane za najbardziej kontrowersyjną ze wszystkich pozycji pisarza. Nic dziwnego. Skoro jeszcze wiek temu zaglądanie pod kobiece spódnice przez lekarzy było niemożliwe, a odbieranie porodów zlecano akuszerkom niemającym pojęcia ani o higienie ani o anatomii, nie mogło to się kończyć dobrze. Po lekturze „Ginekologów” można się zdziwić, że ktokolwiek się rodził i że jakakolwiek kobieta przeżywała poród. Traktowanie podbrzusza kobiety jako wylęgarni wszelkiego zła i diabelskiego kuszenia było wynikiem propagandowej działalności Kościoła. Religijność w wyższych sferach pozwalała na posiadanie kilku kochanek i kilkunastu nieślubnych dzieci, nie pozwalała spojrzeć za to lekarzom na ciało kobiety i jego badanie. Jeszcze w XIX wieku, jak pisze Thorwald, „do cierpiących ciężarnych, nieprzestrzegających nakazów kościelnych, powodowane litością akuszerki wzywały potajemnie chirurgów mężczyzn. Ci próbowali miażdżyć główki zakleszczonych dzieci za pomocą metalowych haków, wierteł i noży, wyciągać ich ciała po kawałku i w ten sposób ratować matki. Ale tam, gdzie rozciągała się władza Kościoła, szybko rezygnowali ze swoich krwawych praktyk”. Lekarze, stosując tak tragiczne praktyki nie tylko nie pomagali, ale szkodzili. Bóg wie ile kobiet znalazło się przez nich „sześć stóp pod ziemią”. Wpływ miały na to oczywiście rzeźnickie zabiegi – o ile w ogóle się na nie decydowano – ale także wywoływane przez ginekologów infekcje. Gdy już zezwolono bowiem na badania poprzez włożenie do pochwy naoliwionego palca, a potem badanie przez odbyt, przenoszono bakterie i zarazki „z jednego otworu do drugiego” – tłumaczy Thorwald. Nikt w tym czasie nie myślał nawet o umyciu się. Po co, skoro i tak zaraz byłoby się brudnym? Strata czasu. I ta strata czasu wysłała w zaświaty szereg kobiet. Ile? Tak wiele, że strach byłoby liczyć.

2 creepy

Nie tylko wykształceni lekarze brali się za ginekologię. Liczono również na znachorów. Z tym był już większy problem, choć podobno Rasputin leczył chorowitego carewicza Aleksego. Do dziś naukowcy zadają sobie pytanie, czy leczył za pomocą hipnozy, czy orientował się w ziołolecznictwie, a może wykorzystywał do tego chwyty psychologiczne? Niektórzy twierdzą, że Rasputin znał podstawy medycyny tybetańskiej. Jakkolwiek by nie było, jako jedyny miał rzeczywisty wpływ na zdrowie chłopca. Jednak metody znachorskie, to całkiem inny temat.

W Polsce znani byli cyrulicy, a więc osoby zajmujące się wcześniej fryzjerstwem, goleniem, ale jednocześnie prostymi operacjami i upuszczaniem krwi (o którym później), wykorzystując wiedzę ludową. Jedną z metod leczenia, o której wiemy dziś m.in. dzięki „Potopowi” Sienkiewicza i jego bohaterom – staremu Kiemliczowi, czyli cyrulikowi leczącemu rany Kmicica – był dość osobliwy sposób, jednak w tym czasie bardzo popularny: ślina, chleb i pajęczyna. Choć brzmi jak fantastyka literacka, miało to swoje uzasadnienie. Sieć pajęcza pokryta jest naturalną substancją bakteriobójczą. Zanim mieszało się ją z chlebem, najpierw go żuto. W ślinie ludzkiej znajduje się lizozym rozkładający ścianki bakterii. Na tym powstawały grzyby z rodzaju penicillium, a więc odpowiednik dzisiejszych antybiotyków.

W każdym razie to, do czego posuwano się w ramach nauki, jest często o wiele bardziej przerażające niż metody tych, którzy wykorzystywali zabobony przekazywane ustnie z pokolenia na pokolenie.

Obrazowo pokazuje to serial Stevena Soderbergha „The Knick”. Początek XX wieku stał pod znakiem rozwoju chirurgii takiej, jaką znamy dziś – oczywiście w odpowiednio unowocześnionej formie (wspomniany już w tekście Thorwald w książce „Stulecie chirurgów” za początek współczesnej chirurgii obrał połowę XIX wieku, gdy przeprowadzono pierwszą operację pod narkozą, z której pacjent się wybudził). Słowem, był to jeden wielki eksperyment. Antybiotyków nie było. Znieczuleń nie stosowano, choć coraz częściej usypiano pacjentów, a właściwie ofiary. Cud sprawiał, że ludzie budzili się po operacjach, bo jeśli nawet ta przeprowadzona była prawidłowo (choć nagimi, niedomytymi rękoma), zabijały ich zakażenia.

Medycyna potrzebuje ofiar. Wydaje się być to naturalnym procesem rozwoju nauki.

„The Knick” to też brawurowa rola Clive’a Owena w roli genialnego i uzależnionego od kokainy dr. Thackery’ego. Jego postać oparta została na figurze doktora Williama Stewarta Halsteda – pioniera współczesnej chirurgii. Prowadził on badania nad kokainą jako środkiem uśmierzającym ból i stosowanym do znieczuleń miejscowych. Próbował na sobie, w wyniku czego uzależnił się od niej, podobnie jak od morfiny. Swoim uzależnieniem pomógł nam wszystkim – wcześniej każdy pacjent – nieznieczulony – musiał cierpieć. W najlepszym przypadku tracił przytomność.

Ciekawsze jest jednak to, jak Halsted rozwijał medycynę, a konkretnie chirurgię. To jego uznaje się za propagatora pierwszych rękawic (ze względu na uczulenie jego pomocnicy, a potem żony Caroliny Hampton na środki antyseptyczne, Halsted miał poprosić producentów gumy – Goodyear – o zrobienie gumowych rękawic wystarczająco cienkich, aby można było w nich wykonywać precyzyjne ruchy). To zapobiegło przenoszeniu wielu zarazków w trakcie zabiegów.

3 creepy

W tym samym czasie badano również podstawowe ludzkie reakcje i obszary mózgu za nie odpowiedzialne, metodą „na żywca”, miejscowo znieczulając pacjenta. Otwierając czaszkę i uciskając odpowiednie punkty na mózgu, wywoływano różne reakcje. Całości przyglądali się inni lekarze ze specjalnie zaprojektowanych, schodkowych obserwatoriów. Tak działo się za każdym razem, kiedy starano się dokonać niemożliwego. Pierwszy pacjent poddany zabiegowi zmarł.

Inną przerażającą metodą leczenia stosowaną od starożytności aż do początków XX wieku było upuszczanie krwi. Uważano, że flebotomia działa na ataki bólu, choroby i właściwie każdą inną przypadłość. Co ciekawe, rzeczywiście przynosiła ulgę w przypadkach nadciśnienia, obniżając ciśnienie krwi. Dziś stosuje się ograniczone upuszczanie w określonych przypadkach, np. porfirii. Wcześniej, stosowano je nawet profilaktycznie. Zawsze do tego momentu, kiedy pacjent mdlał.

To niejedyna metoda, której kurczowo trzymali się lekarze. Jest taka zabawna scena w kultowym już filmie Mela Brooksa „Dracula. Wampiry bez zębów”, w której doktor Abraham Van Helsing zleca pacjentowi – Renfieldowi, którego podejrzewa o chorobę psychiczną, kolejną lewatywę. Moment ten zawsze budzi uśmiech, nie był jednak tak zabawny dla wszystkich, którym lewatywę robiono regularnie, na każdą przypadłość, ba – każdego dnia!

Znana już w starożytnym Egipcie metoda była chętnie wykorzystywana przez wieki, a wykorzystywano do niej kolbę z tłokiem, którym do odbytu wtłaczano wodę. W czasach Moliera zabieg ten był traktowany jako codzienna higiena. Damom dworu wstrzykiwano nawet roztwory zawierające perfumy. Z końcem XIX wieku odchodzono od lewatyw medycznych, aby na początku XX aplikować je dzieciom na zasadzie... kary.

Lobotomia miała redukować natrętne myśli i halucynacje, poprzez ingerencję chirurgiczną, a więc przecinanie włókien nerwowych „łączących czołowe płaty mózgowe ze strukturami międzymózgowia.

Wracając do filmowego Ranfielda podejrzewanego o chorobę psychiczną – to chorzy nerwowo pacjenci byli od zawsze traktowani najgorzej. Przez lata wykonywano na nich eksperymenty medyczne, a chorzy przebywali w zakładach zamkniętych w warunkach urągających jakiemukolwiek żywemu bytowi. Niestety, na przełomie wieków i lat, sytuacja znacznie się nie polepszyła. Świadczą o tym liczne reportaże, jak choćby jeden z najgłośniejszych z opublikowanych w ciągu ostatnich kilku lat, „Obóz koncentracyjny w dziecięcym psychiatryku” Justyny Kopińskiej, który w 2015 roku można było przeczytać w „Gazecie Wyborczej”. Wstrząsająca relacja ze szpitala dla nerwowo chorych w Stargardzie Gdańskim to tylko wierzchołek wciąż nieodkrytej góry lodowej. Powszechnie stosowaną metodą mającą poprawić stan pacjentów były elektrowstrząsy.

4 creepy

Terapia elektrowstrząsowa została wprowadzona powszechnie w 1938 roku przez Ugo Carlettiego i Lucio Biniego, włoskich lekarzy. Nie była przeprowadzana w znieczuleniu ogólnym (jak jest teraz). Dziś jej skuteczność potwierdza się w przypadku ciężkich zaburzeń psychicznych. Niestety, elektrowstrząsy wywołują zaburzenia pamięci i funkcji poznawczych, a w efekcie apatię. Objawy jednak najczęściej mijają.

Znacznie gorsze były zabiegi lobotomii, po których większość poddanych im pacjentów umierała. Ci, którzy przeżyli stawali się roślinami. Lobotomia miała redukować natrętne myśli i halucynacje, poprzez ingerencję chirurgiczną, a więc przecinanie włókien nerwowych „łączących czołowe płaty mózgowe ze strukturami międzymózgowia”. Walter Freeman, propagator lobotomii, opisywał proces jako „wbijanie szpikulca do lodu przez oczodół pacjenta i obracanie go jak mieszadełka do koktajli wewnątrz mózgu”. Najmłodsza pacjentka, u której zastosował tę metodę miała 4 lata. Jeśli pacjenci nie umierali podczas zabiegu, stawali się bezwolni, nie utrzymując moczu i stolca. Okazało się bowiem, że Freeman działał tak, jak mu się to udało. Nigdy prawidłowo. Jak podają źródła, w USA między 1935 a 1960 rokiem dokonano 50.000 zabiegów lobotomii

O lobotomii i jej fatalnych skutkach można przeczytać w powieści „Lot nad kukułczym gniazdem” Kena Keseya, a także obejrzeć w filmie Milosa Formana powstałym na jej bazie – z Jackiem Nicholsonem w roli McMurphy’ego, czy serialach „Dom Grozy” i „American Horror Story: Asylum”.

Dziś lobotomia jest zakazana w wielu miejscach, w tym w Polsce. Norwegowie wypłacali nawet rekompensaty poszkodowanym osobom i ich rodzinom.

1 creepy

Ludzi z zaburzeniami psychicznymi z lubością poddawano również egzorcyzmom. Wypędzanie demonów z ciała chorej osoby stało się w pewnym momencie nawet modą. Nie słuchano lekarzy, odstawiano leczenie farmakologiczne, w wyniku czego wielu pacjentów cierpiących na schizofrenię umierało. Kościół ma również z egzorcyzmami kłopot, tym bardziej, że rytuał został zagarnięty przez kulturę popularną, przedstawiany na różne sposoby w wielu filmach, m.in. słynnym „Egzorcyście” z 1973 roku. Co ciekawe, każdy z horrorów oparty jest podobno na faktach. Cóż, zawsze tak mówią. Bo i co innego mają powiedzieć?

Medycyna potrzebuje ofiar. Wydaje się być to naturalnym procesem rozwoju nauki. Istotnym jest jednak fakt, że starożytne cywilizacje radziły sobie z medycyną tak samo dobrze jak lekarze w pierwszej połowie XX wieku. Trepanacje czaszek przeprowadzane w starożytnym Egipcie, jak dowodzą naukowcy, w większości przypadków były udane i zapewniały kolejnych kilkadziesiąt lat życia poddanym im pacjentom. Co więc się stało? Upadek Cesarstwa Rzymskiego i Wieki Średnie to zapomnienie o chirurgii. Każdy kolejny papież pilnował, aby nie dopuścić do rozwoju nauk medycznych, tłumacząc śmierć jednym zdaniem: Bóg tak chciał. Kolejne epoki były walką między nauką Kościoła a medycyną. Część metod stosowanych przez lekarzy i cyrulików okazała się właściwa i pomocna. Część traktowana jest dziś niczym koszmar i tortura stosowana przez szaleńca. Każda z nich jednak stanowi podwalinę dzisiejszego rozwoju nauk medycznych. Ale przed nami jeszcze długa droga.

Fot. materiały prasowe