Zbiór napisanych na przestrzeni ponad dwudziestu lat, chronologicznie ułożonych w formie dziennika felietonów, pozwala zanurzyć się w świecie PRL-u. Prowadzona po cichu słowna walka z panującym ustrojem, która przejawia się m.in. krytyką występującej w rządowych mediach propagandy, to główna intencja opublikowanej po wielu latach książki „Zła mowa” profesora Michała Głowińskiego. Przeczytajcie, jak się nie dać propagandzie.

Politykierzy z tytułami naukowymi

Zadziwiająca jest ta miłość do peryfraz; używa się ich zarówno w celach panegirycznych (Stalin – chorąży pokoju), jak wówczas, gdy chodzi o walkę polityczną (Liu Szao-ci – chiński Chruszczow, Ameryka – tygrys z papieru). Peryfrazy te nie są jedynie wyrazem orientalnej mentalności. Mają nie tylko nazywać daną rzecz czy osobę, ale przynosić także jej ocenę, oczywiście jedynie słuszną. Od razu mają orientować, jaką należy zająć postawę. Im twardszy reżim, tym więcej tego rodzaju peryfraz. Stalinizm był nimi nasycony po brzegi. Od jakiegoś czasu obserwuje się jednak ich renesans. „Politykierzy z tytułami naukowymi" to profesorowie wyrzuceni tego roku z uniwersytetu. Takie ich nazywanie ma budzić niechęć – nie tylko przez użycie pejoratywnego „politykiera", ale jeszcze bardziej przez kontrast, jaki istnieje między tym słowem a „tytułami naukowymi", mającymi w społeczeństwie dużą estymę. Jeśli wiążą się one z „politykierami", to muszą być fałszywe i niegodne zaufania.

29 IX 1968

Syjonista

Jeszcze przed dwoma laty przeciętny człowiek mógł nie słyszeć tego słowa, a jeśli nawet słyszał, to z pewnością nie zdawał sobie dokładnie sprawy z jego znaczenia, wiedział tylko, że to coś, co wiąże się ze sprawami żydowskimi. Świadczy o tym fakt, że w marcu br., a więc w kulminacyjnym momencie antysyjonistycznej histerii, „Trybuna Ludu" ogłosiła artykuł informujący, co to jest syjonizm (nadchodziły do redakcji liczne listy z pytaniami). Inny przykład braku orientacji to słynne transparenty, podobno pokazywane nawet w telewizji: „Syjoniści do Syjamu". Za sprawą ofensywy ideologicznej naszej marksistowsko-leninowskiej partii słowo to weszło do języka potocznego. Oznacza ono jednak nie zwolennika określonej doktryny politycznej, jest po prostu synonimem Żyda. W tym znaczeniu używane jest ono przez propagandę, mimo podziału na dobrych i złych Żydów, jaki lansował Gomułka w przemówieniu z 19 marca. Bycie syjonistą jest stopniowalne, toteż czytać można np. o znanym syjoniście; w atakach na Aleksandra Forda pisano, że współpracował z zagorzałym syjonistą zachodnioniemieckim.

4 X 1968

1 michal gowacki za mowa

Intelektualiści

Charakterystyczne: w oficjalnej mowie PRL-u słowo to pojawia się nadzwyczaj rzadko. Mówi się o pracownikach naukowych, literackich, profesorach itp., unika się ogólnej nazwy „intelektualiści" (dawniej mówiło się o inteligencji twórczej, ale i to raczej wyszło z użycia). Owo unikanie wydaje mi się znaczące: społeczeństwem przez reżim projektowanym jest – w najlepszym razie – społeczeństwo specjalistów, w którym geolog zna się tylko na geologii, weterynarz tylko na krowach, a literata interesują wyłącznie sprawy jego zawodu. Intelektualista może być geologiem, weterynarzem, literatem, itp., nie może być jednak tylko nim, jego sfera zainteresowań nie ogranicza się do problemów profesjonalnych, interesuje się wieloma innymi sprawami, jest więc niebezpieczny. Nie używając słowa, nie wywołuje się wilka z lasu – a nie używa się go także wówczas, gdy mowa o imprezach międzynarodowych: nazwa „Kongres Intelektualistów" (odbył się we Wrocławiu w roku 1948) w języku komunizmu jest już dzisiaj archaizmem. Słowo to pojawia się zaś często w audycjach Wolnej Europy. Intelektualistami nazywa się tam zwykle tych, którzy w Polsce podpisują protesty. Słowo w tym sensie jest nadużywane, obawiam się więc, że nabierze zabarwienia groteskowego.

25 XI 1976

Mówienie do góry

Na jeden z istotnych elementów nie położyłem takiego nacisku, na jaki by on zasługiwał, a mianowicie na to, że nowomowa jest takim mówieniem, które ma na celu przypodobanie się władzom, zyskanie ich aprobaty. Sprawę te podniosłą Zofia Stefanowska w prywatnej rozmowie oraz jeden z uczestników dyskusji po moim referacie w klubie nauczycielskim „Solidarności" (w ubiegłą niedzielę, 9 listopada). Opowiadał on o tym, że gdy redagował czasopismo studenckie, to na rocznicę rewolucji zamieszczał artykuł złożony z samych stereotypów, mimo, iż jemu nie chciało się czegoś takiego pisać i ogłaszać, bo wiedział, że tekstu tego nikt nie przeczyta. W tym wypadku nowomowa stawała się deklaracją lojalności. Jeśli chciał nadal pismo redagować, musiał taki tekst opublikować – aby władza wiedziała, że redaktor jest swoim człowiekiem, do którego można mieć zaufanie. Władze same mówią nowomową – i żądają, by do nich mówiono w ten właśnie sposób. Zarysowuje się tu anologia z tą sytuacją komunikacyjną, którą zakłada styl kancelaryjny: skoro składam do władz podanie, muszę je napisać stylem kancelaryjnym – niezależnie od tego, jakie są moje upodobania stylistyczne i jak normalnie piszę. Sytuacja i funkcja biorą górę nad skłonnościami indywidualnymi. Podobnym czynnikiem dezindywidualizującym jest mówienie do władz, które żądają, by mówić w ten sam sposób co one. Jest to z pewnością jedna z zasadniczych przyczyn rozpowszechniania się nowomowy. Mówienie „do góry" może być tylko takim mówieniem.

15 XI 1980

Masy

Komuniści nie lubią mówić o społeczeństwie, narodzie, grupach społecznych, dla nich kategorią zasadniczą jest masa. Nie wiem, czy słowo to występowało już w pismach Marksa i Engelsa, jest zaś kluczowe dla Lenina. Masa i klasa – to są te dwie kategorie, którymi posługiwał się z ochotą. Oczywiście słowo „masa" występuje i poza marksizmem, w użyciach jednak ściśle określonych, wówczas, gdy chodzi o wskazanie liczebności, a więc gdy się mówi o ruchach masowych czy kulturze masowej. (...) Masa nie jest ani społeczeństwem, ani narodem, nie jest żadnym społecznym ciałem, które może działać samo z siebie, samodzielnie się organizować, wyrażać jakieś swoje żądania, idee, programy. Jest bezkształtnym i bezwolnym zbiorowiskiem, któremu trzeba dopiero nadać kształt, uformować tak, by odpowiadała potrzebom i ideałom partii. (...) Społeczeństwo dzieli się na grupy i – dalej – jest złożone z jednostek. Masa zaś jest niepodzielna, nie wyłaniają się z niej grupy, nie można też wyodrębnić osób. Nie ma nazwy określającej człowieka tworzącego element masy, jedno jest pewne, nie stanowi on indywiduum, jednostki ludzkiej, osoby, uczestnictwo w zbiorowisku pozbawia go oblicza. I ta strona sprawy jest dla marksizmu-leninizmu ważna, chodzi o swoiste umasowienie człowieka, a więc odebranie mu człowieczeństwa.

6 VI 1986

2 michal gowacki za mowa

Fragmenty pochodzą z książki Michała Głowińskiego „Zła mowa”, wydawnictwo Wielka Litera

Fot. Marcos Rodriguez Velo (zdjęcie profesora), materiały prasowe