Może nie widać tego, patrząc na liczby w konkursowej selekcji, bowiem spośród osiemnastu filmów rywalizujących o Złotego Niedźwiedzia raptem cztery wyreżyserowane zostały przez kobiety. Ale w tym przypadku od ilości zdecydowanie ważniejsza była jakość. Bo to właśnie reżyserki odbierały na scenie Berlinale Palast kluczowe wyróżnienia. To najważniejsze trafiło w ręce Węgierki Ildikó Enyedi za film „On Body and Soul”, dając kolejny dowód na to, że kino z tego kraju ma się w ostatnich latach znakomicie. „Węgry stały się kolejną Polską czy Rumunią. W trudnych czasach kino w tych miejscach ma się dobrze”, przekonywała laureatka Złotego Niedźwiedzia. O jej filmie, będącym nieco surrealistycznym love story w świecie korporacyjnych zasad i regulacji, mówiło się dobrze, ale niewielu chyba spodziewało się końcowego triumfu. Akcja „On Body and Soul” rozgrywa się w… rzeźni. „Zależało mi na tym, żeby znaleźć miejsce, które dobrze oddaje charakterystyczny dla dzisiejszych czasów model pracy. Regulowany przez szereg przepisów, poprawny, bezosobowy. To mogło być biuro wielkiej korporacji, ale uznałam, że podejmując taki temat, dobrze znaleźć najbardziej ekstremalne miejsce z możliwych” –wskazuje Enyedi. Bohaterami jest para outsiderów, która obok miejsca pracy dzieli ten sam sen.

Nie ma co ukrywać, że werdykt jury pod przewodnictwem Holendra Paula Verhoevena okazał się sporą niespodzianką, a sam reżyser udowodnił, że nie tylko za kamerą podejmuje nieoczywiste, odważne decyzje. Większość obserwatorów dzieliła już skórę na niedźwiedziu, zastanawiając się, czy najwyższy laur trafi w ręce Fina Akiego Kaurismäkiego czy może Chilijczyka Sebastiana Lelio. „The Other Side of Hope” i „Una mujer fantástica” mimo tego, że zrealizowane w zupełnie innej stylistyce (ten pierwszy spokojnie mógłby się rozgrywać w warszawskim barze Lotos), mają ze sobą całkiem sporo wspólnego. Przede wszystkim w okazywaniu empatii w stosunku do głównego bohatera ciężko doświadczonego przez los. W obu przypadkach na skutek uprzedzeń i lęku przed nieznanym. Półżartem można dodać, że w filmie Kaurismäkiego jest polski akcent, bowiem jeden z dwóch protagonistów, imigrant z Aleppo, finalnie trafił do Helsinek po tym, jak łomot spuścili mu neonaziści z Gdańska. Ostatecznie Kaurismäki, o którym krążyło wiele anegdot, m.in. że nie udzieli wywiadu dziennikarzowi, jeśli ten uprzednio nie napije się z nim wina, i Lelio podzielili między sobą kolejne nagrody. Pierwszy wyjechał z Berlina ze Srebrnym Niedźwiedziem dla najlepszego reżysera, drugi z analogicznym laurem, tyle że za scenariusz. Ich filmy z pewnością były jaśniejszymi punktami dość przeciętnego w tym roku konkursu. Cieszyć może zatem fakt, że oba kupione zostały do polskiej dystrybucji.

Kadry z filmu „On Body and Soul”
Nie ma wątpliwości, że jednym z najszerzej komentowanych filmów berlińskiego konkursu był „Pokot” Agnieszki Holland. Adaptacja wydanej w 2009 roku powieści Olgi Tokarczuk przyjęta została z entuzjazmem przez międzynarodową krytykę, dużo większe kontrowersje, co zresztą przewidziała sama autorka, budząc wśród Polaków. Pojawiały się ciężkie zarzuty: a to, że film jest antychrześcijański, a to, że stanowi pochwałę ekoterroryzmu. „Zdawałam sobie sprawę, że dotykam gorących spraw, ale kiedy cztery lata temu zaczynaliśmy pracę nad filmem, nie zakładałam, że będzie to aż tak polityczne. Wtedy wiele rzeczy wyglądało inaczej” – przekonywała Holland. Jurorzy nic sobie najwyraźniej z tego nie robili, doceniając warsztat reżyserki i przyznając jej Nagrodę im. Alfreda Bauera za „otwieranie nowych perspektyw w sztucę filmowej”. Taką samą, jaką przed ośmioma laty za „Tatarak” otrzymał Andrzej Wajda. Za sprawą Holland Polacy kontynuują znakomitą passę w Berlinie, bo przecież w dwóch ostatnich latach Srebrne Niedźwiedzie odbierali Małgorzata Szumowska (za reżyserię „Body/Ciało”) oraz Tomasz Wasilewski (za scenariusz „Zjednoczonych Stanów Miłości”).
Polityka to w ogóle słowo klucz na berlińskim festiwalu. W farsowym ujęciu opowiadała o niej uznana brytyjska reżyserka Sally Potter w świetnym „The Party”, w przygnębiającym tonie o jej echach w swojej ojczyźnie Portugalka Teresa Villaverde w „Colo”. Na palcach jednej ręki można by pewnie zliczyć konkursowe filmy wolne od społeczno-politycznej retoryki. Takie jak chociażby chińska animacja Liu Jiana „Have a Nice Day”. Tyle że prezentujący w Berlinie swoje filmy twórcy sugerują, że tych miłych dni czeka nas niestety coraz mniej.

Kadr z filmu „The Party”
Fot. materiały prasowe




