Podczas gdy Polki protestują przeciwko całkowitemu zakazowi aborcji forsowanemu przez obecne władze, ich francuskie koleżanki z niedowierzaniem patrzą na sytuację w Polsce i gorąco wspierają je w tej niezwykle ważnej walce. W ojczyźnie Simone Veil, dzięki której aborcja jest tu legalna od 1975 roku, prawo kobiety do decydowania o własnym ciele nie budzi już większych kontrowersji, poza marginalnym środowiskiem moralnych radykałów, ale Francja boryka się dzisiaj z innymi problemami natury feministycznej.

W 2016 roku szczególnie istotne okazały się dwa z nich – dyskutowany od dawna i prowokujący liczne konflikty projekt ustawy o penalizacji klientów korzystających z usług prostytutek oraz tzw. afera burkini, w której zwolennicy i przeciwnicy zakazu licytują się na argumenty religijne i feministyczne, mieszając je bezpardonowo i ze szkodą dla obu stron. Zanim jednak szerzej o tym, jak prawa kobiet stały się orężem w walce politycznej (ku zaskoczeniu opinii publicznej, używanym najchętniej przez radykalną prawicę!), warto zatrzymać się chwilę na ustawie skierowanej przeciwko osobom korzystającym z usług seksualnych przegłosowanej przez francuski parlament w kwietniu tego roku.

Mimo że oficjalnie prostytucja we Francji nadal nie została całkowicie zdelegalizowana, przyjęte prawo stanowi ogromny krok w stronę zdjęcia z prostytuującej się kobiety odium przestępstwa i przeniesienia odpowiedzialności na klienta, czyli w przygniatającej większości przypadków – mężczyznę. Logika zainicjalizowanego systemu jest prosta: klient, płacąc za usługi seksualne, czy to na ulicy, czy przez internet, finansuje i przyczynia się do rozwoju sieci przestępczych czerpiących zysk z prostytucji, a często również zmuszających do niej kobiety, które w tej „transakcji” są wyłącznie towarem, a nie beneficjentem. Nakładając na nabywców usług seksualnych, jak określa ich prawo, wysokie kary (minimum 1500 euro) francuski rząd ma nadzieję zmusić potencjalnych klientów do zastanowienia się nad procederem, w którym mniej lub bardziej świadomie uczestniczą. Według organizacji działających na rzecz kobiet oraz sporej części polityków nie ma innego sposobu na skuteczne zwrócenie uwagi mężczyzn na okrucieństwo i tragiczne skutki prostytucji dla zmuszanych do niej kobiet. Nowe prawo ma również istotny wymiar symboliczny, ponieważ od teraz to nie prostytuująca się kobieta a klient jest postrzegany jako przestępca, co pozwala na przywrócenie właściwych proporcji i pokazanie kto w tej relacji jest ofiarą finansowo-seksualnego układu, a kto czerpie z niego profity.

Jednak gdy tylko Francji udało się w końcu okiełznać jeden z gorętszych problemów społecznych, jakim była właśnie kwestia penalizacji klientów prostytutek, na światło dzienne wypłynęła „afera burkini”, czyli zakaz noszenia muzułmańskiej, zabudowanej wersji stroju kąpielowego wprowadzony przez lokalne władze w kilkudziesięciu francuskich miejscowościach nadmorskich. W sierpniu świat obiegło zdjęcie kobiety w chuście na głowie na jednej z nicejskich plaż otoczonej przez czterech policjantów kategorycznie egzekwujących od niej „zmianę stroju na adekwatny lub opuszczenie plaży”. Odpowiedź innych krajów Europy Zachodniej była szybka i zdecydowana. Francja, szczycąca się chlubnym mianem kolebki praw człowieka, została oskarżona o dyskryminację, hipokryzję, a nawet bigoterię.

Największe zamieszanie zakaz burkini wywołał jednak w samej Francji, która coraz bardziej niż o swój zewnętrzny wizerunek troszczy się o wewnętrzną równowagę sił między wspólnotami religijnymi zmuszonymi do kohabitacji w cieniu krwawych zamachów terrorystycznych. Nagle okazało się, że obie strony dyskusji, lewica i prawica, używają jako oręża tego samego argumentu, czyli feminizmu, choć każda posługuje się nim i rozumie na inny sposób. Lewicowe działaczki i działacze podkreślali prawo kobiet muzułmańskich do zasłaniania ciała w miejscach publicznych, bez względu na to, czy podejmują tę decyzję z powodów czysto religijnych, czy innego rodzaju. Natomiast politycy i publicyści z prawej strony sceny politycznej, zauważywszy, że argumenty o katolickich korzeniach Francji, czy nawet konstytucyjnej laickości zyskują słaby posłuch, postanowili odbić piłeczkę, sięgając po feminizm jako broń największego rażenia. Tak oto prawa kobiet francuskich do obnażania się na francuskich plażach „zgodnie z tutejszymi obyczajami i kulturą” bronili nie tylko Nicolas Sarkozy wraz z kolegami z partii, ale także Marine Le Pen, liderka radykalnego Frontu Narodowego. Sytuacja ta doskonale obnażyła ich bezradność, ale także absurdalność całej debaty w ogóle.

Ostateczny bilans feministycznej walki we Francji, która rozegrała się na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy okazuje się zatem zerowy. Krok naprzód poczyniony za sprawą przyjęcia ustawy o penalizacji klientów prostytutek został poniekąd przyćmiony instrumentalnym użyciem kobiet i ich praw w dyskusji o burkini. Niemniej, mimo iż w niektórych kwestiach dotyczących prawa i pozycji kobiety w społeczeństwie, Francja nadal ma kilka problemów do rozwiązania, na tle obecnej sytuacji w Polsce wydaje się i tak o lata świetlne dalej w poszanowaniu żeńskiej części społeczeństwa, co jak na dosyć niewielką odległość geograficzną między obydwoma krajami jest szczególnie przygnębiającą konstatacją i powinno dać co niektórym do myślenia.

1 Les femmes franaises women rights strike francja prawa kobiet

Opracowanie graficzne Małgorzata Stolińska dla enter the ROOM