Mordercy i psychopaci. Są wśród nas, tuż obok okultystów. To prawdziwa twarz społeczeństwa. Jest też dom, schronienie. To tu czuje się smak krwi, dotyka się – czasami mocno, aż do żywego mięsa. Shirley Jackson ten fatalistyczny obraz pakuje, jak cukierek, w sreberko humoru, aby potem szybko popić szklanką whisky kolejną garść tabletek.

Stephen King wzorował się na niej od samego początku. Pokochał ją natychmiast, bo jak mógłby jej nie kochać? Gdyby tylko mogli się spotkać. Gdyby tylko los był na tyle łaskawy i narodziny Kinga zorganizował 29 lat wcześniej. Ale los jest przewrotny. Shirley Jackson nie miała być kochana. Przynajmniej za życia.

Shirley Jackson to amerykańska pisarka. W jej literaturze durzyli się współcześni jej krytycy (szczególnie jeden), czytelnicy natomiast byli skonfundowani, na co solidnie pracowała. Sama zamknęła się w przestrzeni jednego z najdziwniejszych gatunków literackich. Atrament wylewała o wiele bardziej krwawo niż przyzwyczajono nas w powieściach grozy. U niej jest spokojnie. Tak bardzo spokojnie, że aż niepokojąco, drażniąco, przeraźliwie. Jednocześnie bardzo poprawnie – ba, czasami nawet całkiem zabawnie – jak na dobrze wychowaną osobę przystało. Oprócz powieści gotyckiej, zainteresowaniem darzyła literaturę dziecięcą, eseje, dziennikarstwo – wyrażała się świetnie w artykułach pisanych o sobie jako żonie krytyka literackiego, kurze domowej o niezwyczajnych jak na takową przyzwyczajeniach, wijącą gniazdo w maleńkim miasteczku w Nowej Anglii, jednym z tych wielu amerykańskich miasteczek, których mieszkańcy za maskami serdeczności skrywają atawistyczne instynkty, niczym nieograniczone, żadnymi okowami kulturowymi, które raz po raz spuszczają ze smyczy.

Jackson już za życia zyskała sławę, ale nie o takiej popularności marzyła. Jej postać osnuta została legendą tak złą i tajemniczą, jak jej teksty. Mówili o tym jej bliscy. Mówiła o tym ona sama.

Była jednak dobra w żonglowaniu zdolnościami literackimi, dlatego wiele z jej pierwszych opowiadań publikowali redaktorzy prestiżowego „The New Yorkera”. Współpracowała z redakcją w latach 40. i 50. Podobnie jak później z „Harper’s Bazaar” czy „Woman’s Day”.

Z chęcią czytano zabawne perypetie i refleksje tej żony i matki czworga dzieci, która próbowała połączyć funkcje domowe z pisaniem. Aż do pewnego momentu.

1 shirleyjackson360x230

Teksty zostały zebrane w tomie „Life Among the Savages” w 1952 roku. Wśród nich znalazło się kilka opowiadań, w których Jackson mówi o przeprowadzce do North Bennington, trudności w wyborze domu, związanej bezpośrednio z brakiem pieniędzy. Autorka wspomina wrogość małej społeczności, nieprzychylnej małżeństwu Hyman-Jackson, których traktowano jako innych, niebezpiecznych intelektualistów z miasta, pracujących na uniwersytecie. Więcej, mąż był Żydem, a odwiedzali ich bardzo dziwni goście. Tak samo nabzdyczeni intelektem i tak samo przesiadujący na uniwersytetach.

Niby nic takiego. A jednak. Czytelniczki przez chwilę utożsamiały się ze zwyczajnością życia Jackson. Była jak one, prowincjonalne baby. Jednak wśród tych opowiadań już cztery lata wcześniej, przed wydaniem „Życia wśród dzikich”, pojawiła się rysa, która bardzo nie spodobała się amerykańskiej prowincji, a jak wiadomo prowincja w USA jest najsilniejszą grupą i tą, która wydaje najsurowsze sądy. Jackson była już po debiucie swojej powieści „The Road Through the Wall”. Jednak to „Loteria”, opowiadanie z 1949 roku, zbiło z tropu wszystkich. Było dosłowne. Było skrajnie brutalne. Po „Loterii” listy od czytelniczek zyskały nową formę. Dotychczasową „Drogą Shirley,...” z obrzydzeniem zamieniono na „Ty wiedźmo!”, „Fałszywa komunistko”, „Sympatyczko żydo-masonerii”, „Zdziro!”. Tak zaczynała się niemal każda epistoła pisana po każdym niedzielnym nabożeństwie przez każdą przykładną żonę i matkę z każdego dobrego domu w każdym niemal stanie, zamieniając życie Jackson w trudniejsze niż miała. A nigdy przecież łatwo nie było.

Skąd ta nienawiść? Z przerażenia wynikającego z obnażenia prawdziwej twarzy Wuja Sama. A w „Loterii” przeraża wszystko. Amerykańskie społeczeństwo połowy XX wieku nie mogło być na to przygotowane. Bo nie chodzi wyłącznie o treść przypudrowaną przygnębiającą przemocą, ale przede wszystkim o narrację, jaką posługuje się Jackson. Z trudnym tematem rozprawia się z łatwością, jakby przekazywała kolejną plotkę sąsiadce, sprawnie, szybko, w drodze ze sklepu, w którym musiała kupić mleko, bo zabrakło, a śniadanie bez mleka, to nie śniadanie. Tak zwyczajnie, naturalnie. Rzecz dzieje się w maleńkim, spokojnym miasteczku, w trakcie tradycyjnego, corocznego rytuału „loterii”, dzięki któremu zbiory kukurydzy mają być obfite. 27 czerwca mieszkańcy są niezdrowo podekscytowani. Dzieci układają kamienie na głównym placu, a dorośli zaczynają się powoli wokół tej kupy zbierać. Opowiadanie zaczyna się dzień przed loterią, kiedy panowie Summers i Graves robią listę wszystkich rodzin. Każde nazwisko umieszczają na małej karteczce, która potem trafia do czarnego pudełka. Pudełko przechowywane jest w sejfie w lokalnej kopalni węgla. Następnego dnia tylko mężczyźni, przedstawiciele spisanych rodzin, którzy muszą mieć ukończone minimum 16 lat, ciągną karteczki. Bill Hutchinson losuje tę z czarną kropką, co oznacza, że jego rodzina została wybrana. W drugiej turze losują już wszyscy członkowie rodzin, niezależnie od wieku. Tessie, żona Billa, dostaje oznaczoną karteczkę. Po wszystkim, gdy wybrana zostaje Tessie, karteczki porywa wiatr. Tradycji musi stać się zadość. Są kamienie. Jest kozioł ofiarny. Mieszkańcy bez skrupułów sięgają po kamienie. Kto będzie pierwszy? Z tym nie ma problemu. Połowa XX wieku. Kobieta, mieszkanka USA, zostaje ukamienowana. W imię tradycji.

Mocne. A jeszcze mocniej niż kamienie, uderza humor, perwersyjny, inteligentny, tak bardzo charakterystyczny dla Jackson – to ugruntowało jej pozycję w literaturze współczesnej. Opowiadanie, które najpierw opublikował „The New Yorker”, a w wyniku czego stali czytelnicy zaczęli rezygnować z prenumeraty (o groźbach wysyłanych pod adresem autorki już wspominałam), stało się najważniejszym opowiadaniem w historii amerykańskiej literatury. I podobnym echem odbił się doskonały artykuł, który napisała Jackson w obronie opowiadania: „Biografia pewnej historii”. Nie wyjaśnia w nim tego, czego oczekiwali wszyscy wściekli czytelnicy – a więc przyczyny, dla której napisała tak potworną historię o poświęceniu człowieka w dzisiejszym społeczeństwie. Zdecydowała się za to szczegółowo opowiedzieć o tym, jak kolekcjonowała każdy szczegół, każdą cegiełkę kontrowersyjnego opowiadania. Opisała współczesne jej Stany, z nową erą polowania na wiedźmy będącą wynikiem trwającej Zimnej Wojny. Czuć gniew i strach, ignorancję. A to wszystko przetykane złym, mrożącym humorem. Do tego stopnia, że czytelnik mimo woli uśmiecha się albo śmieje w głos, a to powoduje, że jeszcze w tym samym momencie zaczyna czuć się fatalnie sam ze sobą. Śmiać się z cudzej śmierci? Cóż za odczłowieczenie.

I to wszystko z winy kury domowej, pani Shirley Jackson. Nie taką zwyczajną panią domu była jednak pisarka, bo jej pomysły na opowiadania domownicy znajdowali wszędzie, nawet na odwrocie kartek z listą zakupów, przepisów kulinarnych, na stołach, na kanapie, na lodówce. Pisała całymi dniami (w momentach, gdy nie musiała zajmować się sprawami rodzinnymi), do późnych godzin nocnych, a często do rana. Bez wytchnienia. Tak wspominają ją jej własne dzieci. W klawisze drugiej maszyny do pisania, rytmicznie uderzał jej mąż, krytyk literacki. Dzieci nauczyły się więc spać z muzyką wydawaną przez te urządzenia.

Jackson od dziecka była zaciętą czytelniczką wszystkiego, co wpadło jej w ręce. Wolała książki od ludzi. Nie była jednak tą ekstrawagancką personą, stroniącą od jakiegokolwiek towarzystwa, jak lubili opisywać ją biografowie. Przeciwnie, lubiła ludzi. Jednak w jesieni życia zapadła na agorafobię, co uniemożliwiło jej opuszczanie domu. Nie wykluczało to jednak odwiedzin takich znakomitości, jak choćby Salinger, którego z radością przyjmowała.

Shriley urodziła się w San Francisco, w 1916 roku. W grudniu. Rodzina nie była zamożna, nie była też biedna. Typowi przedstawiciele klasy średniej, nie do końca zadowoleni z przedwczesnego przyjścia na świat dziewczynki w momencie, w którym dopiero mieli zacząć cieszyć się małżeństwem. Niechęć do dziecka nie zmniejszała się z żadnym kolejnym rokiem. Przeciwnie, na każdym kroku mała Jackson mogła się o tym przekonać. Rodzice nie ukrywali nawet obrzydzenia w stosunku do opowiadań, jakie już w dzieciństwie zaczęła pisywać.

Nie zniechęciło jej to. Nie zmieniła przyzwyczajeń. Poszła na uniwersytet Syracusa w Nowym Jorku, gdzie poznała przyszłego krytyka literackiego i męża, Stanley’a Edgara Hymana. Pobrali się zaraz po absolutorium, po czym przenieśli do tej maleńkiej miejscowości Vermont, a to ze względu na sąsiedztwo uniwerytetu, w którym Hyman miał wykładać.

Jackson zapamiętała jakim rozczarowaniem była dla rodziców, więc obiecała sobie, że nie będzie już nigdy pisać, ale nie urodzi też dzieci. Żadnej z obietnic nie dotrzymała, rodząc czwórkę i rozwijając doskonałe opowiadania, autobiografię, książki dla dzieci i eseje.

Spełniona matka, silna, kochająca, ale i zakompleksiona kobieta, nieakceptowana przez rodziców ani męża, czująca się brzydulą z nadwagą. Świetna pisarka, doskonała obserwatorka życia, potrafiąca śmiać się z własnych ułomności, chowająca strach w swoich opowiadaniach. Oto pani Jackson. Zbyt dużo sprzeczności. Nie mogło się to skończyć dobrze. Uzależnienie od leków, papierosów, alkoholu i jedzenia doprowadziło do przedwczesnej śmierci pisarki, w wieku zaledwie 49 lat. Tego gorącego sierpnia 1965 roku. Jeszcze tego samego roku mąż ożenił się po raz drugi. Nowa partnerka była jego młodą studentką, w tym samym wieku, co jego najmłodsza córka.

Po „Loterii” Jackson przestała udzielać wywiadów, odpowiadać na pytania reporterów. Uważała, że jej wystąpienie było wystarczająco konkretne. Zajęła się pisaniem o czarownicach w Nowej Anglii, historią tego terytorium. To ją pasjonowało. Gdy podczas jednego z wywiadów Hyman zażartował, że związał się z wiedźmą, gazety wzięły to na poważnie. Sama Jackson podgrzewała atmosferę, opowiadając o praktykowaniu od dziecka voodoo, przeklinania i zmartwychwstania. Element magiczny. Ta mocna część myślenia magicznego. To integralny element procesu twórczego Jackson. Za nią chowało się jej życie, walki domowe, frustracja spowodowana nie do końca udanym małżeństwem i chore relacje z matką.

Desperacja, którą czuć w pismach Jackson przyprawia o dreszcze. Nie ma tu nadprzyrodzonego, tylko szaleństwo i rozczarowanie współtowarzyszami, głowa umęczona tym, co dzieje się w społeczeństwie, przerażona sobą, ale też innymi. To, co najstraszniejsze dla Jackson, zawsze jest ukryte w relacjach rodzinnych, wśród przyjaciół (ktoś zaginął, ktoś zdradził), w dzieciach, w tych małych, spokojnych miasteczkach, które nie tolerują innego i go odrzucają (agresja, rasizm, segregacja). Jeśli nie odrzucają, to poświęcają. Poza tym wciąż pojawiają się dzieci i kobiety. Dzieci i kobiety. Ich inteligencja i okrucieństwo. Jak mantra zawłaszczają kartki jej pism.

Kobiety szukają zapomnienia w lekach i książkach (jak sama artystka). A gdy mimo wszystko nie mogą sprostać własnym oczekiwaniom, szaleją, albo dokonują straszliwego aktu. Kobiety to bohaterki absolutne literatury Amerykanki. Mimo częstej bezsilności, mają siłę, by pociągnąć wątki i nałożyć własną wizję świata odbiorcom. Bohaterowie męscy są prości – z tego zresztą Jackson czerpała ogromną przyjemność, karząc literacko męża. Nie wprowadzają ważnego dyskursu, mają swoją określoną rolę. I to wszystko.

W swojej najsłynniejszej powieści „Nawiedzony” – powieści gotyckiej, zgodnie uznanej przez krytyków za najlepszą historię o nawiedzonym domu w historii literatury, tą, którą od dziesiątek lat zachwyca się Stephen King – tworzy bohaterów, których głowę rozsadza niestabilność mentalna, a to wszystko wewnątrz pięknego domu. To jeden z najpopularniejszych domów w historii literatury i kultury w ogóle. Zresztą przeraża do dziś. Bardzo. Budowanie struktury powieści przyszło Jackson nie bez trudu. Przez długi czas szukała nawiedzonego budynku, który odpowiadałby jej wyobrażeniom w rzeczywistości. On miał być finalną inspiracją dla książki. Znalazła, w Kalifornii. Jakież było jej zdziwienie, kiedy okazało się, że zbudował go jeden z jej przodków. Przypadek?

Jej przeklęty dom ma korytarze, które prowadzą donikąd, pokoje, które będąc wewnątrz, stają się o wiele większe niż kiedy przebywa się na zewnątrz, schody, które prowadzą w dół, ale nigdy w górę... Mimo wszystko, jest to opowieść o umyśle Eleanor Vance – samotnej, bez pieniędzy, bez urody, za to najcwańszej z czwórki bohaterów – dowodzą tego zabawne dialogi z całą grupą zajmującą się zdarzeniami nadprzyrodzonymi. Całość zobaczyć na własne oczy można było dzięki ekranizacjom powieści – najpierw przez Roberta Wise’a w „Nawiedzonym domu” z 1963 roku, a potem u Jana de Bonta w „Nawiedzonym” z 1999 roku – w rolach głównych Lili Taylor, Liam Neeson, Owen Wilson i Catherine Zeta-Jones.

Jackson strach zamykała w domach – willach, ale także biednych mieszkaniach, gabinetach, wynajętych pokojach. Za zamkniętymi drzwiami.

Taka była też jej ostatnia powieść – „Zawsze mieszkaliśmy w zamku”  opublikowana w 1962 roku. Klaustrofobiczna. Siostry Blackwood żyją w izolacji od reszty społeczności, wspominając odległe czasy świetności i poważania ich rodziny w okolicy. Są tu zawiłe spory, długi wobec sąsiadów. Sprawy, których nigdy nie rozwiązano. Constance nigdy nie wychodzi z domu, jest młoda, dumna, ale zawsze sprząta i gotuje. Młodsza, Merricat, jest dzika, agresywna, wychodzi tylko po zakupy, z których wraca biegiem do domu. Tu je dania przygotowane przez siostrę i rozwija magiczne umiejętności, żeby ochronić własny teren. Jackson sprawia, że czytelnik przyzwyczaja się do kobiet, czuje wobec nich sympatię – to one, odwrócone plecami do społeczeństwa, wyklęte, jak ty, jak ja. I znów bomba, piekący policzek. Siostry są morderczyniami, młodsza specjalizuje się w truciznach, a w przeszłości otruła rodzinę, dodając arszenik do cukru. Przeżyła tylko jej siostra Constance (bo nie używa cukru) i wuj Julian (używa go niewiele). Jackson nie tłumaczy, co powodowało Merricat, czasami pozwala powątpiewać czy rzeczywiście była to jej sprawka. Tak żyją w swoim zamku dwie siostry, gotując i jedząc. Oto piękny koszmar, wieczna samotność, którego częścią była Shirley Jackson. Niezrozumiana przez społeczeństwo, rodzinę, sąsiadów. Nawet dzisiaj. Choć to jedna z największych autorek współczesnej literatury amerykańskiej. I jedna z najbardziej tragicznych, odnajdujących się wyłącznie w świecie psychopatów, okultystów i morderców. Prawdziwa bohaterka american horror story.

Fot. wikipedia.org, materiały prasowe