Na jego temat mówi się wiele. I to od ponad trzech wieków. Budził zgorszenie za życia, oskarżany o nieobyczajność – choć dla francuskiej elity w tym czasie nie było to nic nadzwyczajnego. Przynajmniej za zamkniętymi drzwiami salonów i alków. Zdrożne zachowania, morderstwa, bójki, sadyzm – oto prawdziwy portret Markiza de Sade. 

Stare rządy we Francji, obalone przez krwawą Rewolucję, musiały się skończyć. Uciśnienie narodu i  przysłowiowa, choć bardzo dosłowna Sodoma i Gomora na dworze i w markizowskich, szlacheckich salonach doprowadziły do tego, że historia wzięła głęboki oddech i wypluła tę dławiącą społeczeństwo żabę. Zaraz po tym, z szafotów spłynęły rwące rzeki krwi. Zakrętom dziejów, najczęściej zza zimnych krat śmierdzących celi przyglądał się z łajdackim uśmiechem libertyn, Donatien-Alphonse-François de Sade. Markiz stawiał wolność jednostki ponad religię, prawo i przede wszystkim moralność, z czego cynicznie i ochoczo korzystał. Słuchał instynktu, co prowadziło go zawsze prosto do kryminału.

Swoje uwagi starannie zapisywał na kartach, które szczególnie w ostatniej dekadzie XVIII wieku, zyskały niesłychaną popularność. Ach, to szatańskie, paskudne zwierciadło społeczne, w którym hańba i okrucieństwo przygrywały niczym muzyk na klawesynie w rytm popularnych w owym czasie „Le Parnasse”, odważnych, łamiących skostniałą, muzyczną francuską klasykę. Więcej, zaczytujący się w de Sade w końcu czuli się uniewinnieni, rozgrzeszeni z przemocy w sypialni, tłumaczeni wolnością przeżyć seksualnych. „120 dni Sodomy czyli szkoła libertynizmu” nie wzięła się przecież znikąd – zapiski powstały po realnej orgii z 1757 roku, która trwała dokładnie 120 dni i w której czynny udział brał markiz.

Markiz de Sade posiadał kunszt pisarski, co udowadniał w każdych kolejnych powieściach, nawet tych pisanych dla czystego zysku. Ze względu na draki i hece, którym świadkował i w których partycypował, jego nazwisko stało się szybko przymiotnikiem, ale także skrótem, który wydawał się mówić o nim i jego twórczości wszystko, choćby ewentualny „znawca” nigdy dzieła de Sade na własne oczy nie widział. Wielbiciele popkultury i Pasoliniego na samo wspomnienie o de Sade zaczynają się czerwienić. Jednak specjaliści i czytelnicy, którzy podjęli trud (ale jednocześnie literacką przyjemność), żeby zapoznać się z wersami układanymi zgrabnie przez Francuza, rozumieją, że jego literatura to nie erotyka, nie prawdziwa pornografia, ale coś o wiele bardziej niepokojącego, a zarazem groteskowego.

Na pierwsze polskie wydanie trzeba było czekać aż do 1992 roku, choć i wydania oryginalnego nie doczekał sam autor, do śmierci przekonany o tym, że jego zapiski spalono w Bastylii – tam, gdzie zostały stworzone. To kompendium przestępstw, tortur i seksualnych deliktów bada granice ludzkiej wyobraźni, co podkreśla w swoich pismach Andrew Hussey, historyk kultury, autor m.in. „Paryża: tajnej historii”.

„120 dni Sodomy czyli szkoła libertynizmu” to nie jest prosta lektura. Przeciwnie, czytelnik stale przymuszany jest odłożyć prawie 500-stronicową historię na półkę. Jednak to nie opisy cielesnych wydzielin czy nieobyczajnych poczynań tak działają. Chodzi o poczucie ciążącej klaustrofobii, jak u Kafki. U obydwu gęsta atmosfera jest przekaźnikiem zła i upadku moralnego, z których trudno się wyplątać.

Markiz de Sade bywał w więzieniach regularnie, spędzając tam lata, oskarżany o trucicielstwo, sodomię, gwałty (w „120 dniach Sodomy” pisał: „jedyna droga do kobiecego serca wiedzie przez udrękę”), pobicia, łamanie zasad i prawa. Skazano go również na śmierć, jednak finalnie wyrok został skasowany. Czas w więzieniu płynął mu całkiem śmigle, na pisaniu i masturbacji. Był ostrożny, a swoje rękopisy chował w więziennych ścianach. W „120 dniach Sodomy” opisał cztery charaktery, postaci będące przedstawicielami grup odpowiedzialnych za wtrącenie go za kraty (to oni stanowili porządek moralny w ówczesnej Francji), a więc: księcia, biskupa, magistrata i finansjera. Moralistów dotyka jednak podniecenie seksualne. Aby dać upust żądzy i jurności, organizują orgię w średniowiecznym zamku, skrytym głęboko w ciemnym lesie. Narracja (prowadzona przez prostytutki) mówi w dość chłodny sposób o wydarzeniach, choć od czasu do czasu łamie zasadę. Po co? Czy rzeczywiście w celu, o który posądzała go filozof i pisarka Simone de Beauvoir, a więc moralizowania metodami wprost przeciwnymi do spodziewanych, aby kusić złem w celu znalezienia właściwej drogi – dobra? Być może, bo trudno uwierzyć, żeby de Sade lubił znęcać się nad czytelnikami do tego stopnia, aby poniżać ich i jako swoich świadków prowadzić prosto ku deprawacji. Tak przynajmniej twierdził inny filozof, Georges Bataille, który w swoich dziełach również parał się seksualizacją. I to jak. Aczkolwiek nawet jemu ciężko było przełknąć de Sade. Jak pisał więc Hussey w jednym z esejów poświęconych markizowi, „jego literatura nie traktowała tylko o źle, ale sama była złem”.

„120 dni Sodomy czyli szkołę libertynizmu” można dziś traktować nie tylko jako zgrabną literaturę, ale również dokument relacjonujący podwójną moralność i ciężar, od którego musiała się w końcu uwolnić przedrewolucyjna Francja.

Dziś wciąż o de Sade mówi się wiele, a nawet toczy kolejne dysputy, niestety mniej się go czyta. Albo odczytuje. Poza wszystkim jednak, literatura de Sade nawet dziś wzbudza zainteresowanie, i wcale nie z konieczności. Oczywiście, nadal trzeba mieć silne nerwy i mocny żołądek. Jego pisma odzwierciedlały terror, a nawet mogły stać się przepowiednią świata stworzonego przez Gestapo w obozach koncentracyjnych. Do tej konkluzji francuskiego pisarza Raymonda Queneau, a także Alberta Camusa odniósł się też Pasolini w swoim ostatnim filmie „Saló, czyli 120 dni Sodomy”, będącym krytyką totalitaryzmu, a szczególnie faszyzmu.

Ból u Sade zawsze łączy się z seksem i władzą. Te trzy czynniki każdorazowo pojawiają się jako składowe stosunków między ludźmi. Czy nie jest podobnie w prawdziwym życiu? Było za czasów de Sade, jest dziś w dobie znieczulicy, pragnienia władzy i ataków terrorystycznych i będzie. Czekając na lepsze jutro? Smutne jutro na pewno. 

filozofia w buduarze

Rycina z książki de Sade „Filozofia w buduarze”