W tym wszystkim nie chodzi o manifestowanie siebie, swojej przynależności, feminizmu, przyzwyczajeń, zainteresowań. Po co dorabiać ideologię? Nie trzeba dzielić włosa na czworo. Włosy na ciele albo się lubi, albo nie. 

„Łazienka jest podszewką pokoju, spodnią stroną życia. W wannie po kąpieli zostają włosy, zmyty ze skóry brud osiada na ściankach. Kosz jest pełen zużytych tamponów, serwetek i wacików. Oto golarka do golenia nóg, oto lusterko do wyciskania wągrów i robienia makijażu kryjącego wszystkie niezdecydowania” – pisała Olga Tokarczuk. Wszystko się zgadza. Mieszkam sama, więc podchodzę do tematu z luzem godnym dojrzałej i akceptującej siebie 30-latki. Ale gdy spotykam się, mniej lub bardziej regularnie, z jednym lub innym partnerem, nerwica natręctw każe mi wracać siedemnaście razy do łazienki, sprawdzić wannę lub prysznic, czy te włosy faktycznie zostały na dnie. Czasami zostają. Nie jestem jednak tak naturalna jak Tokarczuk. Nie mam też takich ciągot, aby manifestować swoje niedoskonałości jak Lena Dunham w „Girls”. Każdy stara mi się wmówić, że to serial o moim pokoleniu, o milenialsach, o 30-latkach, które nie muszą być już tak doskonałe, jak Samantha z „Seksu w wielkim mieście”. Ona nie ominęła ani jednej umówionej wizyty, żeby powtórzyć depilację brazylijską. No, ale co zrobić? Za czorta nie czuję się jak Dunham, chociaż jak ona mam kilka nadprogramowych kilogramów. W każdym razie nie mogę też odmówić jej wielu racji. Przylgnęła do niej dumnie brzmiąca opinia „feministki milenialsów”. Ale bańka Dunham zaczęła tak puchnąć po wydaniu głośnej książki „Not that kind of girl”, że po wielu próbach nawrócenia na „Dziewczyny” ostatecznie uznałam jej długie włosy pod pachami i równie obficie wystające z majtek za manifest wyłącznie łasej na popularność aktorki i producentki. Biegnącą za sławą, węszącej drogę do niej prowadzącą przez rozżarzone węgle kontrowersji. Jak w tanim cyrku. Jaką mają dla mnie teraz wartość i znaczenie jej zapuszczane na całym ciele włosy? Mniejszą niż kompletna depilacja Samanthy. 

No więc odrzucam feminizm milenialsów: mam dość mściwej Taylor Swift wybierającej jaka dziewczyna zasługuje na przystąpienie do jej „Bad blood squad”, o czym wypisują wszystkie szmatławce. Wkurza mnie Miley Cyrus, która oczywiście, robi swoimi teledyskami i kreacją sceniczną interesujący spektakl popkulturowy – i mówię to bez krzty złośliwości – jednak zapuszczanie i farbowanie włosów pod pachami, a następnie siadanie na przeskalowanej rzeźbie członka we wzwodzie w jakiś sposób traci dla mnie sens, który chwilę wcześniej jeszcze jakoś działał. Dalej, Kelly Osbourne liżąca włosy pod pachą koleżanki... A nawet Madonna – OK, królowa pop może więcej. Ale znów – włosy pod pachą wystawioną dumnie do zdjęcia to nie to, o co prosiłam. Inaczej było 30 lat temu, gdy młoda Madonna biegała nieogolona. Broniła siebie, dawała wzór kobietom. Była niezrównoważona pod względem narzucanych społecznie wzorców, wymiotując nimi niemal dosłownie. Jednak dziś Madonna nie jest sobą. Oglądając się na młode koleżanki z branży, próbuje być taka jak one. Ale nie będzie. Tak samo jak one mogłyby tylko pomarzyć, by być Madonną. Po co więc ta żenująca manifestacja?

Uważam się za intelektualistkę. Jestem wykształcona, skończyłam Wydział Nauk Społecznych szanowanego uniwersytetu. Dużo czytam. Lubię Sartre’a i Kunderę. I gdybym kontynuowała wymienianie tych moich zainteresowań, pewnie za chwilę postawiłabym siebie sama w rzędzie obok lekko skompromitowanej feministki trochę na siłę, choć utalentowanej – tego jej nie odbiorę – Dunham. Ja natomiast wolę Kim Kardashian i Beyonce, bo uważam, że i jedna i druga więcej robi dla wyzwolonych lasek, niż cierpiące na syndrom „feministycznej matki boskiej pokolenia Y” gwiazdy i gwiazdeczki.

Nie o feminizmie jednak ten tekst, ale o atrybucie, który szczególnie niezorientowanej, męskiej części społeczeństwa niezmiennie kojarzy się z „babochłopem” i „brzydką, nieszczęśliwą” kobietą, która m.in. z tych powodów jest samotna. A skoro już nikt jej nie chce, to w mózgu takiego indywiuum zostaje feministką. No więc bzdura, ale wróćmy do atrybutu. Włosy. Te na ciele.

680x510podprad

Nie znoszę zaniedbanego = naturalnego buszu Hannah Helene Horvath i jej koleżanek – a więc bohaterek serialu „Girls”, nad którym znęcam się od początku felietonu. Dlaczego? Po pierwsze – to niehigieniczne i nie ma nic wspólnego z manifestowaniem czegokolwiek. Kobieta powinna o siebie dbać. Szowinizm? A skądże! Czy nie tego samego oczekujemy od facetów? Otóż to. I choć znana z ekologicznego trybu życia Gwyneth Paltrow publicznie kilkukrotnie przyznała, że „busz” w stylu wyzwolonych lat 70. jest ok, to po prostu nie jest. Ale skoro jej tak wygodnie, dlaczego ma go nie hodować? Petra Collins, fotografka, zrobiła zdjęcie dolnych części ciała, w majtkach, spod których wystawały – to prawda, obficie – włosy łonowe. Jej Instagram został zablokowany. Bo? Obraza uczuć? No proszę was... Dajmy sobie z tym spokój. W każdym razie ten incydent pomógł jej w karierze. Włosów nie przestała się wstydzić. Ją i inne dziewczyny wspiera w tym American Apparel, który jednak najprawdopodobniej należałoby ustawić w jednej linii z panną Dunham. Tu też chodzi o biznes i wyniuchaną koniunkturę.

OK, no więc co robić? Zostawić – choć trochę. W końcu włosy w okolicach intymnych rosną. A skoro rosną, to po coś. Podobnie jak rzęsy chronią przed obcymi ciałami i bakteriami gałkę oczną, „tam na dole dzieje się to samo. Zaprzyjaźniona ze mną kosmetyczka pracująca w jednym z warszawskich salonów zajmujących się depilacją woskiem mówi, że jasne, aby uniknąć nieprzyjemnego zapachu (na długich, zaniedbanych włosach zatrzymują się rozkładające bakterie) należy użyć trymera, a po linii bikini przejechać woskiem, jednak całkowite pozbycie się włosów nie jest wskazane. Depilacja brazylijska tak bardzo popularna w latach 90. i 2000. może powodować komplikacje. Jak wynika z doświadczenia ginekologów, brak owłosienia to otwarte wrota dla infekcji. I co? Ze zbioru kobiet pojawiających się u kosmetyczek, 62% prosi o woskowanie kompletne. W internecie są nawet porady dla kobiet, jak skutecznie golić się nie mając w pobliżu maszynki. Nie chcę wiedzieć. Nie klikam. Wiem tylko tyle, że ciepłe i wilgotne środowisko sprzyja namnażaniu bakterii, szczególnie przy mikrourazach, a skóra w miejscach intymnych jest wybitnie wrażliwa.

No dobrze, odbiegając od względów medycznych, czy wzrost włosów na ciele jest więc synonimem siły? Na pewno może być polityczny. Ale co w dzisiejszych czasach polityczne nie jest? Mamy do czynienia nawet z polityką ciała, więc należy się przyzwyczaić, że włosy wystające spod fig w miejscu publicznym skupią na sobie spojrzenia niezadowolonych. No, ale jeśli wykluczyliśmy to, co polityczne, to może być feministyczne. Ale najpierw proszę o definicję feminizmu w XXI wieku, bo trochę nam ją popkultura zdążyła rozmyć w rytm piosenki „Shake if off”. To może genderowe? Nie, tego terminu w Polsce już nikt nie rozumie. 

Ja owłosienia nie traktuję w żadnej z powyższych kategorii. Nie ukrywam, że kultura zachodnia, w której żyję, ma na mnie pewien wpływ. I jeszcze moje doświadczenia. Pamiętam, jak jeden z moich jednorazowych partnerów po zdjęciu przeze mnie majtek nie wiedział, jak się zachować. „To ty nie jesteś goła?” – zapytał. „Jestem” – odpowiedziałam. „No, ale tam”. I już wiedziałam, że nic z tego nie będzie, skoro dorosły facet nie potrafi nazwać rzeczy po imieniu. Zabrałam z podłogi majtki, wsunęłam na tyłek, pożegnałam się uprzejmie. I nawet poczułam się trochę dumna. Tak kobieco dumna. Jak feministka, którą – wbrew krytyce mody na feminizm – jestem. Jestem, a włosy pod pachami golę codziennie (i nie muszę się skarżyć jak młoda dziennikarka, nazywająca się „feministką” Meg Zulch, która opisuje w jednym ze swoich felietonów jak bardzo stresują ją podróże metrem, kiedy nie ma miejsca siedzącego, ale musi podnosić rękę ku górze i znosić nieprzyjemne spojrzenia współpasażerów. Winę za złe samopoczucie przypisuje oczywiście wszystkim, tylko nie sobie. Może więc pora pozbyć się owłosienia i jeździć metrem w spokoju?). Krocze zostawiam kosmetyczce. Tam gdzie trzeba, działa wosk. Reszta trymer. Natura nie ma za dużo do powiedzenia. Dlaczego? Bo mi tak wygodnie. Po prostu mi wygodnie. I nie martwię się niczyją reakcją, gdy ściągam gacie. A najmniej swoją.

Wy też się nie przejmujcie, filozofii do golenia włosów łonowych nie zamierzam dorabiać. Róbcie jak chcecie. Wasze ciało, wasza sprawa. Nie ma sensu dzielić włosa na czworo.