Weekend. Można wyjść na imprezę, do restauracji, na spacer do parku. No i nareszcie spokojnie eksploatować swojego smartfona. Przy stoliku w restauracji wygodnie się pochylić i czytać znajomym polityczne rewelacje z Facebooka, na imprezie przeglądać Tindera, a podczas spaceru nareszcie spokojnie przescrollować Instagram.

Rano ciężko wstać, wiadomo. Więc na rozbudzenie przeglądam informacje, najlepiej te dotyczące polityki naszego rządu, które od razu podnoszą ciśnienie i działają jak bieganie po parku i zimy prysznic w jednym. Potem śniadanie i też można przy okazji poscrollować, następnie autobusem do pracy, więc nos w telefonie i dalszy research czy odbieranie pierwszych maili, do tego słuchawki na uszach i nie ma ryzyka, że ktoś na przystanku czy w środku lokomocji mnie o coś zapyta. No może ktoś ze starszego pokolenia będzie próbował dopytać o drogę, jeśli nie ma aplikacji typu Google Maps w swoim smartfonie. Zresztą jeśli chodzi o zagadywanie to wśród młodszych to socjalizujące zachowanie zanika. Po co gadać o pogodzie czy czymkolwiek innym, skoro można w tym czasie pisać ze znajomymi czy czytać coś lub przeglądać zdjęcia? Nowych znajomych też się zdobywa za pomocą aplikacji. W pracy telefon co chwilę wibruje od powiadomień. Na lunchu, jeśli idę sama, to wiadomo, że jem, patrząc w ekran, bo inaczej człowiek czuje się nieswojo, choć może ciekawiej, a także lepiej dla oczu i głowy, byłoby popatrzeć przez okno czy na innych ludzi w restauracji. Po pracy to samo: rozmowy ze znajomymi za pomocą aplikacji, moczenie się w wannie i oglądanie filmików w telefonie, a na koniec w łóżku tuż przed zaśnięciem szybki przegląd wszystkich kanałów społecznościowych, żeby niczego nie przegapić. Wreszcie telefon pod poduszkę i można spać. Choć zaśnięcie okazuje się często trudne. W weekend sytuacja wygląda podobnie, ba nawet jest więcej czasu, aby robić zdjęcia i dzielić się nimi ze znajomymi, można scrollować i scrollować. Zawsze jest coś u kogoś na Instastory, na Snapchacie, ktoś prowadzi relację na żywo. Nie ma mowy o samotności. Przynajmniej w wymiarze wirtualnym. Tylko czy jest czas na refleksję, na spokojne bycie sam na sam czy razem z bliskimi? Przecież nawet wychodząc z przyjaciółmi siedzimy z nosami w telefonach, co i rusz coś sprawdzając. Nawet jeśli narzucimy sobie reżim, że nie dotykamy telefonów, to prędzej czy póżniej coś wyniknie w rozmowie i ktoś odruchowo sięgnie po telefon, aby wygooglować i rozstrzygnąć sporną kwestię. Tym bardziej że dziś wydaje nam się, że mamy ogromną wiedzę, bo co chwila przetwarzamy setki informacji, kolorowych zdjęć i wyboldowanych nagłówków. Prawda jednak jest taka, że mało co z tego przyswajamy, jest to raczej wiedza powierzchowna niż pogłębiona, więc w zasadzie jest to wiedza iluzoryczna.  

Weszło nam w krew używanie telefonów w każdej sytuacji. Trudno sobie bez nich wyobrazić życie, faktycznie je ułatwiają. Jednak także uzależniają i są pod ręką w każdej chwili, jako lek na samotność, nudę, kiedy nie chcemy rozmawiać z obcymi itp. Nawet w domu członkowie rodziny wysyłają sobie wiadomości za pośrednictwem Messengera czy WhatsApp zza ściany. W restauracji kładziemy telefony tuż obok sztućców. Chodzimy po ulicy z telefonem w ręce. Narażamy się na zgubę? Według mnie wręcz przeciwnie. Ostatnio z pośpiechu zostawiłam w kinie telefon w kasie biletowej. Zaraz jednak po niego wróciłam, bo siadając na swoim miejscu w sali kinowej, oczywiście sięgnęłam po niego do torebki, żeby sprawdzić powiadomienia i ustawić tryb samolotowy. Mam też bzika na punkcie naładowanej baterii. Kiedy telefon mi się rozładuje, to czuję się jak bez ręki, odcięta od świata, choćbym była w centrum miasta w ciągu dnia otoczona ludźmi. Telefon najlepszym przyjacielem... No właśnie. Może u mnie zakrawa to już na uzależnienie od telefonu, ale czuję, że jeszcze mam nad tym kontrolę. Oczywiście o uzależnieniu od smartfonów, jak i nieustannego bycia na bieżąco z informacjami, co jest powiązane, mówi się już od kilku lat, a cyfrowe detoksy są równie popularne co oczyszczające głodówki. Jednak właśnie o przyjaciół i innych współtowarzyszy się rozchodzi. Bo nic nie zastąpi emocji, które są między ludźmi spotykającymi się na żywo. I po prostu nie wypada siedzieć z nosem w telefonie, kiedy spędzamy czas z innymi ludźmi. Można to porównać do sytuacji, kiedy ktoś ostentacyjnie otwiera przy wspólnym stole gazetę i zatapia się w lekturze. W Australii nazwano to phubbingiem: niby jesteśmy, niby słuchamy, ale jednocześnie scrollujemy i ostatecznie nie wiemy nic. Phubbing to ignorowanie innych osób przez użytkowanie technologii, głównie smartfonów. Coraz powszechniejsze. Jedni w takiej sytuacji też sięgają po telefon i ze spotkania nici, inni się obrażają, kolejni spokojnie czekają, bo tak to przecież dziś wygląda. Tymczasem nie jest to eleganckie zachowanie. To raz. Dwa, w jakiś sposób na pewno nie jest to przyjemne dla ignorowanej strony. Po trzecie, takie spotkanie mija się z celem. Szkoda byłoby się zamienić w bandę ludzi przyrośniętych do telefonów. Zjawisko urosło do rangi problemu, zauważamy go i dzięki temu zaczynamy o nim mówić i próbujemy mu przeciwdziałać na różne sposoby zamiast przechodzić nad tym do porządku.

W niektórych restauracjach postanowiono odgórnie narzucić zakaz używania smartfonów. Od robienia zdjęć potrawom po proszenie o pozostawianie telefonów w szatni. Z jednej strony to dbałość o klienta, z  drugiej o kulturę restauracyjną. Restauratorzy mówią, że nie sposób cieszyć się jedzeniem, kiedy zamiast na nim skupiamy się na zrobieniu dobrego zdjęcia (jeszcze może z fleszem) czy odpisywaniu na maile. Wyobraźmy sobie taką sytuację, że wchodzimy do restauracji, a tam cisza zamiast zachęcającego gwaru rozmów i brzęku sztuców. Jak w grobie. Poza tym skupianie się na telefonie utrudnia wybranie dań z karty, przedłuża pobyt w restauracji i to z negatywnych powodów. W barze Prasowym, który jest niedaleko naszej redakcji, jest duży napis, który informuje, że w lokalu nie ma Wi-Fi i obsługa poleca rozmawianie ze sobą. Oczywiście każdy ma internet w telefonie, ale trochę głupio wobec takiego hasła z tego telefonu jednak korzystać. 

Także pracodawcy zorientowali się, że nieformalne sposoby komunikowania się z pracownikami poprzez aplikacje mają ciemne strony. Powiadomienia pojawiające się co chwile na ekranie telefonu rozpraszają i odrywają od pracy, a także sprawiają, że czas wolny i zawodowy zlewają się w jedno, utrudniając zrelaksowanie się. Tak więc nasz mózg jest na nieustannie wysokich obrotach, zalewany informacjami, mamy wrażenie nieustannej zajętości. W ten sposób spada nasza kreatywność, mózg się mimo wszystko rozleniwia, a my mamy coraz mniej czasu. Tylko rejestrujemy, a nie analizujemy treści. 

Dlatego tak ważne jest zarządzanie czasem poświęcanym na media społecznościowe i mądre korzystanie z telefonu. Nie musimy być cały czas dostępni, świat się bez nas nie zawali. Na odpisanie służbowego maila mamy od 24 do 48 godzin. Jeśli coś będzie naprawdę pilnego, można zadzwonić. Zresztą co komu po pracowniku dostępnym cały czas, ale mało kreatywnym i nieustająco rozproszonym?

Podjęłam wyzwanie. Wyłączyłam powiadomienia z aplikacji pojawiające się na ekranie. Wyznaczyłam sobie godziny sprawdzania maili, Facebooka, Instagrama. Zamykam się w łazience bez telefonu. Nie ma też mowy o korzystaniu z niego podczas jedzenia. A zwłaszcza podczas spotkań. Telefon co prawda lubię mieć przy sobie, ale kiedy co chwilę nie wibruje, to mniej mnie interesuje i nie generuje stresu. A rozwiązania problemów i najlepsze pomysły same przychodzą do głowy. Głównie w łazience. I może ktoś powie, że siedząc w kawiarni z nosem w szybie, jestem staroświecka, ale na pewno zrelaksowana i nikt mi nie zarzuci, że źle wychowana. A ile mam nagle wolnego czasu!

1 savoir vivre

Kadr z serialu „Black Mirror”, fot. materiały prasowe