Jak zaczęła się pani przygoda z książkami?
Przygoda z książkami zaczęła się już w moim domu rodzinnym. Czasy były różne, ale pieniądze na książki zawsze się znajdowały. W domu była bardzo pokaźna biblioteka. Jak każde dziecko na początku wolałam, żeby mi czytano. W pewnym momencie, kiedy moja mama była zajęta, postanowiłam sama przeczytać „Konika Garbuska”. Nagle odkryłam, że faktycznie – mogę przeczytać całość sama. Od tego czasu książki stały się nieodłącznym towarzyszem mojego życia. Momentem przełomowym było przejście ze swojej biblioteczki do rodziców. To była magia.
Czyli to rodzice zaszczepili pani tę pasję do książek.
Zdecydowanie tak. Mama często – kiedy nie miała czasu, żeby mi poczytać – opowiadała różne ciekawe historie. Mój dziadek opowiadał też dużo historii wojennych, co bardzo rozbudzało moją wyobraźnię. Potem zaczęłam już sama odkrywać świat w książkach. Ale dom rodzinny był miejscem, gdzie to wszystko się zaczęło.

Ma pani w swojej biblioteczce książki, które towarzyszą pani od dłuższego czasu albo były przekazywane z pokolenia na pokolenie?
Niestety nie. W swoim życiu wielokrotnie się przeprowadzałam z miejsca na miejsce, z kraju do kraju i część tych książek ze sobą woziłam, a część została w domu rodziców. Teraz wracają do nich moi synowie. Książki, które obecnie posiadam, są mniej więcej gromadzone od czasów moich studiów.
A są wśród nich takie, które wiążą się z jakimiś szczególnymi momentami w pani życiu?
Z czasem jak szłam przez życie, to pojawiały się w nim książki w różnych językach. Na dole są książki w języku angielskim, wyżej w języku czeskim i słowackim, a tam moja nieudana przygoda z hiszpańskim; nieudana, ponieważ kiedyś próbowałam opanować ten język, ale niestety poległam. Książką mającą dla mnie dużą wartość jest ta – „Iron John” Roberta Bly’a. Cenię ją, ponieważ gdy byłam na studiach – a były to czasy, w których książek angielskojęzycznych nie można było łatwo dostać – ktoś pożyczył mi zbiór jego wierszy i esejów. Przeczytałam jeden esej, który miał tytuł „I Came Out of the Mother Naked”. Opowiadał on o męskiej podświadomości, o mitach, o Wielkiej Matce, takich tematach można by powiedzieć nieco genderowych. Pamiętam, że czytałam to w pociągu, jadąc z Bytomia do Krakowa, gdzie wtedy studiowałam. Przyjechałam i napisałam list do Roberta Bly’a, w którym opisałam, jak duże wrażenie zrobił na mnie jego tekst. Niestety nie miałam jego adresu, ale wiedziałam, że mieszka w Minneapolis. Jakiś czas później dostałam paczkę od Bly’a, w której znajdowała się jego książka z dedykacją oraz list, który zachowałam jako wielki skarb. Polecił mi kontakt z pisarką Daphne Rose Kingma, zajmującą się podobnymi tematami. Wtedy rozpoczęłam korespondencję z nią. Ale sam fakt, że mój list doszedł do Bly’a jest niesamowity, bo ktoś musiał zadać sobie trud, żeby ten list dostarczyć, mimo że na kopercie napisałam tylko „Robert Bly, pisarz, Minneapolis”.

Posiada pani w swojej kolekcji inne książki z autografami lub dedykacjami?
Dla mnie książka z autografem, która także jest mi bliska, jest ta prof. Michała Głowińskiego, z którym robiłam kiedyś wywiad. Było mi bardzo miło, że czytuje on „Tygodnik Powszechny”, do którego piszę artykuły.
Nie ma nic piękniejszego niż książka, która pachnie, która starzeje się razem z nami i obrasta doświadczeniami czytelnika.

A posiada pani jakieś białe kruki?
Aż takim bibliofilem nie jestem. Przy całej miłości do książek, traktuję je bardzo przedmiotowo, zaginam rogi, piszę na marginesach. Natomiast ciekawą i dla mnie cenną książką jest album Muzeum Powstania Warszawskiego, przy tworzeniu którego współpracowałam. Zaczęło się od projektu fotograficznego – sfotografowano wszystkich żyjących powstańców, którzy chcieli wziąć udział w projekcie. Moim zadaniem było dopisanie do każdej z postaci notki biograficznej opartej na wywiadzie, którego te osoby udzieliły. Pod koniec pracy, a z tego co pamiętam było 800 nazwisk, wydawało mi się, że widuję te osoby na ulicy (śmiech). Ale było to bardzo ciekawe doświadczenie i miałam z niego dużą satysfakcję.
Wspominała pani, że książki są posegregowane według konkretnych języków. Dzieła jakich autorów w poszczególnych językach ceni pani sobie najbardziej?
To zależy od fazy i moich konkretnych zainteresowań w danym okresie. Z czasem zaczęłam się zajmować historią, zresztą moje własne książki dotyczą też historii, więc wszystko się zmieniało. Myślę, że to banalne, ale z amerykańskich pisarzy bardzo cenię sobie Hemingwaya. Pracę magisterską pisałam o powieściach Anais Nin. Bardzo lubię poetów m.in. E. E. Cummingsa w przekładzie Stanisława Barańczaka. Przyznaję, że jeżeli mogę, to staram się czytać poezję w oryginale; nie tylko poezję, ale w ogóle literaturę, bo nawet najlepszy tłumacz wkłada coś zawsze z samego siebie. Wierzę, że pewne rzeczy pisane w innym języku brzmią zupełnie inaczej, wyraża się siebie w inny sposób. Jeżeli chodzi o literaturę czeską, to też nie będę bardzo oryginalna, ponieważ cenię sobie prozę Hrabala, z czym też wiąże się pewna przygoda: byłam kiedyś na wystawie pewnego grafika – Vladimira Boudnika, który występuje w powieściach Hrabala – i tam był fragment listu jego żony Věry Špánovej, która pisała, że dla niej nie ważne było to, że był znany, wspaniały itd., ale że ją po prostu kochał. Bardzo mnie to ujęło i postanowiłam do niej dotrzeć. Udało mi się i napisałam o niej artykuł, jeden z moich pierwszych. Od tego czasu mam wielki sentyment do Boudnika i Hrabala. Tutaj widać katalog z wystawy tego grafika, która odbyła się w Polsce. Zanim jednak doszłam do etapu rozmawiania z panią Věrą, musiałam nauczyć się czeskiego. I pierwszą książką, na której się uczyłam, były opowiadania Egona Bondy’ego, również bohatera książki Hrabala „Czuły barbarzyńca”. Były to bardzo zabawne historie, które pisał dla córek swojego znajomego – jedna z nich jest o tym, że podczas pisania odpada mu jedna ręka, potem odpada mu druga, zaczyna pisać w końcu ustami, które też mu odpadają i wszystko w końcu mu odpadło, ale dziewczynki go poskładały, żeby dalej mógł pić swoje ulubione piwo (śmiech). Tak się właśnie kończy to opowiadanie.

Gdy odwiedza pani nowe miejsca, to częściej zagląda pani do antykwariatu czy księgarni?
Uwielbiam księgarnie. Szczególnie w Wielkiej Brytanii, gdzie są one bardzo wyszukane. Ale antykwariaty oczywiście też. Lubię również kupować książki na targach staroci. Podczas pracy nad „Krwawą Luną” miałam duży problem ze znalezieniem jej książek z lat 60., musiałam ich trochę poszukać.
One chyba nie były wznawiane.
Nie, nie były. Innym problemem z książkami z tamtych lat jest to, że były tak klejone, że rozlatują się po jakimś czasie. Znalazłam przy okazji taką książkę jak „Komunistyczna Partia Polski. Wspomnienia z pola walki”, w której były publikowane teksty Julii Brystygier, czyli bohaterki mojej książki. Książki z tamtego okresu są ciekawym doświadczeniem, pokazującym jaki to był czas i nie chodzi tu tylko o specyficzny, propagandowy często język. Jedna książka może mieć kilka wydań i zależnie od tego, w jakim momencie była opublikowana, to pewne fragmenty były usuwane lub dodawane.
Mówi się, że książki się skończą, ale ja w to nie wierzę. Nie ma nic piękniejszego niż książka, która pachnie, która starzeje się razem z nami i obrasta doświadczeniami czytelnika.

Czyli rozumiem, że e-booki nie wchodzą w grę.
Zupełnie nie, nie wchodzą. W internecie czytam natomiast prasę. Akurat do tego udało mi się przekonać – tak jest najszybciej i najwygodniej. Książki to zupełnie inna historia. Ostatnio byłam w Wielkiej Brytanii – po skończeniu swojej książki, dla odreagowania zaczęłam dużo czytać – i stwierdziłam, że mam ochotę na coś zupełnie innego. Weszłam do księgarni, do końca nie wiedziałam czego szukam, ale wreszcie udało mi się trafić na „His bloody project” Graeme’a Macrae Burneta. To historia morderstwa w północnej Szkocji pod koniec XIX wieku. Książka znalazła się w finale Nagrody Bookera. Opiera się na dzienniku chłopaka, który został skazany i powieszony za podwójne morderstwo. Autor dokłada do tego zeznania świadków i pokazuje tym samym, jak wyglądało życie ludzi w małej wiosce, w której popełniono straszliwą zbrodnię. Książka moim zdaniem jest fascynująca i serdecznie ją polecam.
A jak jest u pani z okładkami? Mają znaczenie?
W ostatnim czasie wydaje mi się, że brakuje dobrych okładek, choć oczywiście przepiękne okładki na szczęście się zdarzają. Trzeba pamiętać, że duże znaczenie dla książki ma właśnie jej okładka. Czekając kiedyś na spotkanie koło księgarni, kupiłam „Księgę dżungli”. Kupiłam ją dla swoich synów. Moją uwagę przyciągnęły piękne, zupełnie magiczne ilustracje Józefa Wilkonia. Z chęcią powiesiłabym na ścianie kilka z tych obrazów. Taka książka sama w sobie jest dziełem sztuki.


Kiedy pisze pani swoje książki, zdarza się w przerwach od pracy sięgnąć po jakąś książkę bardziej dla relaksu, żeby na chwilę się oderwać?
Najczęściej jestem zanurzona w temacie, nad którym pracuję. Oprócz tego mam dom, o który muszę zadbać, dzieci, psa i pracę, którą zajmuję się na co dzień. To wszystko jest na tyle intensywne, że nie mam czasu, żeby czytać dla relaksu. Natomiast muszę przyznać, że po mojej ostatniej książce, która była dla mnie dużym obciążeniem emocjonalnym – zarówno jej pisanie, jak i proces wydawania – rzeczywiście musiałam jakoś odetchnąć. Zamiast robić kolejny research, postanowiłam usiąść i poświęcić czas na lekturę. Sięgnęłam wtedy po Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było śladów…”. Muszę się przyznać, że zaczęłam czytać tę książkę jeszcze zanim dostała nagrodę (śmiech).
Innymi znakomitymi książkami są „Pani Stefa” Magdaleny Kicińskiej oraz „Sprawiedliwi zdrajcy” Witolda Szabłowskiego. Tak jak w przypadku Łazarewicza są to książki dokumentalno-historyczne. Podobny stosunek mam do dzienników pisarzy. Lubię dzienniki Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Zawieyskiego. Tego rodzaju pamiętniki i listy są niesamowitym świadectwem historii. Jest w nich wiele rzeczy niezwykle prywatnych, ale zawierają też całe tło historyczne czasów, w których żyli ich autorzy. To jest coś, co daje wyczucie danej epoki. Poza tym szalenie przydają się one ludziom takim jak ja – piszącym o historii.

W ostatnim czasie chętniej sięga pani po książki oparte na rzeczywistych historiach. Jest jeszcze miejsce w pani niedalekiej przyszłości czytelniczej na książki fabularne?
Z czasem coraz bardziej zaczęły interesować mnie historie oparte na faktach. Historie zmyślone mają swój urok, ale przekonuję się, że życie potrafi zaskakiwać nas najbardziej. Są oczywiście powieści, które zapadły mi w pamięć, jak np. „Summer” Edith Wharton. Bardzo długo tkwiła też we mnie książka „Oczyszczenie” Sofi Oksanen – niestety egzemplarz z autografem komuś pożyczyłam i już do mnie nie wrócił. Teraz jednak coraz bardziej zwracam się w stronę literatury faktu.
Ma pani swoje ulubione miejsca kupowania książek w Warszawie?
Czasami zapuszczam się na Koło, na targ staroci. Innym miejscem jest antykwariat w Bibliotece Uniwersyteckiej, zawsze można dostać tam jakąś interesującą pozycję.
Planuje pani kolejną książkę?
Mam już w planach kolejną książkę, ale na razie nie będę zdradzała szczegółów. W dalszym ciągu skupię się na czasach „ciemnych”, chociaż z drugiej strony po „Krwawej Lunie” chciałabym napisać książkę jednoznacznie pozytywną w swym wydźwięku, ale nie wiem, czy prawdziwe życie tak wygląda. W każdej historii jest trochę światła i ciemności.




Fot. Marcos Rodriguez Velo