Jadąc niedawno samochodem, słuchałem letniej audycji radiowej. W zasadzie podróż samochodem to jedyna okazja, żeby słuchać radia, a przy okazji przypomnienie, dlaczego radia nie słucham. Spiker w programie na żywo zagadywał publiczność, a gdy czas antenowy dobiegał końca poprosił zebranych o „pamiątkowe selfie” i te ostatnie słowa wyrwały mnie z odrętwienia. I pamiątka”, i selfie to nie są słowa wyjątkowo obce, ale ich zlepek brzmi jak niemiłosierny zgrzyt. W zasadzie po co robimy sobie selfie, skoro nie po to, żeby zapamiętywać jakiś moment z życia? Odpowiedź wydawałaby się prosta: dla laików. Ale czy to jedyny powód, dla którego „pamiątkowe selfie” to niemal oksymoron?

Fotografia wyręcza nas w zapamiętywaniu, chociaż nie jest w tym osamotniona. Upatrywałbym tego w szerszym procesie przenoszenia wszelkich danych do chmury, nawet tych, które dotychczas trzymaliśmy w głowie. Drogę do domu od dawna wyznacza mapa Google, a spotkania zapisane w papierowym notatniku przenoszone są automatycznie do kalendarza w telefonie. W tak zaawansowanym postępie digitalizacji informacji ciężko znaleźć taką rolę fotografii, jaką można dostrzec na przykład w fotografii Zofii Rydet. Przypomnę tylko tym, którzy o Zofii Rydet mogli jeszcze nie słyszeć, że w swoim największym życiowym projekcie fotografka odwiedzała przez lata domy najpierw swoich sąsiadów i znajomych, z czasem zataczając coraz szersze kręgi, aż w efekcie stworzyła niebywałą kolekcję portretów głównie polskiej wsi. Gigantycznego zbioru złożonego z podobnych, tak jak selfie, zdjęć. Mądrze nazwana „Zapisem socjologicznym” kolekcja prezentowana była przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej w niedawno zamkniętym pawilonie Emilia. Dziś taka fotografia nie ma nic wspólnego z zapisem dokumentalnym, chyba, że ktoś opowie coś ciekawego o dokumentalnych aspektach książki „Selfie” Kim Kardashian.

4 alek hudzik hudzik felieton selfie slefie stick kim kardashian fotografia portret

Wikipedia.org

Może zwyczajnie przestaliśmy fotografii wierzyć i nie bardzo interesuje nas to, co na naszym telefonie zostaje zapisane. 

Już pieszo, bez radia, choć wciąż z dzwoniącym w uszach „pamiątkowym selfie” wybrałem się do galerii Różnia przy ulicy Puławskiej. Nawiasem mówiąc, przestrzeń galerii jest niezwykła: w wynajętym mieszkaniu, pomiędzy salonem a kuchnią. Prowadzona przez parę Annę Sidoruk i Karola Komorowskiego prezentuje przede wszystkim młodych artystów, takich jak Komorowski – fotografa, który choć niezwykle młody ma na swoim koncie kilka wystaw, w tym udział w jednej organizowanej właśnie przez MSN i współpracę z prywatną warszawską galerią. Młody fotograf mocno poszukuje nie tylko na tradycyjnym polu fotografii. Niedawno w ramach Różni wydał niewielką publikację „Piszę na żywo, jak żywo. ?”  zapiski rozmów z grupą znajomych, które prowadzili na Facebooku. Na marginesie rozmowy w książeczce pojawiają się zdjęcia wysyłane w wiadomościach na Facebooku lub (jeszcze łatwiej) przy użyciu aplikacji. To zapisanie na papierze wydruków z Facebooka wydawało mi się tak samo sztuczne jak dziwaczny związek frazeologiczny „pamiątkowe selfie”. Fotograf szybko wyjaśnił mi, na czym polega jego działanie, a przynajmniej zrębek sensu, bo nie fotografia jest meritum publikacji. Fotografia telefonowa ma niezwykle krótką datę ważności, istnieje tak długo, jak długo widnieje na portalach społecznościowych, chociaż fizycznie wciąż przechowujemy ją przez lata na dysku telefonu czy w chmurze. Jej trwanie rozciąga się nie w czasie, a w przestrzeni – w szerokim dotarciu do jak największej grupy osób.

Fotografia wyręcza nas w zapamiętywaniu, chociaż nie jest w tym osamotniona. Upatrywałbym tego w szerszym procesie przenoszenie wszelkich danych do chmury, nawet tych, które dotychczas trzymaliśmy w głowie.

Wystarczy, że zrobimy sobie prosty eksperyment: proszę wziąć telefon, wejść do historii i zobaczyć, ile pamiętamy z tego, co przez kilka ostatnich miesięcy sfotografowaliśmy. W mojej historii pojawiają się całe czarne plamy. Te dosłowne, kiedy „pod wpływem chwili” wykonałem serię czarnych zdjęć i te, których nie pamiętam, choć nic nie stoi na przeszkodzie, bym do nich wracał. Za to selekcja naszych zdjęć, która trafia na Facebooka jest niezwykle staranna, w końcu jest elementem naszej autopromocji i nie ma się czemu dziwić. Komorowski paradoksalnie zmusił mnie do myślenia o fotografii, chociaż książka jest w głównej mierze skoncentrowana na tekście. Co zostanie nam z tysięcy selfie zapisanych na dyskach? Pewnie mniej niż po analogowych zdjęciach wklejanych do albumu. Ciekawi mnie jednak, co się stanie z fotografią, kiedy przestanie nam zapewniać lajki.

5 alek hudzik hudzik felieton selfie slefie stick kim kardashian fotografia portret

Flickr.com

Jest jeszcze jedna rzecz, która zastanawia mnie, gdy myślę o pamięci fotografii. Może zwyczajnie przestaliśmy fotografii wierzyć i nie bardzo interesuje nas to, co na naszym telefonie zostaje zapisane. Zarazem jesteśmy niemal podświadomie nieufni wobec tego, co udostępniane jest na portalach społecznościowych. Przecież w czasach powszechnego dostępu do narzędzi edycji, manipulacja fotografią jest elementem podstawowej internetowej rozrywki, reklamy. Opanowaliśmy aparat na równi z programem do edycji zdjęć. Wyraz takiemu działaniu daje młoda fotografka Justyna Wierzchowiecka w książce Museum Studies prezentowanej podczas tegorocznego Miesiąca Fotografii w Krakowie. Artystka rozmawiając niedawno ze mną na łamach magazynu Notes na 6 tygodni powiedziała: „Zdjęcia mają ten sam status, niezależnie, czy sama je zrobiłam, czy znalazłam w sieci. W ten sposób trochę gram z własnym ego. Zdjęcie jako obiekt-fetysz jest dla mnie zupełnie nieistotne” a przecież jej fotografia odnosi się do czegoś, co dotychczas było „świętością” i absolutną prawdą – fotografii obiektów muzealnych. Proszę sobie uzmysłowić coś, co badacze powtarzają od lat: większość z nas najważniejsze dzieła sztuki zna właśnie przez fotografię, a nie kontakt osobisty. I bezgranicznie tej fotografii ufa.