„Zawsze kochałam tajemnice, właściwie od dziecka – zarówno historie oparte na faktach, jak i te zmyślone. W sumie wszyscy je lubią. Myślę, że to właśnie czyni nas ludźmi. Zwierzęta też interesują się tym, czego nie rozumieją, ale poszukują prostych odpowiedzi. Ludzie uwielbiają zagadki dla nich samych, a nie tylko, żeby znaleźć rozwiązanie problemu” – królowa polskiego kryminału archeologicznego, Marta Guzowska, rozmawia z pierwszą damą irlandzkiego thrillera, Taną French. 

Była pani kiedyś aktorką. Podobno trzeba pisać o tym, na czym człowiek się najlepiej zna. Dlaczego nie pisze więc pani o aktorstwie, a tworzy kryminały?

Nie piszę o aktorstwie, ponieważ dla mnie aktorstwo jest fascynujące, kiedy się gra albo kiedy się je ogląda, ale dość nudne, kiedy się o nim czyta. Ale chociaż aktorstwo nie pojawia się jako temat w tym, co piszę, zdecydowanie ma wpływ na to, w jaki sposób piszę. Najważniejsi są dla mnie bohaterowie; to im podlega akcja, a nie odwrotnie. Kiedy się na to wpadnie, pisanie, a zwłaszcza pisanie w pierwszej osobie liczby pojedynczej, co robię prawie zawsze, nie różni się bardzo od aktorstwa. Przez lata, moim zadaniem jako aktorki było wykreowanie postaci – najlepiej żeby to była pełna, trójwymiarowa postać – i działanie całkowicie z jej perspektywy, wprowadzanie widowni do jej świata. Pisanie to tylko przedłużenie tego procesu. Dzisiaj moim zadaniem jest stworzenie narratora i oglądanie wszystkiego jego oczami, filtrowanie wydarzeń przez jego punkt widzenia i opisywanie rzeczywistości jego głosem, aby wciągnąć czytelników do jego świata. Odgrywam rolę mojego narratora na papierze, nie na scenie, ale proces myślowy jest ten sam.

Zawsze kochałam tajemnice, właściwie od dziecka – zarówno historie oparte na faktach, jak i te zmyślone. Większość ludzi je lubi. Myślę, że to właśnie czyni nas ludźmi. Zwierzęta też interesują się tym, czego nie rozumieją, ale poszukują prostych odpowiedzi: czy to jest jadalne? czy to jest niebezpieczne? Jeśli odpowiedz brzmi „nie” albo jeśli tej odpowiedzi nie znajdują, zwierzęta w końcu nudzą się i odchodzą. Ale ludzie uwielbiają zagadki dla nich samych, a nie tylko, żeby znaleźć rozwiązania problemu. W przeciwnym wypadku nikt na świecie nie czytałby kryminałów, ludzie zaglądaliby tylko do pierwszego rozdziału, a potem przewracali kartki do rozwiązania w zakończeniu. Uwielbiamy historie takie jak Mary Celeste albo skrzynia skarbów na Oak Island, tajemnica Kuby Rozpruwacza i UFO, zagadki, których prawie na pewno nigdy nie rozwiążemy.

Ja zawsze doszukuję się zagadek we wszystkim. Pomysł na „Zdążyć przed zmrokiem” wziął się z obserwacji lasu niedaleko stanowiska archeologicznego, gdzie pracowałam. „Bez śladu” zostało zainspirowane historią starej walizki, którą ktoś kiedyś przy mnie wyrzucał. Idea „Portu widmo” narodziła się, kiedy mieliśmy w domu myszy, a na przykład na pomysł „Ściany sekretów” wpadłam po zajrzeniu na stronę PostSecret. Za każdym razem pomysł książki pojawiał się, ponieważ zastanawiałam się, w jaki sposób jakieś miejsce, idea lub obraz, mogą kryć tajemnicę. Dlatego myślę, że to było nieuniknione: kiedy już zaczęłam pisać, to musiały być książki z zagadkami, czyli kryminały. 

 

Dublin to bardzo ważne miejsce dla pani serii nazywanej też czasem „Dublin Murder Squad”. Co takiego jest w Dublinie (oprócz, oczywiście, faktu, że pani tam mieszka), co czyni to miasto takim doskonałym tłem dla powieści kryminalnych? Deszcz? Melancholia? Ludzie?

Chyba jednak najważniejszy jest właśnie fakt, że tam mieszkam. Nie pochodzę z Dublina, ale przeżyłam tu całe moje dorosłe życie Jest to miejsce, które nazywam domem. Dla mnie miejsce, w którym dzieje się akcja powieści jest bardzo ważne: nie tylko dlatego, że tworzy atmosferę, jest także podstawą dla akcji, dla postaci, wszystkiego w książce. Dublin jest jedynym miastem, w którym znam tyle szczegółów: drogi na skróty, slang, poczucie humoru, różnice między akcentami dzielnic, najlepsze miejsca, żeby napić się piwa i najgorsze autobusy, do których nie należy wsiadać po ciemku. To jedyne miejsce, które znam na tyle dobrze, żeby wczuć się w jego rytm i niuanse, i zaoferować je moim czytelnikom. Nie wydaje mi się, żeby udało mi się to samo z innym miastem.

Jednak piszę o Dublinie także dlatego, że go kocham. Kocham go w taki sposób, w jaki kocha się własny dom. Jestem świadoma jego problemów, złoszczą mnie, ale jeśli ktokolwiek z zewnątrz mówi o tym mieście coś złego, natychmiast rzucam się, żeby je bronić. Uwielbiam jego szybki, mroczny, kreatywny humor, ryzykowne żarty, wagę, jaką przywiązuje się tu do przyjaźni i społeczności. Moje powieści, zwłaszcza „Bez śladu” to tak naprawdę miłosne pieśni do Dublina, jego dobrych i złych stron. 

 

Co pani sądzi o wykorzystywaniu powieści kryminalnej jako zwierciadła ukazującego problemy społeczne, tak, jak robią to Szwedzi?

Nigdy nie nastawiam się na to, żeby przekazywać w moich książkach jakieś społeczne przesłanie. Ale myślę, że kryminał, wszystkie jego gatunki, w naturalny sposób odzwierciedlają najważniejsze elementy czasu i miejsca, w jakich są osadzone. Morderstwo to uniwersalna zbrodnia, ale jest modelowana przez społeczeństwo, w jakim się wydarza, jego moralność, priorytety, punkty ciężkości, obawy i mroczne zakątki. Pisze się o morderstwie, którego obawiamy się najbardziej ze wszystkiego, ale sposób, w jaki ten strach się manifestuje, jak jest kształtowany przez czas i przestrzeń. Weźmy na przykład zalew książek o seryjnych mordercach z lat 80. i 90. dwudziestego wieku. Myślę, że były one odpowiedzią na rosnące poczucie izolacji i anonimowości w miastach, gdzie zagrożeniem nie jest osoba ci najbliższa i najdroższa, tak jak w małych miasteczkach Agathy Christie, zagrożeniem jest raczej jakiś bezimienny obcy pozbawiony twarzy. Z kolei jeśli książka jest o morderstwie, które ma podłoże w zazdrości seksualnej, wiesz od razu, że opowiada o społeczeństwie, gdzie seksualna wierność jest wysokim priorytetem i ma na tyle duże znaczenie, że ktoś popełnia najgorszą zbrodnię, kiedy to tabu zostaje złamane. Dlatego książka o morderstwie w nieunikniony sposób opowiada historię o świecie, w którym morderstwo się wydarzyło.

Najwięcej komentarzy społecznych zawiera moja powieść „Port widmo”, ale to akurat nie było zamierzone. Pisałam ją w samym środku irlandzkiego kryzysu ekonomicznego, który zniszczył tak wielką część mojego pokolenia. Ci ludzie myśleli, że robią dobre rzeczy dla siebie i dla swoich rodzin, kupując niedokończone domy w na wpół zabudowanych osiedlach gdzieś na końcu świata za równowartość swojego dziesięciokrotnego dochodu. Wszyscy – bankierzy, politycy, media – mówili im, że to jest właściwa rzecz, właściwie jedyne, co mogą zrobić. A oni postępowali według tych zasad. A potem zasady odwróciły się i dały im kopa w zęby, a oni znaleźli się bez pracy, mieszkając w jakichś nawiedzonych osiedlach bez lamp ulicznych i bez nadziei, że kiedykolwiek się stamtąd wydostaną. My mieliśmy szczęście – podczas okresu dobrej koniunktury nie mieliśmy pieniędzy nawet na szopę, nie wspominając o domu – ale mimo to nie mogłam przestać o tym myśleć: co by to z tobą zrobiło, z twoim postrzeganiem świata. To wszystko wyszło w „Porcie widmo”.

 

A jakie, pani zdaniem, są specyficznie irlandzkie problemy?

Irlandia była skolonizowana przez Brytyjczyków przez 700 lat, pod ich rządami Irlandczycy byli uciskani przez represyjne prawo, kary, niesprawiedliwość i po prostu eksterminowani. Dlatego do dziś Irlandczycy mają mieszany stosunek zarówno w stosunku do władz, jak i do swojej własnej przeszłości. Do tego Irlandia jest bardzo młodym krajem, nie mieliśmy czasu sobie tego wszystkiego poukładać.

Dlatego mamy jakąś dziwną skłonność do ludzi, którzy potrafią obchodzić prawo, nawet jeśli w rezultacie wyrządza nam to krzywdę. Kiedy dowiadujemy się, że jakiś polityk nie płacił podatków lub majstrował przy raportach wydatków albo brał łapówki (korupcja to naprawdę poważny problem w Irlandii), naszą reakcją jest: „O co tyle hałasu? On tylko próbuje znaleźć sposób, żeby oszukać te okropne władze. To przecież dobrze.” Ludzie zapominają, że w tym przypadku „te okropne władze” to tak naprawdę my sami, kraj, to my ponosimy szkodę. Ale jednocześnie czymś nie do pomyślenia byłoby przeciwstawienie się władzom w otwarty sposób albo pociągniecie do odpowiedzialności kogoś, kto u władzy się znajduje.

Mamy też mieszane uczucia co do naszej przeszłości. Odnoszę wrażenie, że nasza przeszłość i nasza przyszłość nie przystają do siebie: jedyny sposób, aby docenić jedną z nich, to zniszczenie tej drugiej. Z drugiej strony ludzie rozpaczliwie czepiają się najgorszych elementów historii Irlandii jako narodu (absolutne rządy Kościoła katolickiego i to jak czynił – i nadal czyni – z wielu ludzi obywateli drugiej kategorii i wszystkie nadużycia, jakich się dopuszcza), ponieważ to jedyna tożsamość narodowa, jaką znają. Powszechne jest poczucie, że przeszłość nie ma wartości i jedyna droga ku przyszłości musi prowadzić poprzez zdeprecjonowanie i zniszczenie tego, co było, więc, na przykład, ludzie niszczą niesłychanie ważne stanowisko archeologiczne, żeby wybudować tam autostradę, która mogłaby przecież biec kawałek dalej. Albo (jak to się dzieje akurat teraz) pozwalają firmie farmaceutycznej zniszczyć osadę sprzed pięciu tysięcy lat, żeby wybudować fabrykę. I jeśli ktoś próbuje protestować, politycy i deweloperzy krzyczą, że ta osoba nie chce dopuścić do powstawania miejsc pracy, próbuje zahamować dobrobyt, próbuje zatrzymać cały XXI wiek. Dla nas nie ma sensu utrzymywanie równowagi między przeszłością i przyszłością. 

Według mnie to właśnie bohaterowie, a nie morderstwa, stanowią prawdziwe sedno książek. 

Przejdźmy od polityki do kryminalistyki. W pani książkach znajdziemy wiele detali dotyczących pracy policyjnej, odnosi się wrażenie, że obserwowała pani pracę policji uważnie i z bliska. W jaki sposób zbiera pani materiały do powieści?

Mam ogromne szczęście: znam emerytowanego detektywa, który bardzo hojnie dzieli się ze mną swoim czasem i doświadczeniem. Przez ostatnich 10 lat nie tylko odpowiadał na najrozmaitsze pytania, także sam z siebie opowiadał mi historie, które pozwoliły mi lepiej wczuć się w atmosferę, uczucia i w ogóle w to, jak to właściwie jest być policjantem. To on odpowiada za prawie wszystko, co w moich powieściach dotyczy pracy policji.

Pozwalam sobie jednak na dużą swobodę, jeśli historia, którą piszę, tego wymaga. Aby podać najbardziej oczywisty przykład: nie ma już w Irlandii zespołów policjantów rozpracowujących morderstwa. Ale w małym, elitarnym, ściśle ze sobą związanym zespole powstaje o wiele bardziej gęsta atmosfera niż w wielkiej grupie, więc po prostu wymyśliłam taki zespół. Inny przykład: tak naprawdę policjanci spędzają większość swojego czasu na robocie papierkowej, ale ponieważ uważam, że w powieści jest to tak samo nudne jak w prawdziwym życiu, po prostu to opuszczam i pozwalam moim detektywom spędzać cały ich czas na bardziej interesujących zajęciach. Ale oprócz tych zmian, które uważam za konieczne, staram się być tak dokładna, jak to tylko możliwe. 

 

Czytelnicy pani powieści bardzo szybko (mnie przytrafiło się to już przy trzeciej książce) traktują dublińskich policjantów jak bardzo bliskie sobie osoby. Zagadka zagadką, ale łakniemy szczegółów z ich życia prywatnego. Czy to zamierzony efekt? 

Dla mnie prawdziwą zagadką nie jest to, kto popełnił morderstwo. Morderstwo jest tylko katalizatorem, który pozwala rozpocząć podróż do prawdziwej tajemnicy: dramatu, który rozgrywa się w głowach naszych postaci. Między innymi dlatego w każdej powieści zmieniam narratora. Interesuje mnie sprawa mająca ogromny osobisty wpływ na detektywa, który ją rozwiązuje, sprawa, która zmienia w nim lub w niej wszystko, nie tylko na poziomie zawodowym, ale też na poziomie psychologicznym. W mojej najnowszej, niewydanej jeszcze po polsku powieści „The Trespasser” sprawa, którą prowadzi Antoinette Conway zmienia ją samą i jej związki ze światem.

Jestem szczęśliwa, kiedy czytelnicy traktują moich bohaterów jak bliskich przyjaciół albo kiedy chcą się czegoś więcej dowiedzieć o moich postaciach. To dla mnie najlepszy komplement. Ponieważ według mnie to właśnie bohaterowie, a nie morderstwa, stanowią prawdziwe sedno książek. 

 

Kładzie pani duży nacisk na stronę psychologiczną: skomplikowaną naturę postaci, ich dylematy i motywacje. Dlaczego psychologia tak panią fascynuje? Nie jest pani chyba ekspertką w tej dziedzinie?

Nie, nie jestem. Czytam sporo na ten temat, a nawet, kiedy byłam jeszcze w college’u, zapisałam się na kurs psychologii, ale ekspertką na pewno nie jestem. Ale dla mnie ludzie są fascynujący i tajemniczy i zdumiewający. Fascynuje mnie to, w jaki sposób różni ludzie widzą świat, jak rozmaitych rzeczy od niego chcą, w jak odmienny sposób są gotowi osiągnąć te rzeczy. Myślę, że podstawowa empatia – umiejętność wczucia się w punkt widzenia drugiej osoby, potraktowania go jako ważny i prawdziwy, i dania czytelnikom (oraz widowni) szansy zobaczenia świata oczami innej osoby – to prawdziwa funkcja sztuki. Dlatego tak bardzo się staram zrobić to jak najlepiej.

Myślę, że jedną z przyczyn, dla których piszę kryminały (a inni ludzie czytają ten gatunek) jest próba poradzenia sobie z rzeczami, których nie rozumiem. Jedna z najważniejszych to – oczywiście – w jaki sposób zwykła, nie jakaś zła, nie psychopatyczna osoba, może dość do punktu, w którym on lub ona chce odebrać komuś życie. Więc skupiam się na ludzkich zachowaniach: co może doprowadzić konkretną osobę do takiego ekstremum, co powoduje, że ktoś staje się słaby lub silny, w jaki sposób ludzie mogą utracić samych siebie. 

 

Wszyscy pani detektywi mają w jakiś sposób spieprzone życie. Czy wierzy pani, że możliwe jest napisanie dobrej powieści kryminalnej ze szczęśliwym detektywem?

Osoba, która jest dokładnie tym, kim chce być i osiągnęła dokładnie to, co chciała osiągnąć, nie jest zbyt interesująca. Pod względem dramaturgicznym to jak patrzenie na faceta siedzącego na sofie, jedzącego czipsy i grającego w gry na Xboxie: miły, szczęśliwy, no i co z tego? To donikąd nie prowadzi. Interesujące są postaci, które zmagają się z przeciwnościami, które są powstrzymywane przez czynniki zarówno zewnętrzne, jak i wypływające z nich samych.

W powieści kryminalnej te czynniki zewnętrzne są naturalnie dość silne: nie ma wyższej stawki niż życie, śmierć, prawda i sprawiedliwość. W kolei wewnętrzne czynniki to powód dlaczego moi narratorzy są zranieni: czasowo lub na całe życie. Większość ludzi taka jest, w taki czy inny sposób; próbują sobie radzić z tymi skazami, albo z nimi walcząc, albo je przyswajając, albo nad nimi pracując, albo udając, że ich nie ma. A moje książki opowiadają o tych przypadkach, które zmuszają narratora do stanięcia z własną skazą, z własnym problemem twarzą w twarz. O przypadkach, w których nie można własnych problemów utrzymać pod kontrolą. Bohaterowie muszą się z nimi skonfrontować, albo przejść nad nimi do porządku dziennego, albo pozwolić im na siebie wpłynąć. To właśnie jest dla mnie o wiele bardziej interesujące i satysfakcjonujące niż czytanie o ludziach, którzy żyją w ładzie sami ze sobą. 

 

A co w takim razie z pisarzem? Czy wierzy pani w to, co powiedział Flaubert: „Prowadź życie spokojne i uporządkowane jak mieszczuch, żebyś mógł być gwałtowny i oryginalny w pracy”?

Pewnie różnie to jest z różnymi pisarzami. Ja z pewnością nie wierzę w starą kliszę, według której artysta musi być udręczoną duszą i że jego praca jest gorsza, jeśli prowadzi spokojne, szczęśliwe życie. Podstawą całego procesu pisania jest wyobraźnia: jeśli jej nie masz, kiedy twoje życie jest spokojne, nie będziesz jej miał, też wtedy, kiedy będziesz żył chaotycznie. Osobiście nie nazwałabym mojego życia uporządkowanym i regularnym (mam małe dzieci i zero umiejętności organizacyjnych), ale z pewnością piszę o wiele lepiej i więcej, jeśli nie muszę tracić energii mózgu do rozwiązywania problemów w prawdziwym życiu.

Dziękuję za rozmowę! 

1 ksiazka wywiad tana french wiem kto go zabi albatros

Fot. materiały prasowe Wydawnictwo Albatros