Nie ukrywam, że styczeń i luty to miesiące, które najmniej lubię. Kojarzą mi się z zimnem, małą wyrazistością, po prostu przeczekiwaniem kolejnych dni z myślą: oby do wiosny. Mam jednak kilka swoich magicznych poprawiaczy humoru – a wśród nich duża dawka kultury, naturalne kosmetyki i podróże.

Kiedy temperatura jest wręcz frustrująco niska, kusi, aby nie wychodzić na krok z mieszkania, a nawet z łóżka. Może dlatego ostatnio zakochałam się w piżamach polskiej marki Le Songe (4), a szczególnie w klasycznej koszuli, której mogłabym nie zdejmować. Wyjść jednak kiedyś trzeba, bo romansowanie z miastem to najlepsza odtrutka na zimowe bolączki. Im dłużej snuję się po ulicach, tym mocniej uświadamiam sobie, że spacer przy ujemnej temperaturze z kawą w ręku też może być przyjemny. Szczególnie gdy jako kolejne przystanki wyznaczy się ciekawe księgarnie, w których można spędzić godziny na zatrzymywaniu się przy co drugiej półce, muzea, galerie, fajne restauracje kuszące zapachem intensywnych przypraw…  No dobra, może trochę oszukuję, bo ostatnio miałam ułatwione zadanie i większą motywację do opuszczania łóżka, ponieważ minione dwa tygodnie spędziłam w Nowym Jorku. Za każdym razem, gdy wracam jednak z dalszych i bliższych podróży – choć nieraz tęsknię za miejscem, które zostawiłam – rośnie mój apetyt na Warszawę.

Wracając jednak do nowojorskich doświadczeń, przywiozłam kilka wspomnień i przedmiotów, które zdecydowanie ułatwią mi przetrwanie zimy. Po pierwsze pozytywnie zaskoczyła mnie aż tak wszechobecna satyra – pod ostrzałem może znaleźć się każdy, choć ostatnio na króla błaznów awansował zdecydowanie Donald Trump. Chcecie wytłumaczyć swojemu dziecku, dlaczego prezydentem jednego z najważniejszych krajów na świecie został nietolerancyjny, narwany populista? Nic trudnego, wystarczy sięgnąć po bogato ilustrowaną książeczkę „A Child’s First Book of Trump” autorstwa Michaela Iana Blacka i Marca Rosenthala (5). Chcecie podarować znajomemu upiorny prezent? W Strand Book Store (jednym z czytelniczych rajów, reklamujących się jako księgarnia z 18 milami książek) znajdziecie również gumowe ręce prezydenta za jedyne 95 centów. Nie wspominając o tekstach i rysunkach wyśmiewających Trumpa zamieszczanych w kolejnych numerach „New Yorkera” czy „The New York Timesa”. Chciałabym bardzo, byśmy też potrafili śmiać się w ten sposób z polskich polityków wszelkich obozów oraz z absurdów światowej polityki. W końcu gdy świat zmierza w szalonym kierunku, można załamywać ręce, można działać albo po prostu się śmiać. Ja wybieram drugą i trzecią opcję.

typ tygodnia

W Nowym Jorku miałam też wreszcie okazję, aby odwiedzić feministyczny sklep Otherwild. Schowany na najniższym piętrze niepozornej kamienicy w East Village concept store to raj dla dziewczyn. Więcej o dostępnych tam, kultowych t-shirtach z napisem „The Future is Female”, których historia sięga lat 70., przeczytacie w najbliższym numerze „G’rls ROOM”. Ale w Otherwild pełno też innych skarbów. Zachwycić można się kolorowanką z cipkami autorstwa Tee Corinne (1), różnorodnymi magazynami z „Girls Like Us” na czele, pięknie zaprojektowanymi kartkami z cytatami Simone De Beauvoir czy bell hooks, porcelaną z motywem piersi od Caitlin Rose Sweet albo naturalnymi kosmetykami o uroczej nazwie RUSALKA. Co do naturalnych kosmetyków, choć zakochałam się w kilku nieznanych mi wcześniej amerykańskich markach, bardzo cieszę się, że również w Polsce mamy coraz większy wybór produktów bez chemii przeznaczonych do pielęgnacji twarzy, ciała czy włosów. Kosmetyków, które przyciągają dobrze zaprojektowanymi opakowaniami i niewygórowanymi cenami. Ostatnio moim faworytem jest olej śliwkowy z Ministerstwa Dobrego Mydła (3) o lekko marcepanowym, aromatycznym zapachu. Nie wiem, jak kiedyś funkcjonowałam bez różnorodnych olei do twarzy i ciała, które ostatnio zastąpiły mi większość produktów z kosmetyczki i pomogły wyjść na prostą mojej problematycznej, mieszanej cerze.

Powoli wracam też już myślami do Warszawy. Najbardziej ekscytują mnie nadchodzące filmowe i książkowe premiery. Czekam na „Milczenie” Martina Scorsese i „Moonlight” Barry’ego Jenkinsa, ale przede wszystkim na wchodzący 10 marca do kin dokument „Mr. Gaga” (2). Miałam już okazję zobaczyć obraz Tomera Heymanna, ale z ogromną przyjemnością przyjrzę mu się jeszcze raz na wielkim ekranie. „Mr. Gaga” to historia jednego z najbardziej znanych choreografów na świecie – Ohada Naharina. Izraelski tancerz jest twórcą języka ruchu nazywanego GaGa. Czym jest ta enigmatyczna GaGa? Połączeniem tego, co świadome i podświadome, wsłuchaniem się w ciało, wyzwoleniem w sobie czegoś z dziecka i czegoś ze zwierzęcia – to tak w skrócie. Spektakularne przedstawienia Naharina nie przypominają klasycznie rozumianego tańca, kojarzą się raczej z czymś pierwotnym, ale i absolutnie unikatowym. Więcej o języku GaGa, jak i o samym filmie będziecie mogli przeczytać w wywiadzie z reżyserem. Materiał ukaże się w drugim numerze naszego magazynu „G’rls ROOM”. Jest na co czekać! 

Fot. opracowanie graficzne Małgorzata Stolińska, zdjęcia: materiały prasowe