Komu zdarzyło się nakryć rodziców podczas seksu? Pewnie znakomitej większości z nas. A przynajmniej słyszeć. I co? Odpowiedzi do wyboru: A) Jak to, oni uprawiają seks?! Ohyda!; B) Eh, znowu uprawiają seks; C) Fajnie, że uprawiają seks. 

Kolejne pytanie, co zrobili przyłapani na „gorącym uczynku” rodzice. Czy się zawstydzili, wściekli, czy podeszli do tego na luzie? To pewnie zależy od tego, jaki model seksualności propagują w swoim domu, bazując na tym, co przejęli od własnych rodziców i jak to w dorosłym życiu przerobili. Bo szkoła szkołą, doświadczenia doświadczeniami, ale tym, co mocno na nas wpływa, na każdy aspekt naszego przyszłego dorosłego życia jest to, co wynosimy z domu. To, co tam przeżyjemy, na co się napatrzymy, jakie wartości zostaną nam wpojone. Podejście naszych rodziców do seksualności i nasz stosunek do niej kształtujący się na domowym gruncie jest zwykle kluczowy. I nie chodzi tu wcale o Freuda, zazdrość o matkę, kompleks Edypa i tak dalej. Podstawowa sprawa jest taka, że rodzimy się jako istoty seksualne, nasza seksualność się rozwija i istotami seksualnymi pozostajemy do końca. Tymczasem po obu stronach barykady bywa problem z akceptacją tej seksualności, tego, że zarówno dziecko, jak i rodzice są seksualni. Myśl o tym budzi dyskomfort. Dziecko ma pozostać małą, słodką i niewinną istotką. Na zawsze. A rodzice są przecież starzy i nie uprawiają seksu. I po prostu aspektu erotycznego nie chcemy dostrzegać, a jak go nie ma, to i nie ma tematu.

Możemy sobie wpychać temat do szafy, ale natury nie pokonamy. Ledwo kilkuletnie dziecko dotyka się przecież także w miejscach intymnych. I to już bywa problem dla rodziców. Reagują strachem i robią wszystko, aby odwieść malucha od tego zachowania. Robiąc to jednak bez jakiegokolwiek tłumaczenia, mówiąc, że jest to złe, bo tak i koniec, następuje od początku tabuizacja, stygmatyzacja ciała i jego seksualnych aspektów. Jeszcze tylko brakuje wyganiania dzieci z pokoju podczas oglądania filmu z powodu scen erotycznych, zakazywanie interesowania się tym tematem, bo wciąż jest za wcześnie, trzeba się uczyć, a nie o głupotach myśleć i albo wykiełkuje kuszące tabu, albo seksualność to będzie obcy, nieznany ląd, grzeszny, taki, którego raczej trzeba się brzydzić. I potem na przykład pół dorosłego życia ktoś bardziej zahamowany spędzi na kozetce u seksuologa czy psychoterapeuty. To tak w wielkim uproszczeniu oczywiście. I jasne, jeśli z nami nie rozmawiano w domu o seksie, to możemy mieć kłopot w poruszaniu tego tematu z małym dzieckiem czy nastolatkiem. Jednak jakoś te dzieci zrobiliśmy, seks uprawiamy i trudno udawać, że jest inaczej, że seksu na świecie nie ma. Bo jest. I dziecko od najmłodszych lat się z nim będzie stykało. Dlatego tak ważna jest obecność rodzica, który będzie mógł wytłumaczyć, co to jest ten seks. Małe dziecko może nie wiedzieć, co się dzieje, kiedy nakryje rodziców w trakcie uprawiania seksu lub zobaczy taką scenę w telewizji. Może to postrzegać jako np. zachowanie agresywne. A wydaje się, że nie ma co owijać w bawełnę, tylko mówić otwarcie, choć odpowiednio do wieku dziecka. Jeśli powiemy, że dzieci biorą się z przytulania, to tylko sprowadzimy sobie na głowę kłopot. I pociecha wróci dajmy na to z przedszkola z płaczem, bo została przez kogoś przytulona i teraz przecież będzie mieć dziecko, przecież taki to nasz sposób rozmnażania się.

Najlepiej więc z seksem stopniowo oswajać od początku. Mówić, jakie zachowania obcych ludzi są nie w porządku. Bo mądra edukacja seksualna uczy dziecko kontaktu z własnym ciałem, nawiązywania więzi z innymi ludźmi, ale też wyznaczania i przestrzegania swoich cielesnych granic. A zamiatając seks pod dywan, udając, że tematu nie ma, tworzymy barykadę między sobą a potomstwem, licząc, że kiedyś przyjdzie jeszcze czas na uświadomienie. Jednak kiedy uznamy, że trudno, czas i pora pogadać z naszym nastolatkiem o poważnych sprawach, „tych tematach”, to raczej nie oczekujmy pozytywnej reakcji z jego strony. Nagle ta wzajemnie skrywana seksualność ma się pojawić? To dopiero trudna, dyskomfortowa sytuacja. I być może dziecko dowiedziało się już o seksie na własną rękę od kolegów, z internetu. Tylko nie wiadomo, czy te informacje są rzetelne. W kwestii edukacji seksualnej nie ma też co liczyć na szkołę. Kwestia zajęć nazywanych wychowaniem do życia w rodzinie nadaje się na osobny, obszerny temat. Póki co polska szkoła nas raczej nie wyręczy, wręcz może zaszkodzić, jedynie strasząc ciążą, piekłem, pokazując filmy o rozerwanych płodach, ideologizując zamiast obiektywnie przedstawiać to obszerne i fascynujące zagadnienie.

Kiedy seksualność i cielesność są pełnoprawnymi, jawnymi elementami naszego życia, w tym życia rodzinnego, przekazujemy pozytywne wzorce potomstwu, które wie, że w każdej chwili może przyjść do nas z pytaniem, problemem natury seksualnej. Nie musi szukać pokątnie. Nie przekazujemy wstydu z pokolenia na pokolenie. Bo i nie ma się, czego wstydzić, kiedy mamy się z czego cieszyć. Naturalnie nie chodzi tu o uprawianie seksu przy dzieciach. I zupełnie czym innym jest indywidualne wypracowywanie intymności przez członków rodziny, do czego każdy ma prawo, a czym innym zdrowe podejście do seksualności, mówienie o niej pozytywnie, nieukrywanie tego, że jest, że rodzice się kochają, uprawiają ten seks i można z nimi na ten temat rozmawiać, bo kiedyś sami też tego doświadczymy. 

Kiedy opowiadam o moich doświadczeniach z rodzinnego domu, często spotykam się z zaskoczeniem rozmówców. A ja po prostu od zawsze wiedziałam, że jest seks, że mama z tatą się kochają, podobnie jak inni ludzie. Dla mnie to nic nadzwyczajnego, bo było na porządku dziennym. Na mojej półce stała sobie encyklopedia seksu dla dzieci. Kiedy jako kilkulatka chciałam jednak obejrzeć tę dla dorosłych, to z rodzicami obejrzałam. Posłuchałam, co mają mi do powiedzenia, pooglądałam obrazki. Nic tam nie było szczególnie ciekawego. Podobnie było z albumami z aktami. Widziałam nago mamę, babcię, zobaczyłam sobie i te panie. Miały różne biusty, różne cipki, różne owłosienie intymne lub jego brak. Były grubsze, chudsze. Jednym słowem różnorodne. Oglądałam, rozumiałam, że możemy się mocno od siebie różnić jako kobiety. Pytałam tatę po co mu ten album, które panie mu się podobają. Też miałam swoje typy. Co roku tata kupował również kalendarz erotyczny. Chodziliśmy do księgarni, ja dostawałam kalendarz z pieskami lub widoczkami, a tata z mamą wybierali, jakie „nagie panie” (oni mówili kalendarz erotyczny lub z aktami, ja mówiłam o „nagich paniach”, nikt nie mówił u nas „goła baba”, to, że te kobiety rozbierały się i pozowały nie oznaczało, że nie należy im się szacunek, że są gorsze czy coś) w danym roku ozdobią nasze mieszkanie. Nie było też w naszym domu problemu z cielesnością. Jeśli ktoś przeszedł po piżamę z łazienki do sypialni nago nie budziło to wręcz większego zainteresowania, ewentualnie uśmiech, jakąś radość. Zresztą często do dziś biorę kąpiel, kiedy mama w tym samym czasie w łazience na przykład myje zęby, zmywa makijaż. Plotkujemy, myjemy sobie wspólnie plecy albo coś sobie na naszych ciałach oglądamy, co wymaga konsultacji. Na plaży nudystów też nam się zdarza razem wylądować. Czy rozmawiać o kulkach waginalnych. Wszystko to w duchu wzajemnego szacunku, respektowania swoich granic, które znamy, jak i poczucia, że nie ma między nami niepotrzebnego tabu, że z problemem natury seksualnej możemy się do siebie zwrócić. Można? Można.

1 sexy fridays

Kadr z filmu „American Pie” 

Fot. materiały prasowe