„Po 25. roku życia wszystko się zmienia” – usłyszałam ostatnio z ust jednej z moich przyjaciółek. Drastyczne, ale czy prawdziwe? Co się właściwie zmienia? Co się kończy? Dlaczego wciąż słyszę od dwudziestoparo- lub trzydziestoparolatek, że są stare? Dlaczego samej zdarza mi się tak o sobie mówić? Niby pół żartem, pół serio, a jednak.

„Jesteś już po pierwszej przecenie” – powiedział ostatnio mojej koleżance jej starszy brat. „Już nie jesteś w jakimś super atrakcyjnym wieku, więc lepiej szybko szukaj chłopaka” – dodał ze śmiechem. Podkreślę: powiedział to dziewczynie 25-letniej. Myślał, że to zabawne, ale miał też nadzieję, że to dobra przestroga. W końcu większość jego kolegów wiąże się ze znacznie młodszymi dziewczynami. Wiem, że zawsze znajdzie się ktoś, kto rzuci seksistowskim tekstem i będzie oczekiwać poklasku. Wiem, że takich osób jest sporo, że należy odpłacić im po prostu ciętą ripostą i nie brać sobie takich „dobrych rad” do serca. Jednak gdy regularnie słyszy się tego typu wypowiedzi, gdy podobne treści znajduje się w mediach, filmach i właściwie wszędzie, trudno sprawić, by ten przekaz nie trafiał do nas choćby podprogowo.

Wszyscy jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu ofiarami kultu młodości i wszystkim zdarza nam się być na jego usługach. Czasem nawet nie uświadamiamy sobie, że pomagamy utrzymać niezdrowy stan rzeczy. Przecież takich „dobrych rad”, jak wspominany wyżej chłopak, równie często kobietom udzielają kobiety. Jedne z wielką satysfakcją, bo przyjemność da im wbicie komuś szpilki. Inne, myślę, że nawet bez złych intencji. Tu przypomina mi się na przykład moja babcia, która ubolewa nad tym, że miała nadzieję, że doczeka się już prawnuków, a tymczasem ja, choć ponad ćwierć wieku mam na karku, wcale o dzieciach nie myślę i w sumie jestem już dla niej praktycznie starą panną.

Może nic dziwnego, że same czasem nazywamy się starymi, skoro wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że młodość mamy już za sobą. Niby mówi się, że trzydziestka to nowa dwudziestka a czterdziestka to nowa trzydziestka. Tylko czy rzeczywiście tak myślimy i stosujemy tę zasadę wobec obydwu płci? Choć w ubiegłorocznej kampanii Céline można było zobaczyć osiemdziesięcioletnią Joan Didion, a wielkie domy mody coraz częściej współpracują z kobietami po 40. czy 50. roku życia, które mogą pochwalić się osiągnięciami zawodowymi i ciekawą osobowością, statystyki mówią swoje. Denise Lewis, pracująca na Uniwersytecie w Georgii, przeanalizowała w roku 2011 wiek kobiet, których zdjęcia pojawiają się w amerykańskich magazynach poświęconych modzie. Fotografie modelek czy gwiazd po 40. roku życia stanowiły zaledwie około 8 procent wśród wszystkich fotografii zamieszczanych w tytułach. A nawet gdy już pokazywano kobiety po czterdziestce, starano się, by na swój wiek nie wyglądały. Tam, gdzie kończyła się stereotypowo postrzegana młodość, tam zaczynało się pole dla magii Photoshopa. Co więcej: średnia wieku przedstawianych w magazynach modelek wynosiła 22 lata.

Nie inaczej jest w świecie filmu. Audrey Hepburn, urodzonej w roku 1929, na ekranie partnerowali mężczyźni nieraz o całe dekady starsi. W „Sabrinie” Humphrey Bogart (1899), w „Rzymskich wakacjach” Gregory Peck (1916), w „Zabawnej buzi” Fred Astaire (1899), w „My Fair Lady” Rex Harrison (1908) i tak można by wymieniać dalej. Łatwo stwierdzić, że mowa przecież o filmach z lat 50. i 60. No tak, tylko w ubiegłym roku Maggie Gyllenhaal zdradziła, że gdy miała 37 lat odmówiono jej roli, bo stwierdzono, że jest za stara, by grać partnerkę 55-letniego mężczyzny. Pod wpływem tej mocnej wypowiedzi za badanie różnic w wieku aktorów i aktorek pokazywanych jako para na ekranie zabrał się Stephen Follows – producent filmowy i scenarzysta. Przeanalizował 422 filmy nakręcone między rokiem 1984 a 2014. Okazało się, że statystycznie różnica między grającym główną rolę aktorem a aktorką wynosiła 4,5 roku. To nie aż tak dużo. Średnia jednak niewiele nam mówi, bo znacznie bardziej niepokojący jest fakt, że o ile młodsi aktorzy, przed 30. rokiem życia, przeważnie parowani są z aktorkami w podobnym wieku, o tyle starsi dostają już znacznie młodsze partnerki. Znacznie, znacznie młodsze. Ekranowe dziewczyny Richarda Gere'a były od niego średnio 18 lat młodsze, Roberta Redforda o 20. Podobnymi statystykami mogą „pochwalić” się praktycznie wszyscy najlepiej zarabiający aktorzy w Hollywood. Dla nich kariera często zaczyna się po trzydziestce, dla kobiet to już równia pochyła. Z każdym rokiem mają szansę na coraz mniej ciekawych ról, coraz rzadziej pokazywane są jako zmysłowe.

Można stwierdzić, że kino to kino i nikt nie traktuje przedstawianych na ekranie zdarzeń na poważnie. Tylko że to właśnie fikcja kształtuje nasze fantazje i w dużej mierze wpływa na to, jak się postrzegamy, burzy lub podtrzymuje społeczne konwencje. Skoro mówimy o Hollywood, odnieśmy się do Amerykanów. Średnia różnica wieku między mężczyznami a kobietami w związku wynosi tam około 2,5 roku, zgodnie z danymi Pew Research Center z 2010 roku. Tylko, że fantazje kształtują się już zupełnie inaczej. O ile kobiety z każdym rokiem typują starszych partnerów jako tych w idealnym wieku i nie chcą by partner, był od nich znacznie starszy czy młodszy, o tyle mężczyźni między 20. a 50. rokiem życia cały czas za swój ideał uważają partnerkę między 20. a 24. rokiem życia. Z tym że 24 lata to tutaj ekstremum, bo biorący udział w badaniach przeprowadzonych na potrzeby Sky TV mężczyźni w większości roczników wybierali kobiety mające lat równo 20. Jeśliby sugerować się tą tabelą, 25-, 26- czy 27-latka byłaby znacznie za stara dla 50-letniego mężczyzny.

tabelka

Jeśli natomiast w kinie starsza kobieta wiąże się z młodszym mężczyzną, nie jest to sytuacja naturalna, prawie zawsze zahacza o przełamywanie tabu. Nawet ulubione popkulturowe bohaterki kobiet mają problem z wiekiem. Opowieść o Bridget Jones zaczyna się od momentu, gdy ta ubolewa nad tym, że jest już po trzydziestce, a jej życie jest w rozsypce. Dlaczego? Głównie dlatego, że nie ma faceta. Niedługo na ekrany polskich kin trafi trzecia część opowieści o Bridget. Tylko że odtwarzająca główną rolę Renée Zellweger wygląda w niej już jak karykatura swojej postaci. Nie dlatego, że się postarzała, a dlatego, że nie umiała zaakceptować upływu czasu i drastycznie oszpeciła swoją twarz kolejnymi operacjami plastycznymi.

Nawet bohaterki „Seksu w wielkim mieście” nie radzą sobie z wiekiem. Carrie nie chce obchodzić 35. urodzin, Charlotte również „decyduje się” nie być starsza o rok. Nawet pewna siebie, bezkompromisowa Samantha woli ukrywać swój prawdziwy wiek, aby ludzie jej go nie wypominali. To, że młode kobiety nie czują się ze swoim wiekiem dobrze, a czasem wręcz panicznie boją się kolejnych urodzin, nie jest oznaką ich słabości czy niskiej samooceny. To zasługa wszechobecnej w kulturze obsesji na punkcie młodości. Nawet najbardziej spełniona i pewna siebie osoba może zaliczyć gorsze chwile, gdy bombardowana jest zewsząd przekazem, dającym jej znać, że do najmłodszych już nie należy i „w tym wieku” powinna mieć już to, to i to – przeważnie mowa o mężu i dzieciach.

2 jestemy stare sex and the city SATC bridget jones old woman kobiety zycie

Kadr z filmu „Dziennik Bridget Jones”

Wydaje się, że kult młodości oddziałuje bardzo mocno na milenialsów. Jak podawał jakiś czas temu „Business Insider” to właśnie osoby z pokolenia Y używają i planują w najbliższym czasie używać więcej produktów antystarzeniowych i częściej decydują się na operacje mające „zatrzymać czas”, niż dzisiejsi 40- i 50-latkowie. Psychologowie alarmują też, że coraz wcześniej doznajemy kryzysów przypominających kryzys wieku średniego. Tak zwany Quarterlife Crisis, czyli kryzys ćwierćwiecza dotyka coraz więcej 25-latków, ale podobnych symptomów doznają z roku na rok osoby coraz młodsze.

Osiemnastych urodzin wyczekują właściwie wszyscy, ale już na 25., 30., 40. czy 50. już mało kto czeka z utęsknieniem. A przede wszystkim obawiają się ich kobiety. Urodziny, szczególnie te okrągłe – 30. albo 40. – to stres. To pretekst do refleksji nad swoim życiem. Częściej gorzkiej niż słodkiej. Bo zawsze można się do czegoś przyczepić, o coś obwiniać, twierdzić, że do tej pory powinniśmy byli zrobić więcej – więcej zarabiać, więcej osiągnąć, mieć większe mieszkanie, ustatkować się i założyć rodzinę, a może wręcz przeciwnie: po prostu żyć intensywniej. Nie jest trudno narzekać, że niektóre rzeczy nie są dokładnie takie, jak sobie kiedyś wymarzyliśmy. Znacznie trudniej przyznać przed sobą i innymi, że jesteśmy z siebie dumni, nawet jeśli nasze osiągnięcia z pozoru aż tak wielkie się może nie wydają.

Nie dziwi mnie, że czasem mówimy o sobie, że jesteśmy stare. Tylko że za każdym razem, gdy tak się określamy, nawet w żartach, bo tak to zwykle bywa, dajemy przyzwolenie na to, by kultura patriarchalna miała nad nami władzę, stajemy się na moment bezbronnymi konsumentkami, którym można wcisnąć wszystko, poddajemy się z automatu presji otoczenia i stereotypom, zatracając własne ja. Słowem „stara” często zastępujemy znacznie bardziej adekwatne słowo „dojrzała”. Mówimy na przykład, że jesteśmy już za stare na takie gierki, za stare na takie imprezy albo przenoszenie się z mieszkania do mieszkania. Na nic nie jesteśmy za stare. Możemy robić wszystko, na co mamy ochotę. Tylko rzecz w tym, że pewnych rzeczy nie chcemy już robić, bo po prostu z ich wyrosłyśmy. To wybór, a nie kwestia konieczności. Mimo wszystko dojrzałość niesie za sobą znacznie więcej korzyści niż wad. Bo która z nas rzeczywiście chciałby mieć znowu 16 lat? Zmagać się z buzującymi hormonami, nie wiedzieć, jak radzić sobie w relacjach międzyludzkich, nie mieć jeszcze żadnego doświadczenia zawodowego? Ja bym nie chciała.

Fot. youtube.com