Bezkompromisowe, wymagające, odmienne? Tylko dla wybranych. Z dala od mainstreamu. Perfumy niszowe! A co gdy wybrańców jest coraz więcej? Czy nisza może się umasowić i czy należy nad tym rozpaczać? W ogromie niszowych nowości wyławiamy ciekawostki i olśnienia.

Czy dwucyfrowy wzrost sprzedaży na rynku niszowym to powód do radości czy raczej przekleństwo? Portal Pret-a-Reporter.com donosi, że rynek niszowych zapachów unisex wzrósł w ostatnim roku o 24 procent. „Pięć lat temu na rynku debiutowało mniej niż 200 niszowych zapachów. Tylko w ostatnim roku ta liczba wzrosła do 1000, a 950 z niszowych premier było zapachami bez klucza płci” – powiedziała portalowi Amy Bourne, dyrektor marketingu na Amerykę Północną IFF (International Flavors and Fragrances). Nisza ma się więc dobrze. Ale czy nie za dobrze? Z definicji, choć ta nie dla każdego jest jednoznaczna, zapachy niszowe powinny być trudno dostępne, produkowane w małych seriach dla niewielkiej liczby odbiorców, powinny stronić od reklamy i nie przymilać się masowym gustom. Rzeczywistość rynkowa dobitnie weryfikuje powyższe kryteria. Coraz więcej osób chce pachnieć niebanalnie, ambitnie i w dobrym stylu. Coraz więcej konsumentów, szczególnie w dużych ośrodkach miejskich, najzwyczajniej interesuje się tematyką zapachów i aspiruje do noszenia kompozycji niszowych rozczarowana monotonią oferty mainstreamowej. Bo co oferuje kobiecie mainstream oprócz kwiatów, owoców i słodyczy? Niewiele. Wielbicielki nut drzewnych, skórzanych czy kadzidlanych raczej nie mają tu czego szukać. Choć ociera się to o banał, winnym” upowszechnieniu niszy jest internet. Teraz prawie wszystko jest dostępne przy pomocy jednego magicznego kliknięcia. Świetnie, łatwo, wygodnie, ale, szczególnie w przypadku zapachów, nic nie zastąpi nieśpiesznego, osobistego procesu poznawania perfum w towarzystwie eksperta, który nie naciska do zakupu czegoś z najnowszej promocji, a raczej pyta, inspiruje i podpowiada. Kryterium cenowe też nie odgrywa już tak wielkiej roli. Wielbiciele perfum są gotowi kupować rzadziej i drożej, ale za to pachnieć lepiej i... dłużej. W szeroko pojętej niszy jesteśmy też w stanie znaleźć dziś zapachy, które cenowo nie odbiegają aż tak bardzo od luksusowych marek mainstreamu. I tu pojawia się kwestia wielości perfumeryjnych kategorii i pojęć. Czy nisza to to samo co produkt luksusowy? Czy drogo zawsze znaczy niszowo? Czy produkt nad którym opiekę” przejęła duża, międzynarodowa korporacja pozostaje nadal niszowym?

Przykładów tego ostatniego zjawiska mamy coraz więcej. Marki Frederic Malle i Le Labo wchłonął koncern Estee Lauder. Hiszpańska grupa Puig poszerzyła swą ofertę prestige o dwie kultowe, i niszowe do niedawna, marki brytyjski Penhaligon’s i francuski l’Artisan Parfumeur. W tym roku niszowa francuska marka Atelier Cologne wzbagaciła portfolio światowego giganta L’Oreal. Co oznacza to dla wielbicieli perfum? Zdecydowanie łatwiejszą dostępność, wkraczanie na nowe rynki i bardziej rozbudowaną promocję. Obawę stanowi zawsze jednak fakt, czy sprzedażowy podbój nie odbędzie się kosztem jakości, niezależności i inwencji. Fanom marek pozostaje czekać i trzymać kciuki, by ich ulubionych zapachów nie dotknęła ręka złowrogiej reformulacji.

Dwa razy do roku wielbiciele zapachów z całego świata ściągają do Włoch na wielkie święta artystycznej perfumerii. Wczesną wiosną w Mediolanie odbywają się targi Esxence, natomiast we wrześniu we Florencji miejsce ma, wyrosła wokół tradycji Pitti Uomo, ekspozycja Pitti Fragranze. Obie imprezy są okazją do zaistnienia dla nowych, niezależnych twórców (indie, artisan perfumers), a dla marek zadomowionych już na rynku do zaprezentowania nowych produktów, linii i konceptów. Tych pierwszych i tych drugich z roku na rok jest coraz więcej. Florenckie, odbywające się po raz dwunasty targi w tym roku zgromadziły ponad 270 wystawców, od tak uznanych marek jak Molinard czy Robert Piguet po nowych graczy w branży jak 27 87 Perfumes czy Mad et Len. Ogrom nowości prezentowanych na arenie międzynarodowej przekłada się na niespotykanie szeroką jak dotąd ofertę polskich niszowych perfumerii, które również pojawiają się jak grzyby po deszczu i nie ograniczają się już tylko do stolicy. Latem tego roku swoją kolejną perfumerię, tym razem w Gdańsku, otworzyło warszawskie GaliLu, w Łodzi powstała autorska i mieszcząca się w zabytkowej kamienicy perfumeria Impressium, a poznański barbershop Hunk zaprezentował lokalnej klienteli zapachowy przekrój klasycznie już niszowej marki Comme des Garçons. Na warszawskiej mapie odnotowaliśmy powstanie wyjątkowego concept storu Sen Nocy Letniej, który pośród wnikliwie wyselekcjonowanej oferty łączącej świat sacrum i profanum, prezentuje nowe na polskim rynku marki perfumeryjne takie jak Roads, Agonist, Extrait d’Atelier czy Harvé Gambs.

1 zapachy premiera agonist diptyque loccitane commdesgarcons byredo louisvuitton helmutlang

1. Diptyque, Essences Insensées (100 ml/650 zł, GaliLu) kwiatowy, 2. Olivier Durbano, Lapis Lazuli (100 ml/695 zł, Quality) – drzewno-aromatyczny; 3. Helmut Lang, Cuiron (100 ml/675 zł, MoodScentBar) skórzany; 4. Comme des Garcons, Blackpepper (100 ml/475 zł, HUNK Barber&Scent) – korzenno-drzewny; 5. Affinessence, Vanille-Bejoin (100 ml/1350zł, GaliLu) drzewny; 6. Jeroboam, Origino (30 ml/398 zł, Quality) – drzewno-kwiatowo-piżmowy; 7. Nicolaï, Patchouli Intense (100 ml/697 zł, Impressium) – szyprowy; 8. L’Occitane en Provence, Ambre (75 ml/249 zł) – orientalno-drzewny; 9. Byredo, Unnamed EDP (100 ml/675 zł, GaliLu) – kwiatowo-drzewny

Jak spośród tak ogromnej oferty wybrać coś naprawdę oryginalnego i nadal niszowego? Do jakich sposobów uciekają się twórcy, by przyciągnąć czułego na olfaktoryczne doznania klienta i prześcignąć konkurencję? Jednym z ciekawych zabiegów jest prawo serii. Perfumerii niszowej obce (póki co) jest pojęcie niezliczonych flankerów, czyli kolejnych wersji wylansowanego już zapachu; istnieją natomiast oferowane z czasową regularnością serie, na które konsumenci czekają kupieni dotychczasowym oryginalnym pomysłem, wysoką jakością czy ogólnie rzecz biorąc wizerunkiem marki. I tak francuski twórca Olivier Durbano każdego roku we wrześniu dorzuca kamyk do swojej perfumeryjnej gamy zwanej, nomen omen, Parfums de Pierres Poéms. Najnowszym, dwunastym kamieniem-inspiracją Durbano jest lapis lazuli. To jemu i rozgwieżdżonemu niebu poświęcił swój najnowszy zapach o tej samej nazwie i intensywnie niebieskiej barwie. Lapis Lazuli jest przede wszystkim aromatyczny – pierwsze skrzypce grają tu tymianek i bylica orzeźwione nutami cyprysu i róży. Jego głębia brzmi jednak żywicznie i słodko za co odpowiadają goździki (przyprawa), balsam tolu i dym elemi. Od momentu wydania Collection 34, Diptyque co roku wybiera wyjątkowy plon i dedykuje mu określony zapach. Po jaśminie i mimozie, w 2016 roku zwycięzcą zostało pole róż stulistnych w Grasse, które zainspirowało Fabrice'a Pellegrina do stworzenia Essences Insensées osnutego właśnie wokół róży. Kompozycja łączy kultowy prowansalski kwiat z nutami miodu i czerwonych owoców, które dodają całości woskowatości i soczystego charakteru. Na uwagę zasługuje wyprodukowany przez firmę Waltersperger onyksowy flakon z pompką, który swoją geometrycznością przypomina doskonale oszlifowany, cenny klejnot. Kto z prawdziwych perfumoholików nie kojarzy kultowych już flakonów w kształcie otoczaków od Comme des Garçons? W tej serii po zielonym Amazingreen, drzewnym Wonderwood, agarowym Wonderoud i śliwkowo-balsamicznym Floriental przyszedł czas na premierę z czarnym pieprzem w roli głównej. Bądźcie pewni, że pierwsze nuty Blackpepper zakręcą was w nosie do granicy kichania, ale po chwili zapach zachwyci zaskoczony nos komfortowymi nutami cedru, paczuli i drewna agarowego. Żaden fan Comme des Garçons nie powinien być zawiedziony!

Ciekawą strategią obieraną przez niektóre marki niszowe jest budowanie całej kolekcji wokół jednego kluczowego składnika lub grupy składników. Firma z perfumeryjnymi tradycjami sięgającymi lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku – Perfumer’s Workshop – lansuje swoją ekskluzywną kolekcję o nazwie Amouroud. Nazwa nie pozostawia wątpliwości – twórcy naprawdę kochają drzewo agarowe i zawarli je w każdym z dziesięciu zapachów wchodzących w skład linii. Ale, jakże osławiony i wyeksploatowany już, oud jest tu użyty w ciekawy sposób. Nie kradnie całego show (do czego ma przecież idealne predyspozycje), a raczej uwydatnia i upiększa pozostałe nuty danej kompozycji. Cztery dostępne w Polsce zapachy to oudowa kooperacja z różą, maliną i suszoną śliwką (Oud de Jour), czarną orchideą (Dark Orchid), skórzanym szafranem (Safran Rare) i miękkim sandałowcem (Santal des Indes). Piżmo jako sygnaturową nutę obrała natomiast marka Jeroboam. Jej twórca François Hénin – miał zawsze problem z tą nutą. Po prostu jej nie czuł. Poprosił więc niezależną artystkę-perfumiarkę, Vaninę Muracciole o stworzenie zapachu, co do którego piżmowości sam mógł dobitnie się przekonać. Tak powstało kwiatowo-drzewno-piżmowe Origino z nutami pieprzu, gałki i oczywiście zmysłowego białego piżma. Origino (Początek), podobnie jak nazwy pozostałych czterech zapachów Jeroboam wywodzą się z Esperanto (Haŭto – skóra, Oriento – wschód, Miksado mieszanie). Same zapachy podane są w prostych, czarnych flakonach o pojemności 30 ml  i mają koncentrację ekstraktu perfum. Sophie Bruneau – założycielka marki Affinessence – również kocha mocne nuty, ale nie ogranicza się tylko do jednej. Mówi wprost: uwielbiam wszystkie nuty bazy! Z tej miłości powstała kunsztowna kolekcja oparta wyłącznie o esencje wykorzystywane tradycyjnie w nutach bazy. Zapachy Affinessence są w konsekwencji szalenie głębokie, przejmujące i długotrwałe, działają mocno na zmysły osoby noszącej i otoczenia. W kolekcji znalazły się cztery zapachowe mariaże – Cedre-Iris, Patchouli-Oud, Santal-Basmati i nasz ulubiony łączący wanilię tahitańską i syjamski benzoes – Vanille-Benjoin

Myśląc o klasycznie niszowych nutach, jako jedne z pierwszych do głowy przychodzą kadzidło i irys. Czasem szorstkie, często nie od razu przyjemne, potrzebują czasu i odważnego nosa, by w pełni zachwycić. Również w tym sezonie nie zabrakło ich w zapachowych premierach z dopiskiem niche. Prawdziwym klasykiem i wyznacznikiem kadzidlanej doskonałości był stworzony przez Jamesa Heeley’a Cardinal. W dziesięć lat po swojej premierze ten wyniosły, sakralny i tajemniczy zapach doczekał się swojego… bardziej przyjaznego brata. Mająca koncentrację ekstraktu perfum kompozycja Eau Sacrée jest ewidentnie kadzidlana, ale patos tego, skądinąd przepięknego, składnika oswajają goździki, gałka muszkatołowa, pieprz, ambra, opoponax i drzewo sandałowe. Zafascynowana tarotem i planetami twórczyni marki MendittorosaStefania Squeglia – w swojej ostatniej kreacji oddaje hołd planecie Neptun i pisze odę do nocnego irysa. Nazywa ją Nettuno. Wykorzystane we flakonie elementy lustra to odniesienie do planetarnego lustra odwzorowującego naszą nieograniczoną wolność i dwoistość.  Sam zapach również nie stawia sobie żadnych ograniczeń. Jego złożona, podwójna lustrzana natura to rezultat połączenia kwiatów, słodkiej róży, komfortowych i pudrowych akordów irysa, piżma i skóry z rzadką odmianą błękitnego imbiru. Twarzą zapachu została kanadyjska transseksualna modelka Tresor Prijs, którą aparat uchwycił w iście kosmicznej odsłonie.

Jakie inne marketingowe chwyty stosują twórcy niszowych wonności? Całkiem niedawno jedna z marek zachęcała nas do ozdabiania perfum swoim własnym selfie, teraz możemy zapachowi sami nadać nazwę. Szwedzka marka Byredo, bo o niej tu mowa, świętuje dziesięciolecie swojej twórczości bezimiennym zapachem – Unnamed Perfume. Jak mówi Ben Gorham – założyciel marki - głównym wątkiem projektu była subiektywna natura perfum. Danie ludziom możliwości zakomunikowania, czym jest dla nich zapach. W dosłowynym tego słowa znaczeniu. Dołączony do zapachu szablon z literami i rysik pozwolą każdemu nadać idealną nazwę kompozycji zbudowanej z nut ginu, łodygi irysa, fiołka, mchu i balsamu jodłowego. Litery wychodzą też na pierwszy plan zapachów innej szwedzkiej marki niszowej, która od niedawna gości na polskim rynku – Agonist. Inspirowane światem kamieni perfumy kreatywnej pary Christine and Niclas Lydeen umieszczono w minimalistycznych flakonach, na przodzie których literowy matrix informuje nas o wszystkich użytych w kompozycji nutach. Ciekawy zabieg podkreślający fakt, że w prawdziwie niszowych perfumach kluczem jest składnik i jego odpowiednie umiejscowienie. Zapachy to idealne narzędzie do kreowania naszego alter ego, a ich twórcy doskonale zdają sobie z tego sprawę. Włoska marka Nobile 1942 w dwóch ostatnich kreacjach pozwala nam wcielić się w dwa symboliczne archetypy. Rudis to drewniany miecz, którym władali rzymscy gladiatorzy, symbol siły, bohaterstwa i męstwa. Wszystko to znajdujemy w skrytym w czerwonym flakonie zapachu – męskie trunki, krew, skóra, pot i ziemisty pył. Kobietom marka proponuje zaś wcielenie się we współczesną czarownicę. Zainspirowana tą historycznie-mistyczną postacią kompozycja kreuje wizerunek nowoczesnej białej czarownicy, która swą  niejednoznaczną naturę oddaje przy pomocy dwoistości głównego składnika perfum – osmantusa. Malia oczarowuje jego świeżością i niewinnością by za chwilę wydobyć bardziej tajemnicze i odurzające oblicze kwiatu wzmocnione przyprawami i cielesnymi piżmami. Bardziej przyziemnie do sprawy podchodzi zupełnie nowa włoska marka Extrait d’Atelier. Przyziemnie, ale z najwyższą pieczołowitością. Trzy zapachy marki to hołd oddany tradycyjnemu rzemiosłu i próba oddania atmosfery pracowni jubilerskiej, zakładu krawieckiego i atelier szewca. Ten ostatni Maitre Chausseur –  to narzędzia i skóry ustawione wzdłuż ścian, drewniany stół, zapach kleju oraz wosku do polerowania. Charakterystyczny klimat oddano przy pomocy tataraku, imbiru i dzwonka; żywicy elemi, orchidei, kadzidła i kawy, a w nutach bazy wetywerii, sandałowca, wanilii ambry i naturalnie skóry. Z tych nut powstał zapach kłaniający się tradycji i patrzący w przyszłość, pierwotny i smakowity zarazem.

2 zapachy premiera agonist diptyque loccitane commdesgarcons byredo louisvuitton helmutlang

1. Maison Incens, Figue Aoudii (100 ml/630 zł, Horn&More) orientalny; 2. Nobile 1942, Rudis (75 ml/810 zł, Mon Credo) – drzewno-korzenny; 3. James Heeley, Eau Sacrée (50 ml/660 zł, GaliLu) drzewny; 4. Extrait d’Atelier, Maitre Chausseur (100 ml/780 zł, Sen Nocy Letniej) orientalny; 5. Mendittorosa, Nettuno (100 ml/950 zł, MoodScentBar) – kwiatowo-skórzany; 6. Nobile 1942, Malia (75 ml/810 zł, Mon Credo) – owocowo-kwiatowy; 7. Agonist, Dark Saphir (50 ml/550 zł, Sen Nocy Letniej) – orientalno-korzenny; 8. Amouroud, Safran Rare (100 ml/895 zł, Quality) – balsamiczno-drzewny; 9. Louis Vuitton, Matiere Noire (100 ml/900 zł, Vitkac) – orientalno-drzewny

Zapach doskonały potrafi w sobie rozkochać na długie lata. Do tego stopnia, że gdy go zabraknie jego wielbiciele podnoszą publiczny lament i żądają jego powrotu. Tak wracają kultowe perfumy, których produkcję z różnych powodów wstrzymano. W tym roku warto odnotować dwa duże powroty tego typu. Powstałe w 2000 roku pod szyldem artysty i modowego apologety minimalizmu Helmuta Langa perfumeryjne trio – Eau de Cologne, Eau de Parfum, Cuiron – wywołało prawdziwa obsesję w kręgach miłośników perfum. Kreacje Langa wyznaczały nową jakość, były minimalistycznymi, nowoczesnymi, ale w pełni skończonymi dziełami sztuki perfumeryjnej. Wiadomość o zawieszeniu produkcji w 2006 spowodowała u fanów nie lada konfuzję. Na szczęście cały tercet powrócił w 2014 roku (w Polsce w tym roku) w jeszcze bardziej minimalistycznych flakonach i praktycznie niezmienionej formule. Miłośnicy Langa, w równej mierze kobiety i mężczyźni, znowu mogą się cieszyć kwiatowo-czystym Cologne, kwiatowo-nieoczywistym Eau de Parfum i zamszowo-mandarynkowym Cuiron. Do swoich ikonicznych klasyków z okazji 40-lecia istnienia powraca również francuska marka opiewająca uroki Prowansji – L’Occitane en Provence. Kolekcja Les Classiques de L’Occitane przywraca wszystkim miłośnikom orientalną i niedoścignioną Ambre, inspirowany legendą o czterech złodziejach umykających XVII-wiecznej pladze pod osłoną zapachu Eau de 4 Voleurs i zafascynowaną bogactwem wschodniej perfumerii Eau d’Iparie. W przypadku klasyków L’Occitane zapachy powróciły w niezmienionej formulacji, ale w zupełnie innych, nowoczesnych flakonach. Czy fani je zaakceptują czy zatęsknią za romantycznymi, staroświeckimi buteleczkami? Czas pokaże. 

W ogromie nowości uwagę przykuwają jeszcze 3 świeżynki, które nijak nie pasują do powyższych luźnych kategorii, ale aż proszą się o odnotowanie. Jedna to stosunkowo młoda i zupełnie nierozpropagowana (a zarazem spełniająca jedno z głównych kryteriów niszowości) marka Maison Incens. Nie, to nie pomyłka, nie zgubiłem e w słowie Incens, albowiem drugi człon nazwy nie pochodzi od angielskiego słowa kadzidło, a od mitycznego rodu stworzonego na potrzeby świata fantasy o nazwie Artganis. Urodzony w Maroku, a mieszkający we Francji twórca marki – Philippe Constantin – chce, inspirowany słowami Serge’a Lutensa, ponownie tchnąć ogień w perfumy. Ukryte w spektakularnych, przypominających sakwojaże, flakonach kompozycje opowiadają historie osnute wokół przewodnich nut skóry, piżma, oudu i figi. I właśnie ten ostatni składnik w wykonaniu Maison Incens ujął nas najbardziej. Figue Aoudii to figa jakiej nie znaliście – bogata, dumna, animalistyczna. Figa, która dawno zapomniała o swojej zieloności i chełpi się swoim dojrzałym bogactwem. Druga nowość to marka nie taka młoda (pierwsza kompozycja powstała w 1989 roku), ale debiutująca na naszym rynku w jedynym miejscu - wspomnianej już łódzkiej perfumerii Impressium. Nicolaï Parfumeur Createur to niszowy świat stworzony przez Patricię de Nicolaï wywodzącą się ze słynnej perfumeryjnej rodziny Guerlain. Kreatorka szkoliła się pod okiem samego Jeana-Paula Guerlain, który przez długie lata był jej mentorem. Ta lekcja owocuje w kreacjach Patricii do dziś – tworzy perfumy najwyższej jakości, ponadczasowe, eleganckie i na wskroś francuskie. Z Francją nierozerwalnie związana jest też marka, która słynie głównie z wyrobu ekskluzywnych dóbr skórzanych, ale która, co może mało kto wie, już w latach 20. ubiegłego wieku zaistniała na rynku zapachów. Mowa o producencie najbardziej pożądanych na świecie toreb, marce o ikonicznym logo – Louis Vuitton. 1 września tego roku do wszystkich firmowych butików marki trafiła kompletna kolekcja wyrafinowanych zapachów Les Parfums Louis Vuitton. Swój nos zawiesił nad nią nie lada kto, bo jeden z najznamienitszych perfumiarzy naszych czasów Jacques Cavallier. Praca zajęła mu cztery lata, a w efekcie otrzymaliśmy siedem emocjonalnych podróży zapachowych wiodących przez krainę kwiatów (Rose des Vents, Turbulences, Apogee), kontynent kontrastów (Matiere Noire), królestwo apetyczności (Contre Moi) i skórzane imperium (Dans Le Peau, Mille Feux). W dwóch ostatnich zapachach wykorzystano naturalną infuzję skóry z kaletniczych warsztatów Louis Vuitton. Piękno, prostota i ponadczasowość to cechy tej skierowanej oficjalnie do kobiet kolekcji. Zachęcamy jednak do jej przetestowania wszystkich, bo piękno nie zna przecież podziałów.

Obawy o rozmienianie się zapachowej niszy na drobne są do pewnego stopnia uzasadnione. Prawie zawsze bowiem akcentowanie ilości nieuchronnie odbija się na jakości. Miłośnicy dobrych pachnideł muszą się dziś zaopatrzyć w ważną umiejętność – selektywność. Jak pokazują powyższe przykłady nawet w oceanie propozycji można odkryć te naprawdę cenne. To wymaga jednak czasu i cierpliwości. Trzeba sobie pozwolić na nieśpieszne poszukiwania. A to, że coraz więcej osób chce pachnieć niszowo? To tylko i wyłącznie powód do radości. 

Opracowanie graficzne Małgorzata Stolińska dla enter the ROOM