Dziś nowymi bodźcami i informacjami jesteśmy bombardowani codziennie, wręcz nieustannie. Dlatego w ramach cyklu „TYP TYGODNIA” prezentujemy osoby, myśli, przedmioty czy zjawiska, które według nas warte są tego, by dłużej się  przy nich zatrzymać.

Dużo myślę ostatnio o humanistach i o tym, czy w ogóle jest jeszcze dla nich miejsce w tej konsumpcyjnej, zakochanej w technologii rzeczywistości. A jeśli tak, to jakie miejsce, bo na pewno nie w pierwszym rzędzie. Nie ulega wątpliwości, że być humanistą dziś się po prostu nie opłaca. Opłacać to może się wymyślanie nowych aplikacji mobilnych i start-upów, próbowanie swoich sił w Dolinie Krzemowej, rozkręcanie własnego biznesu albo zatrudnienie się w potężnej korporacji. A o humanistach nie słyszy się dziś wiele dobrego, bo ci humaniści to niby jacyś tacy niepoważni, mało wyspecjalizowani i mało wymagający od życia, bo częściej godzący się na umowy śmieciowe. Dlatego młodym ludziom radzi się, by idąc na studia, wybrali kierunki ścisłe, które prędzej zagwarantują im etat. Zresztą tych humanistów przecież jest już nadmiar, a oni i tak nic konkretnego robić nie potrafią – słyszę ostatnio w radiu podczas audycji, w której radzi się świeżo upieczonym maturzystom, jakie uczelnie powinni wybrać. Panuje obiegowa opinia, że jak ktoś idzie na kulturoznawstwo czy socjologię, to pewnie nie wie, co właściwie zrobić ze swoim życiem. A z tym się zgodzić nie mogę. Jasne, że są ludzie, którzy wybierają byle jaki kierunek studiów, żeby mieć tylko jakiś papierek w zanadrzu. Ale dobrze wyedukowani (niekoniecznie dzięki uzyskiwaniu kolejnych dyplomów a przede wszystkim chęci samorozwoju), błyskotliwi humaniści z pasją, którzy wiedzą, czego chcą (tak, tak, to nie oksymoron) są nam potrzebni. Możliwe, że dziś znacznie bardziej niż dekadę czy dwie temu. W momencie, gdy świat zachodni zmaga się z wieloma kryzysami, również w wymiarze humanitarnym, a populizm zyskuje na sile, widać jeszcze wyraźniej, że w ostatnim czasie zgubiliśmy coś istotnego po drodze, a pomóc nam to odzyskać mogą tylko humaniści a nie specjaliści od liczb i wykresów.

Dlatego dużą przyjemność sprawiło mi odkrycie książki Marthy C. Nussbaum „Nie dla zysku. Dlaczego demokracja potrzebuje humanistów” wydanej w Polsce przez Kulturę Liberalną. Publikacja Nussbaum ma w sobie coś z manifestu i mówi o bardzo palących, współczesnych problemach. Nie ma się co oszukiwać, demokracja nie ma się dziś najlepiej – także w krajach, które przez lata były uważane za jej ostoję. Bo jak właściwie budować dobre społeczeństwo obywatelskie, gdy od lat przedmioty humanistyczne i artystyczne traktowane są po macoszemu, często uważane właściwie za zbędne? Gdy edukacja staje się coraz bardziej zbiurokratyzowana i coraz rzadziej zachęca młodych ludzi do kreatywnego, samodzielnego myślenia. Nussbaum pokazuje, że nie tędy droga; że powinniśmy się zastanowić, jaką wiedzę chcemy przekazywać przyszłym pokoleniom oraz zrozumieć, że ludzi nie powinno się szufladkować i kategoryzować ze względu na sztywnie definiowany zawód i wysokość pensji; że demokracja nie przetrwa bez humanistów. Myślę, że to jedna z ważniejszych publikacji, które ukazały się ostatnio na polskim rynku wydawniczym. Lektura obowiązkowa i to nie tylko dla ludzi ze środowiska akademickiego.

1.nie dla zysku martha c.nussbaum kultura liberalnaksiazka book top

Myślę też, że brakuje nam dziś nie tylko młodych humanistów, ale i artystów totalnych. Takich, którzy nawet jeśli przebijają się do mainstreamu, nie zaczynają kierować się tylko słupkami sprzedaży. Takich, którzy mają wizję, są bezkompromisowi, ekscentryczni, potrafią zaskakiwać, eksperymentować i celebrować inność, ale nie koniecznie na siłę szokować. Na scenie brakuje mi takiego współczesnego Davida Bowie’ego. Brytyjczyk przez lata zmieniał stroje i muzyczne konwencje, ale nie stracił przez to dla mnie na autentyczności. Nie przypinał sobie jednej metki – wyrażał się na różne sposoby, śpiewając, grając w filmach, malując, komponując. Nigdy nie miałam wrażenia, że wkracza na kolejny teren tylko po to, by więcej zarobić. Choć może go przeceniam. Ostatnio dużo słucham Bowie’go. Jego piosenka „I’m Deranged” z „Zagubionej autostrady” po prostu nie może wyjść mi z głowy. Uzależniłam się.

2. david bowie im deranged music super fan legend top

Może jednak zanadto ulegam powszechnej ostatnio nostalgii za ciekawszymi wydawałoby się czasami – latami 90., 80. czy 70. W końcu i dziś znajdą się przecież artyści totalni, którzy nie zabiegają o popularność. Niedawno jedną taką osobę nawet poznałam. To Anna Biller, której filmy zostały pokazane na wrocławskich Nowych Horyzontach w ramach sekcji „Trzecie Oko”. Dziwne to kino, bardzo specyficzne i na pewno nie każdemu się spodoba, ale ja się zakochałam. W sumie jeszcze zanim zobaczyłam jej krótkie i długie metraże, wiedziałam, że się zakocham. Nie mogłabym się oprzeć mieszance starego kina, różu, cekinów i tamponów; przekornym opowieściom grającym na płciowych stereotypach. Biller urzekła mnie jednak nie tylko ze względu na świeże podejście do feminizmu, zabawę kiczem i nawiązania do kina lat 30., które uwielbiam. Kalifornijska artystka najbardziej zaimponowała mi chyba tym, że tworzy kino tak bardzo autorskie, jak to tylko możliwe. Anna nie tylko reżyseruje, pisze scenariusze i gra w większości swoich produkcji. Szyje też kostiumy, wynajduje lokalizacje, dekoruje przestrzenie, pisze piosenki. Po prostu robi wszystko, by zrealizować swoją wizję. A na pewno nie jest jej lekko, bo przecież nie dysponuje wielkimi budżetami. Nad swoim najnowszym filmem, „Czarownica miłości”, pracowała 7 lat. Rok zajęło jej samo szycie renesansowych kostiumów. Gdy ogląda się obrazy Biller, ma się pewność, że każdy przedmiot widoczny w kadrze przeszedł przez jej ręce. Do „Czarownicy…” Biller uszyła na przykład dywan z pentagramem, do swojego poprzedniego filmu – „Viva” – stworzyła animację obrazującą kobiecy orgazm. W uniwersum Biller zysk z pewnością do priorytetów nie należy, a wywiad z nią będziecie mogli już niedługo przeczytać na łamach „enter the ROOM”.

3. the loved witch movie film top screen cinema

Skoro już jestem przy Biller, nie ukrywam, że zawsze miałam słabość do pisarek, artystek czy fotografek. Do utalentowanych kobiet. Nie tylko przyglądałam się ich pracom, ale też namiętnie czytywałam ich biografie, a każde kolejne mieszkanie obklejałam zdjęciami moich idolek z Patti Smith i Orianą Fallaci na czele, ale także po prostu zdjęciami kobiecych ciał, bo chyba nie ma dla mnie niczego piękniejszego niż ciało. Cenię sobie klasyków kobiecych aktów, takich jak Helmut Newton, którego plakaty kupowałam przy każdej wizycie w berlińskim muzeum, ale ostatnio szczególnie imponuje mi podejście młodych fotografek do kobiecego ciała. Podoba mi się to, że na ich zdjęciach nie wszystko jest idealne. Podobają mi się też słodko-gorzkie, zabawne neony i inne formy zabawy z tekstem, których podejmują się młode artystki – Petra Collins czy Wasted Rita. Dlatego bardzo podekscytowałam się faktem, że jeden z neonów Collins znajduje się w nowojorskiej kawiarni Café Henrie, w której można też kupić część jej prac, jak i innych młodych artystów, są też fajne albumy i książki. A ponieważ planuję odwiedzić Nowy Jork zimą, to miejsce z pewnością trafi gdzieś na szczyt mojej listy obowiązkowych punktów do zaliczenia.

4 waster rita drawing words cafe henrie top

No właśnie, zakupy, nie tylko te książkowe. Uwielbiam ubrania i dodatki, ale raczej rzadko kupuję w sieciówkach. Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem maniaczką rzeczy vinatge. Cenię je za znacznie lepszą jakość, niż ta, którą ma większość produkowanych dziś masowo ubrań, za ciekawe wzory, kroje i za to, że każda rzecz niesie ze sobą jakoś historię. Gdziekolwiek jadę, odwiedzam obowiązkowo vintage shopy, pchle targi, sklepy z tanią odzieżą. Ciekawych produktów szukam też w internecie. Jednym ze sklepów, na którego stronę wchodzę ostatnio nałogowo jest kalifornijski Stoned Immaculate, który oferuje zarówno autentyczne ubrania z ery dzieci kwiatów, jak i nowe, inspirowane stylistyką retro. Nie trzeba jednak szukać aż tak daleko, bardzo mnie cieszy, że jest coraz więcej fajnych polskich vinatge shopów czy komisów. Na przykład Pyskaty Zamsz oferujący oryginalne markowe ubrania i akcesoria. Raczej nie sprzed kilku dekad, a kilku sezonów. Jest z czego wybierać, ostatnio zachwyciły mnie na przykład ich jeansy marki Vetements. Żeby wyglądać dobrze, wcale nie trzeba wydawać fortuny, trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać ciekawych ubrań i dodatków, wypracować własny styl i nie bać się nieszablonowych połączeń. Zresztą, wracając do punktu wyjścia, my humaniści, raczej fortuną nie dysponujemy. Dlatego tym przyjemniej wygrzebać czasem sukienkę od projektanta i zapłacić za nią 4 zł. A tak też się zdarza wprawionym w tanioodzieżowym boju.

5 vetements pyskaty jeans pants blue fashion moda top

Fot. opracowanie graficzne Małgorzata Stolińska dla enter the ROOM na bazie materiałów prasowych