Thomas S. Eliot w „Ziemi jałowej” pisał, że „Najokrutniejszy miesiąc w roku to kwiecień”. Kiedy będąc nastolatką pierwszy raz spotkałam się z tym poematem, to zdanie tak mocno zapadło mi w pamięć, że kwiecień stał się miesiącem, który wzbudza we mnie delikatny niepokój. Tak jest do dziś. Żeby zwalczyć to uczucie, staram się rekompensować je sobie małymi przyjemnościami i wraz z tym, jak przyroda zaczyna pozimową regenerację, „miesza się pamięć i pożądanie”, ja zaczynam własną – wewnętrzną.

Zamiast postanowień noworocznych – postanowienia wiosenne. Dłużej obecne światło dzienne otwiera nowe spojrzenie na świat i daje więcej siły do realizowania planów, nawet tych najbardziej wyobrażonych. I kiedy na fali nowego roku moi znajomi zapełniają sale siłowni i gotują zdrowe posiłki, ja odkładam to wszystko do pierwszych dni mojej ulubionej pory roku.

W odpowiednim momencie wpadł mi w ręce i okazał się bardzo inspirujący artykuł w nowym wydaniu „G’rls Room”, gdzie Marta Mitek pisze o ziołolecznictwie (3). Szybki przegląd moich potrzeb wysłał mnie do apteki po pokrzywę i bratka, więc pierwsze dni wiosny upływają mi pod znakiem ziołowych naparów. Taka wewnętrzna regeneracja to proces długofalowy, ale daje uczucie odnowy i dobrze wpływa na myślenie o tym, co mogę zrobić dla siebie żyjąc w pośpiechu. To rekompensata za życie w dużym mieście i poddawanie organizmu często szkodliwym czynnikom zewnętrznym, na które nie mam wpływu (smog jest nadal obecny!). Mam nadzieję, że w ten sposób ja i mój organizm zbudujemy jakieś porozumienie.

A jeśli o zdrowiu mowa, to ostatnio (dlaczego tak późno?) odkryłam blog Małgosi Minty mintaeats.com (2). Trafiłam na niego przez konto autorki na Instagramie i spędziłam cały wieczór na przeglądaniu i zapisywaniu przepisów. Rano pobiegłam po zakupy na ukochaną Halę Mirowską, żeby jak najszybciej przełożyć teorię na praktykę. Na stronie i w książce Małgosi można znaleźć mnóstwo prostych cudów. Prostych, bo wiosna zawsze oznacza dla mnie mniej czasu. Wybudzam się z zimowej apatii i zaczynam realizować wszystkie wymyślone w tym czasie projekty. Żeby się zatrzymać w miejscu, czytam – w metrze, w autobusie, w przerwach między rozmaitymi zajęciami. Jak zwykle nie mogę zdecydować się na jedną lekturę, więc czytam kilka jednocześnie. Teraz to „Niewidzialne miasta” Italo Calvino i „Wiadomość” Tove Jansson (4).

Czytam w biegu, a w wolnych chwilach oglądam. Ostatnio moją zdecydowaną faworytką jest wystawa „Przyjaźni moc” w lokalu_30 (1), kuratorowana przez Tomka Pawłowskiego. Wreszcie kobieca przyjaźń zyskała opis i to jaki spektakularny! Wszystkim polecam.

Z kolei miejscem, do którego będę ciągle wracać, jest Muzeum nad Wisłą (5), czyli pawilon Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które ostatnio zainaugurowało swoje otwarcie doskonale przygotowaną i imponującą na wielu poziomach wystawą „Syrena herbem twym zwodnicza”. Moja miłość do Warszawy znalazła wyraz w obrazach, a cykl wydarzeń towarzyszących zapowiada, że w kolejnych tygodniach spędzę tam niejedno popołudnie. Tym bardziej nie mogę doczekać się nadchodzących, coraz cieplejszych dni!

typ tygodnia anna pajecka muzeum syrena marta mitek girls room 

Opracowanie graficzne Małgorzata Stolińska na bazie materiałów prasowych