W artykułach z cyklu „Muzy” przyglądamy się bliżej kobietom niepokornym, które nie boją się iść pod prąd. Żeby sprawiedliwości stało się zadość, postanowiliśmy robić zbliżenie również na mężczyzn, w ramach cyklu „Idol”. Na pierwszy ogień idzie Devendra Banhart.

Nigdy nie bał się ryzykować. Można nazywać go ekscentrycznym czy impulsywnym, można posądzać o szaleństwo albo po prostu stwierdzić, że jest odważny. Banhart zaczął śpiewać już jako nastolatek, później zrobił sobie przerwę i studiował sztukę w San Francisco. Zrezygnował jednak z dalszej edukacji i ruszył w trasę koncertową. Gdy wylądował w Nowym Jorku, pomieszkiwał byle gdzie – w opuszczonych budynkach, skłotach, u znajomych. Liczyło się tworzenie. Dziś ma już własne mieszkanie w Nowym Jorku, ale rock & roll nie wyparował mu z krwi. Wciąż potrafi postawić wszystko na jedną kartę. Tak było, gdy poznał Anę Kras, która dziś jest modelką i gwiazdą designu. Ale zanim to nastąpiło, Kras została wysłana do Devendry, by zrobić mu zdjęcia do wywiadu. Podobno pierwsze, co zrobił Banhart, kiedy ją zobaczył, było oświadczenie się jej. Ana z początku była oburzona jego bezpośredniością, ale szybko zmieniła zdanie. Miała spędzić w jego mieszkaniu kilka godzin, a zamiast tego właściwie momentalnie się wprowadziła.

Muzyk, bard, hipster, szaman, artysta, współczesny poeta, wokalista, skandalista – różnie mówi się o Banharcie i nic dziwnego, bo rzeczywiście trudno przypiąć mu jakąś jedną metkę. W końcu nawet jego muzykę trudno zaklasyfikować. Najczęściej pisze się, że Devendra nagrywa freak folk albo indie rock, choć wokalista nie znosi, gdy dziennikarze używają tych sformułowań. W jego piosenkach usłyszymy zarówno wpływy popu i glam rocka, jak i muzyki hinduskiej oraz latynoskiej. Ważną częścią mieszanki są też nawiązania do muzyki popularnej z lat 60. i elektroniczne brzmienia. Banhart jest mistrzem czerpania z estetyki retro – zarówno muzycznie, jak i wizualnie – i nadawania jej współczesnego, autentycznego rysu.

devendra banhart shopping muza music muzyka tiger david shrigley atelier cologne orange beams plus radio bolero

1. Radio Bolero 3281 z lat 60. / Yestersen 390 zł, 2. woda perfumowana Atelier Cologne Orange Sanguine / Sephora 419 zł za 100 ml, 3. koszula w kratę Beams Plus ok. 400 zł, 4. szkicownik Claire Fontaine Goldline Travel Book / sklep dla plastyków Tinta 43 zł, 5. kredki Flying Tiger x David Shrigley 10 zł

Można stwierdzić, że co za dużo, to niezdrowo; że muzyk stara się swoją twórczość zlepić z podpatrzonych u innych artystów elementów. Nic bardziej mylnego. Banhart jest bardzo konsekwentny, a ta różnorodność słyszana na jego płytach jest częścią składową jego kulturowego DNA. W końcu ojcem Devendry był Amerykanin, matką Wenezuelka. Artysta pierwsze imię odziedziczył po hinduskim bogu, drugie po… Obi-Wanie Kenobim. Zaliczył mieszkanie w Teksasie, Wenezueli, San Francisco, Paryżu, Maroku, Nowym Jorku… Ma duszę nomada. Albo hipisa, jak kto woli.

Devendra śpiewa po angielsku, ale też po hiszpańsku czy hebrajsku. W poprzednim wcieleniu mógłby być antropologiem, bo od zawsze fascynują go inne kultury. Chętnie pewnie urodziłby się też w innych czasach, bo ma słabość do wszystkiego, co analogowe. Piosenki Amerykanina są mroczne, narkotyczne, melancholijne. Zdarza mu się w ich tekstach wcielać w kobietę, zdarza opowiadać o związkach homoseksualnych, o fetyszach i perwersjach. W wywiadach wśród inspiracji wymienia między innymi Johna Cage’a, Nirvanę, Oasis, Guns N’ Roses, Blur, Pulp, Orange Juice, Grace Jones, Scotta Walkera i Norah Jones. Lista jest długa. I różnorodna. Pewnie nie powinno to dziwić. A Banhart przyznaje, że sam jako nastolatek, czytając wywiady z ulubionymi twórcami, chciał wiedzieć, czego oni słuchają. Dziś w większości rozmów z dziennikarzami opowiada więc o swoich gustach. Nawet godzinami. I puszcza rozmówcom piosenki. Wywiady z Devendrą przeważnie do krótkich nie należą.

Ma na koncie 8 płyt, właśnie swoją premierę ma dziewiąta – „Ape in Pink Marble”. Banhart nie ogranicza się jednak tylko do muzyki. Projektuje okładki swoich płyt, rysuje, fotografuje. Jego prace zaczynają pokazywać tak prestiżowe placówki jak Muzeum Sztuki Współczesnej w Los Angeles. O Banharcie z pewnością będzie jeszcze głośno, choć jego twórczości do mainstreamu daleko. A na razie warto się przyjrzeć jego najnowszemu krążkowi.

Fot. opracowanie graficzne Małgorzata Stolińska dla enter the ROOM