Stajnia Zamczysk

Większość z nas ciągnie do nich jak ćmy do ognia. Bo wysokie zarobki, dobre perspektywy, możliwości kształcenia, dostęp do kultury. No i ludzie. Mnóstwo ciekawych ludzi. A do tego bary, restauracje, kluby. Ale czy miasta to ziemia obiecana dla wszystkich? Czy czasem nie czeka nas wielki powrót na wieś?

Faktycznie, część z nas, jak dobrze naoliwione trybiki, czuje się w miejskim klimacie. Są tacy, którzy się w miastach urodzili i nie wyobrażają sobie funkcjonowania gdzie indziej. Są też tacy, którzy przyjechali tu w poszukiwaniu… Powodów jest wiele. Większość mieszczan została na stałe oszołomiona pędem i mnogością możliwości. Przez długi czas miasta były po prostu fajne. Im większe, tym fajniejsze. Może był to sposób na odreagowanie kompleksów, fascynacja tym co pokazywały „zachodnie” filmy, pewnie o pracę też było w nich łatwiej. Trudno sobie wyobrazić, żeby kilkanaście lat temu ktoś mówił, że chce wyjechać na wieś. Jednak teraz słyszy się to coraz częściej. Wiele osób mieszkających w miastach potrzebuje odskoczni, szuka kontaktu z naturą, ciszy i spokoju. Pewnie z tej potrzeby serca, chociaż wyrażonej mniej subtelnie, namnożyło się profili na Facebooku typu „A może pierdolnąć wszystko i wyjechać w Bieszczady?”.

Sama muszę przyznać, że coraz chętniej wyjeżdżam i coraz trudniej mi wrócić bez żalu za utratą wolności, możliwością sprawdzenia siebie… Przejeżdżając przez małe wsie, myślę sobie: a może by tak kupić jakąś starą stodołę? A może od razu jakiś stary majątek? Do tego konie, stajnia, pies i ja. I święty spokój. Sęk w tym, że wszystko brzmi tak ładnie, prosto i sielankowo, a ja nie umiem nawet obsługiwać wiertarki… Postanowiłam więc zapytać trzy rodziny: jak to z tym życiem na wsi właściwie jest. 

4 zycie na wsi

Stajnia Zamczysk

Paulina i Karol od kilku lat prowadzą Stajnię Zamczysk – agroturystykę i pensjonat dla koni w okolicach Czarnej Białostockiej.

 

Skąd jesteście?

Paulina: Oboje jesteśmy z Białegostoku, przez kilka lat mieszkaliśmy na przedmieściach, ale po kilku latach zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę.

 

Jak narodził się pomysł na założenie Stajni?

Paulina: To był długi proces. Z wykształcenia jesteśmy socjologami. Nie widzieliśmy siebie pracujących w wielkich korporacjach. Zawsze ciągnęło nas do życia na wsi. Naszym pierwszym zakupem po ślubie był… koń. Trzymaliśmy go w różnych pensjonatach dla koni w okolicach Białegostoku, ale warunki nie były zadowalające. W końcu zabraliśmy go do naszej stajenki, która mieściła się kilometr od domu. Była mała, bez wody i prądu. A w Podlaskiem zimy potrafią być naprawdę ostre, więc zdarzało się, że gdy woda w studni zamarzała, trzeba było ją wieźć wiadrami na sankach. Zdecydowaliśmy się więc przeprowadzić i wybudować naszą Stajnię. Dzięki pomocy rodziców, ich miłości i wsparciu rozpoczęliśmy budowę, która, mimoże była prowadzona 40 kilometrów od naszego dotychczasowego miejsca zamieszkania, z niemowlakiem w chuście i przy mroźnych zimach, nie wydawała się straszna.

 

To jak wygląda życie na wsi? Sielanka?

Paulina: Wstajemy koło 6 rano. Nasz syn, Lew, jeszcze wtedy śpi. Idziemy do stajni, karmimy zwierzęta, doimy krowę, a zimą rozpalamy w piecu. Jeśli mamy gości, to szykujemy im śniadanie. Potem przedszkole, sprawy związane z prowadzeniem agroturystyki – przygotowanie pokoi, sprzątanie, gotowanie, praca w gospodarstwie i szykowanie obiadokolacji. A w tak zwanym międzyczasie prace biurowe – prowadzenie bloga, odpisywanie na maile, sprawy administracyjne. Przy takiej ilości ziemi, roślin i zwierząt zawsze jest coś do roboty. Kiedy mamy więcej czasu wolnego, oddajemy się swoim hobby – mąż poluje, a ja albo mu towarzyszę albo pracuję ze zwierzętami.

 

Co jest największym plusem mieszkania na wsi?

Paulina: To życie prawdziwym życiem. Oglądanie przyczyn i skutków – chociażby w procesie powstawania żywności. Mieszkając tu, wychowujemy naszego syna w szacunku dla zwierząt, ciężkiej pracy, jedzenia. Są też jednak trudności – odległość. Do lekarza, szkoły, na zajęcia dodatkowe. To zabiera mnóstwo czasu, ale również jest sporym wydatkiem. Nie tęsknimy jednak za miastem i nie wyobrażamy sobie powrotu. Od czasu do czasu musimy się wybrać do miasta i zazwyczaj wracamy zmęczeni i sfrustrowani.

 

Co poradzilibyście ludziom myślącym o ucieczce z miasta?

Paulina: Że to nie może być ucieczka, tylko przemyślana decyzja. Jeżeli coś jest problemem w mieście, to na wsi będzie tym samym problemem do kwadratu. Życie na wsi to ciężka praca, bo – jak mawia nasz sąsiad – „na wiosce roboty nie przerobisz”. I coś w tym jest. Wieś jest też hermetyczna, potrzeba cierpliwości i czasu, żeby się wtopić w miejscową społeczność. Myślę, że do nas łatka „miastowych” przyczepiona będzie jeszcze długo.

 

A jak z wizerunkiem wsi? Jest prawdziwy, fałszywy?

Paulina: To skomplikowane. Polska wieś faktycznie ma sporo z tego, co można zobaczy c w telewizji, na przykład w serialach typu „Ranczo” czy „U Pana Boga za piecem”. Tu rządzą przyzwyczajenia. Wypuszczamy konia na pastwisko w derce? Słyszą o tym sąsiedzi w gospodarstwach oddalonych od nas o kilka kilometrów. To nie do końca jest zacofanie, tu po prostu ludzie myślą inaczej. Trudno mówić o zacofaniu, kiedy w okolicy są ciągniki jeżdżące same według współrzędnych GPS, ale miejscowi na pewno żyją po swojemu, a do tego trzeba przywyknąć i to zaakceptować.

5 zycie na wsi

Paulina i Karol; Marek i Joanna z dziećmi

1

Dom na Wschodzie

Marek i Joanna zdecydowali się założyć gospodarstwo agroturystyczne na Podlasiu (Siemianówka), w pobliżu Puszczy Białowieskiej – Dom na Wschodzie.

 

Asiu, jesteś z Łodzi?

Joanna: Tak, zanim przeprowadziliśmy się tu, obydwoje pracowaliśmy w prywatnych firmach.

 

Decyzja o przeprowadzce była spontaniczna?

Joanna: I tak, i nie. Myśleliśmy o tym, od kiedy zaczęliśmy być razem. Chcieliśmy stabilizacji, życie w mieście nas męczyło. Obje dużo czasu poświęcaliśmy na pracę – już takie mamy charaktery. Nie chcieliśmy żyć w pędzie. Kiedy zaczęliśmy myśleć o dziecku, coraz intensywniej rozważaliśmy przeprowadzkę. Tylko że na początku miało to być gospodarstwo blisko Łodzi. Potem wybraliśmy się na mały wypad na Podlasie i zakochaliśmy się. To jest ta bardziej spontaniczna strona całej historii. Szukaliśmy drewnianego domu w wyszukiwarce, wyskoczyła agroturystyka na Podlasiu, niedaleko puszczy i Siemianówka. Tak nam się spodobało, że zaczęliśmy w okolicy szukać ciekawego miejsca, no i znaleźliśmy. Decyzja o kupnie zapadła bardzo szybko.

 

Co udało wam się znaleźć?

Joanna: Kompletną ruinę. Nie było wody, okien, za to był prąd. Wyremontowanie domu było ciężką pracą. Przez rok co weekend kursowaliśmy z Łodzi na Podlasie, żeby zaadaptować dom. Zdecydowaliśmy się również na dziecko. Do naszego „nowego” domu przeprowadziliśmy się, kiedy Franek miał dwa miesiące. Nasi znajomi i rodzina na początku nie uważali, żeby to była przemyślana decyzja. Cały czas pytali, czy na zimę wrócimy do miasta. Dom był jednak gotowy, a nie wyobrażaliśmy sobie przygotowania gospodarstwa agroturystycznego na odległość. Remont za bardzo nas zmęczył. Zostaliśmy więc na miejscu. Kolejny rok zajęło nam uruchomienie domu dla gości. Na teren gospodarstwa przenieśliśmy w sumie dwa stare domy z podlaskich wsi.

 

Jak szybko poczuliście, że to wasze miejsce?

Joanna: Naprawdę szybko. Może przez to, że tyle wysiłku włożyliśmy w przygotowania. Wiele rzeczy zrobiliśmy własnymi rękami. Zbudowaliśmy szklarnię, założyliśmy pasiekę. Ostrzegano nas przed sąsiadami. Mówiono, że na wsi może być ciężko nawiązać relacje i wpasować się w lokalną społeczność. My jednak mieszkamy, jak to się mówi, „na kolonii” – oznacza to, że mamy właściwie tylko jedną sąsiadkę. Przywitano nas tu jednak bardzo ciepło. Może z powodu tego, że przyjechaliśmy z noworodkiem, a jest tu zwyczaj, że kiedy we wsi rodzi się dziecko, trzeba je odwiedzić z prezentami. Na początku trudno nam się było też z niektórymi miejscowymi dogadać. Sporo ludzi mówi tu po swojemu. To taka mieszanka białoruskiego z rosyjskim. Mamy także świadomość, że nie jesteśmy stąd i być może nigdy nie będziemy „miejscowymi”, ale czujemy się tu dobrze i nigdy nie spotkało nas nic niemiłego.

 

Życie na wsi jest łatwiejsze?

Joanna: O nie. Jest trudniej, dużo trudniej. Żeby tu przeżyć, trzeba być bardzo pracowitym, mieć mnóstwo siły. Na wsi zawsze jest coś do roboty, trzeba też mieć pomysł na to, co chce się robić, jak się rozwijać. Tu wszystko trzeba załatwiać samemu, ludzi do pracy wcale nie jest łatwo znaleźć. W mieście człowiek szuka w internecie numeru do tak zwanego „speca” i ktoś przyjeżdża. Tu jest inaczej. Dzięki temu nauczyliśmy się mnóstwa rzeczy. Wstajemy o 4 rano, palimy w piecu, bo inaczej nie będziemy mieć ciepłej wody. Zajmujemy się gospodarstwem – jest kurnik, szklarnia i pasieka. Poza tym jest mnóstwo pracy związanej z przygotowaniem pokoi dla gości.

 

Zaskoczyliście sami siebie?

Joanna: Niejednokrotnie. Nie wyobrażałam sobie wcześniej, że zakupy można robić raz w tygodniu. Do sklepu jest tu daleko, więc zbyt często tam nie jeździmy. Nie myślałam, że będziemy zajmować się zwierzętami. Marek nauczył się zajmować pszczołami – jestem z niego dumna. Sporo uczymy się od miejscowych. Założenie pasieki było chyba naszym największym wyczynem. Ja zawsze lubiłam gotować, ale tu rozwinęłam kulinarnie skrzydła – piekę własny chleb. Nauczyłam się też rozpalać w piecu i gotować na kuchni kaflowej. Nawet niektóre meble robimy sami.

 

Co najbardziej lubicie w życiu na wsi?

Joanna: Chyba te chwile, kiedy wychodzimy przed dom i patrzymy na naturę – chociażby na żubry za oknem. Przyroda jest zachwycająca. Cisza i spokój. To jest chyba największa nagroda za cały ten trud. Życie na wsi zmieniło nie tylko nasz sposób funkcjonowania, ale nas samych. Bardziej doceniamy to, co nas otacza, zaczęliśmy bardziej szanować przyrodę, przestaliśmy jeść mięso. Cieszymy się, że w takim spokoju przebywają nasze dzieci. Mamy już dwójkę, niedługo pojawi się trzecie. Chociaż muszę przyznać, że zastanawiam się, w jaki sposób zapewnimy im dostęp do zajęć dodatkowych i czy będą mieć wystarczający kontakt z rówieśnikami. Ale w końcu żyjąc w mieście, również pojawiają się różne wątpliwości. 

2

Marek i Joanna 

2 zycie na wsi 

Tatiana z synami, Domnumer 10

Tatiana i Andrzej, prowadzą dom gościnny Domnumer 10 w Pokrzywniku, ale nie zdecydowali się tam przeprowadzić na stałe – na co dzień mieszkają w Warszawie.

 

Dlaczego akurat Pokrzywnik?

Tatiana: To, że wybraliśmy akurat Pokrzywnik, jest w sumie przypadkowe. Znaliśmy tę wieś, bardzo lubiliśmy okolice Dzikiego Wąwozu, który jest w sąsiedztwie. W głowach zrodził się nam szalony pomysł. Chcieliśmy zainwestować w coś, co nie straci na wartości, w miejsce, które nie musi być głównym źródłem dochodu, ale będzie naszą odskocznią. Miejscem, w którym będziemy mogli zwolnić, a dzieci będą się tam czuć jak u siebie. I tak zostaliśmy właścicielami Domunumer 10 w Pokrzywniku. To malutka miejscowość, ale dzięki urokliwemu położeniu bardzo miło się w niej spędza czas. Jest też mnóstwo atrakcji wokół: szlaki turystyczne, zapora, termy i mnóstwo pałacyków i dworków do zwiedzania.

 

Ale nie przenieśliście się tam na stałe.

Tatiana: Nie. Mój mąż nie chciał niczego na stałe, zresztą jego życie zawodowe jest zdecydowanie związane z miastem. Można jednak powiedzieć, że żyjemy w dwóch miejscach, każde daje nam to, czego akurat nie może zaoferować to drugie. Co prawda sporo czasu spędzamy jeżdżąc tam i z powrotem, ale nie jest to dla nas problemem. Zwłaszcza kiedy drogi są wyremontowane. Dzięki temu nie musieliśmy rezygnować z miasta, w którym pracujemy, gdzie nasze dzieci się uczą i ze wsi, która daje nam spokój i ciszę.

1 zycie na wsi

Domnumer 10

Jak się wam udaje prowadzić pensjonat, nie mieszkając na miejscu?

Tatiana: Od początku chcieliśmy, żeby Pokrzywnik był miejscem, gdzie dobrze się wypoczywa, ale w którym my na pewno jeszcze przez wiele lat nie będziemy mieszkać na stałe. Bardzo zależało nam na tym, żeby nie obciążać dzieci naszą decyzją. Wiadomo – na wsi dostęp do edukacji jest trudniejszy, mniej jest zajęć dodatkowych. Nawet jeżeli mnie i mojemu mężowi żyłoby się z daleka od cywilizacji dobrze, to wcale nie jest powiedziane, że nasze dzieci byłyby tam tak samo szczęśliwe. W końcu urodziły się w mieście,  tutaj mają swoich znajomych, chodzą do szkoły. To są dziedziny ich życia, które są dla nich niezmiernie ważne. Nie chcieliśmy im tego zabierać. W prowadzeniu domu bardzo pomagają nam mieszkańcy Pokrzywnika. Pani Danusia, która wita gości i im gotuje, kiedy nas nie ma w pobliżu. Dba o porządek. W ogóle muszę przyznać, że przyjęto nas tam bardzo życzliwie i ciepło – od zawsze możemy liczyć na wsparcie. Chociaż o ludzi do pracy wcale nie jest łatwo.

 

To znaczy?

Tatiana: Na wsi żyje się inaczej. Na przykład inaczej postrzegane są odległości. W Warszawie pokonujemy czasami kilkanaście kilometrów, żeby odwieźć dziecko do szkoły, a potem jeszcze kilka, żeby dojechać do pracy. Na wsi podjechanie 5 kilometrów z jednego miasteczka do drugiego to już jest wysiłek, kłopot. Ludzie żyją wolniej, a pieniądze nie są wystarczającą motywacją. W lecie, kiedy jest sezon na owoce leśne, trudno ich przekonać, że akurat jest robota do wykonania w domu. Miejscowych po prostu ciągnie do lasu, inaczej patrzą na to, że sezon turystyczny trwa tylko kilka miesięcy w roku i warto się skupić akurat na tym.

 

Czy coś was zaskoczyło, kiedy postanowiliście zrealizować swoje marzenia?

Tatiana: Wybraliśmy najgorszy z możliwych moment na budowę. Po pierwsze wpłaciliśmy zaliczkę, właściwie nie widząc domu w środku – akurat byłam w ciąży z młodszym synem. Prace trwały od stycznia do sierpnia i pokrywały się z remontem trasy katowickiej, co sprawiło, że dojazdy były udręką. Ale cieszyliśmy się na to. Stres był ograniczony, bo to nie była radykalna decyzja w naszym życiu. Nie stawialiśmy wszystkiego na jedną kartę. Raczej spełnialiśmy swoje marzenie o domu na wsi, który uwielbiamy, który stał się rodzinnym miejscem spotkań i oazą spokoju. Co prawda to, że nie jesteśmy tam na stałe, nauczyło nas też godzić się z tym, że nie wszystko wygląda dokładnie tak, jakbyśmy tego chcieli, ale szczęśliwie działamy już trzeci sezon, a z życzliwą pomocą osób, które z nami pracują, mamy nadzieję, że jeszcze wiele kolejnych przed nami.

3 zycie na wsi

Domnumer 10

Zdjęcia publikujemy dzięki uprzejmości naszych rozmówców