Dorastając zasłuchiwała się w muzyce Björk i PJ Harvey, dziś to właśnie do tych wokalistek jest najczęściej porównywana, co więcej: do grona jej najbardziej zagorzałych wielbicieli należy Thom Yorke z Radiohead, Ringo Star czy właśnie wspomniana Björk. Natasha Khan, znana lepiej jako Bat For Lashes, to jedna z najbardziej niekonwencjonalnych, a zarazem autentycznych współczesnych wokalistek. Przyglądamy się bliżej artystce i jej eklektycznemu stylowi.

Kobiety głośno mówiące o tym, co niewygodne – o swoich słabościach, kulturowych stereotypach, społecznych niesprawiedliwościach. To właśnie im poświęcamy nasz nowy cykl. Będziemy rozkładać na części pierwsze ich oryginalny styl, ale przede wszystkim przyglądać się bliżej tym bezkompromisowym artystkom, dziennikarkom, pisarkom. Bo w końcu, jak pisała Joan Didion: „styl to charakter”. Ubrania mogą być kolejnym sposobem na wyrażenie siebie, prawdziwe wrażenie wywołują jednak tylko, gdy są odzwierciedleniem osobowości, a nie sposobem na jej przyćmienie lub sztuczne podkręcenie. W ramach cyklu „Muzy” chcemy celebrować różnorodność i zachęcić was do własnych modowych poszukiwań, a nie przekonywać do kopiowania z automatu. Zaprezentować wam kobiety, które Francuzi nazwaliby jolie laide, czyli niekoniecznie klasycznie piękne, ale robiące większe wrażenie niż posągowe piękności ze względu na swój indywidualizm i niebanalny sposób ubierania czy też po prostu sposób bycia. Zaczynamy od Natashy Khan, której nowa płyta „The Bride” to chyba najodważniejszy jak do tej pory projekt wielostronnie utalentowanej piosenkarki.

„Jest we mnie wiele z czarownicy” – deklaruje w wywiadach Natasha. I czujemy, że nie jest to tylko ekstrawagancka poza, bo dla twórczyni Bat For Lashes bycie czarownicą oznacza po prostu akceptowanie kobiecości w jej pełnym wymiarze – tolerancję nie tylko dla tradycyjnie docenianych kobiecych cech, takich jak empatia czy delikatność, ale i dla bardziej mrocznego oblicza każdej z nas. Dla Khan bycie kobietą to aprobowanie całego spektrum nawet skrajnych cech, zachowań i emocji; zrozumienie dwoistości ludzkich charakterów. Dlatego w rozmowach z dziennikarzami przyznaje się zarówno do inspiracji Davidem Lynchem, Wimem Wendersem i Edgarem Allanem Poe, jak i do miłości do seriali „Seks w wielkim mieście” i „Dziewczyny”.

O Khan wiele można powiedzieć, ale na pewno nie to, że mamy do czynienia z osobą tuzinkową. Pochodząca z Pakistanu, dorastająca w Wielkiej Brytanii artystka nie oferuje hitów stworzonych, by podbijać listy przebojów – choć pewnie na takie byłoby ją stać, co pokazuje przykład sukcesu utworu „Daniel”. Stawia raczej na projekty konceptualne, każda jej piosenka to przede wszystkim odrębna opowieść, często przenosząca nas do mrocznego świata baśni, legend i mitów. I chyba trudno się temu dziwić, bo wokalistka pracowała kiedyś jako przedszkolanka, a jako dziecko była zafascynowana przekazywanymi jej starymi bajkami, które wraz z rodziną Khanów przywędrowały aż z Azji. W uniwersum Bat For Lashes wszystko może się zdarzyć. Jest miejsce dla jednorożców i syren, czarnoksiężników i leśnych zwierząt, ale i dla emocji, które funkcjonują jako uniwersalny język łączący dwa światy – ten wyrosły na gruncie archetypów i marzeń oraz ten całkiem współczesny i realny. Również muzyka Bat For Lashes wymyka się klasyfikacjom – oscyluje między indie rockiem, indie popem, synth popem, łączy dźwięki elektroniczne, folkowe i  barokowe.

Natasha ma już na koncie kilka płyt – debiutancką, baśniową „Fur & Gold”, „Two Suns”, na której pojawia się jej alter ego, czyli blondwłosa, hedonistyczna femme fatale Pearl oraz „The Haunted Men”, która szokuje już okładką, na której widać nagą Khan niosącą na barkach równie nagiego mężczyznę. Wokalistka wygląda tu jak myśliwy targający po udanym polowaniu martwe zwierzę. Tak, niekonwencjonalne pomysły to specjalność Bat For Lashes. A jednak najnowszy album „The Bride” przebija chyba wszystko, co do tej pory zrobiła Khan. Piosenkarka bierze się na nim za eksplorowanie mitu gloryfikowanej od zawsze miłości. W swoim najświeższym projekcie wciela się w pannę młodą, której partner umiera tuż przed ślubem. Khan podąża więc sama do ołtarza i wypowiada nieskierowane w niczyją stronę słowa „I do” pieczętujące jej związek z samą sobą. A później rusza samotnie w podróż poślubną, podczas której przemierza przede wszystkim meandry swojej podświadomości.

shopping bat for lasches hm kimono joanna hawrot mac lipstick pink Ale gold summer music

1. szminka MAC 106 zł, 2. naszyjnik ALE./ Showroom.pl 275 zł, 3. kolorowy eyliner Benefit/ Sephora 55 zł, 4. sukienka Papillon/ Mostrami.pl 650 zł, 5. kimono Joanna Hawrot 1500 zł

Jak podkreśla Khan, „The Bride” nie ma być krytyką małżeństwa jako związku ludzi czy rytuału, który wielu z nas jest potrzebny, a raczej wyolbrzymionych co do niego oczekiwań, które podsuwa nam kultura. Chodzi o wszystkie te wyobrażenia rodem z bajki o Kopciuszku; sugestie, że poznasz kogoś, kto odmieni twoje życie, uratuje cię, zaspokoi każdą twoją potrzebę i sprawi, że będziesz już na zawsze szczęśliwa lub szczęśliwy i o nic nie będziesz musiała lub musiał się już martwić. Tymczasem nikt nie uczyni nas szczęśliwymi, a tym bardziej szczęśliwymi na zawsze, jeśli sami nie będziemy nad sobą pracować, zastanawiać się, czego pragniemy, odkrywać siebie. „Tej ułudzie miłości rozwiązującej wszystkie problemy ulegają nie tylko kobiety, ale i mężczyźni” – deklaruje Khan i przyznaje, że czasem trzeba się nauczyć romansować z samym sobą. Dlatego wysyła swoje alter ego na samotną eskapadę, choć miesiąc miodowy już w swojej definicji przeznaczony jest dla dwojga. „Nawet singielki z „Seksu w wielkim mieście” kończą w związkach” – ubolewa Khan, która wie, że zewsząd bombardują nas wyidealizowane obrazy relacji damsko-męskich.

Czy w związku z tym artystka nie wierzy w romantyczną miłość? Wręcz przeciwnie: rozczula się, patrząc na pary, które spędziły ze sobą całe dekady i uważa, że związek powinien bazować na bardzo bliskiej duchowej więzi oraz uczyć nas odpowiedzialności za drugą osobę. Nie podoba jej się jednak to, że ludzie egoistycznie powierzają swoją życiową satysfakcję innym. Wierzą, że dopiero ktoś ich dopełni i wykona za nich całą pracę, by ich uszczęśliwić. Jak przyznaje w wywiadzie dla „Spin Magazine”: „ślub to heroiczny wyczyn”. Szczególnie w dzisiejszych czasach, gdy miłości poszukuje się na Tinderze, ochoczo wymienia jeden „lepszy model” na drugi, unika zobowiązań.

Khan nie podoba się też potrzeba obnoszenia się ze związkiem, pokazywania go na Facebooku czy Instagramie, obsesja na punkcie perfekcyjnego ślubu i udowadniania ludziom na siłę, że tworzy się świetną parę. Czy sama chciałaby wziąć ślub? „Może, gdy będę mieć 60 lat i piątkę dzieci” – śmieje się. Jednak nie zawsze jest jej do śmiechu, gdy pojawia się temat małżeństwa. Podczas pracy nad „The Bride” musiała oswoić własne demony i umocnić się w postanowieniu, że nie można dać wmawiać sobie ludziom, że znają lepszy przepis na nasze własne życie. Bo 36-letnia Natasha opowiada, że nieraz słyszy dosadne lub zawoalowane komentarze nad temat tego, że po trzydziestce kobieta powinna się już właściwie ustatkować. To przesłanie jest wciąż wyraźnie wyryte w otaczającej nas retoryce. Khan wie jednak, że wbrew temu, co można wyczytać w kolorowych gazetach, nie da się mieć ot tak wszystkiego. Teraz przede wszystkim koncentruje się więc na tworzeniu, choć chciałaby kiedyś założyć rodzinę. Nie żałuje jednak, że do tej pory jej nie założyła. A okazję ku temu miała już jako nastolatka, gdy ojciec chciał zaaranżować jej małżeństwo. 

Dla twórczyni Bat For Lashes bycie czarownicą oznacza po prostu akceptowanie kobiecości w jej pełnym wymiarze – tolerancję nie tylko dla tradycyjnie docenianych kobiecych cech, takich jak empatyczność czy delikatność, ale i dla bardziej mrocznego oblicza każdej z nas.

„The Bride” to również projekt o tyle wyjątkowy, że poza piosenkami powstał krótkometrażowy film. Wokalistka, która poza muzyką studiowała też sztuki wizualne, przygotowując się do nagrania, szkoliła się w scenopisarstwie i pochłaniała wywiady z ulubionymi reżyserami – Lynchem, Kubrickiem, Polańskim czy Wendersem. Szukając inspiracji, oglądała również nałogowo filmy z lat 30. i przeglądała stare fotografie ślubne, o czym opowiadała niedawno magazynowi „The Rolling Stone”. Na filmie ma na sobie suknię ślubną, przywodzącą na myśl kroje vintage, naszyjnik w kształćcie serca, trochę jak ten noszony przez Laurę Palmer z „Twin Peaks”, purpurowy welon i makijaż oczu nawiązujący do popartowego obrazu Elizabeth Taylor autorstwa Andy’ego Warhola.

Khan nie boi się mocno kontrastujących ze sobą ubrań i akcesoriów, jej styl jest eklektyczny i zdradza zamiłowanie do retro. U Natashy obowiązkowo zobaczymy eyeliner, często również szminkę w soczystym kolorze. Jej styl ewoluował – przez pierwsze lata po debiucie częściej stawiała na etniczne wzory, pióra, cekiny, złote opaski czy tęczowy makijaż; teraz coraz częściej jest okazja, by zobaczyć piosenkarkę w czerni, bieli i czerwieni oraz ubraniach o prostym kroju. W przypadku Bat For Lashes nie można jednak liczyć na sztampę, każda stylizacja ma w sobie coś zapadającego w pamięć i nieoczywistego. Czasem będzie to neonowy makijaż oczu, innym razem kwiat wpięty we włosy, jeszcze innym ciekawy wzór boho. Jedno jest pewne: Khan nie da się znudzić. Najnowsza płyta tylko to potwierdza i daje nadzieję, że utalentowana wokalistka i multiinstrumentalistka może nas jeszcze niejednym zaskoczyć. My z niecierpliwością czekamy na to aż Khan spróbuje swoich sił w świecie filmu, bo jej wypowiedzi świadczą o tym, że jest na to spora szansa. A w międzyczasie odsłuchujemy w kółko nową, melancholijną, ale i elektryzującą płytę.

Opracowanie graficzne Małgorzata Stolińska dla enter the ROOM na bazie materiałów prasowych; zdjęcia Bat For Lashes wykonał Neil Krug