Polityka, wyznanie, kolor skóry, fakt posiadania dzieci lub ich brak – żyjemy w czasach, kiedy podziały społeczne są niezwykle wyraźne. I choć wydawać by się mogło, że receptą na znalezienie porozumienia jest odłożenie uprzedzeń na bok i wspólne zjedzenie czegoś dobrego, okazuje się, że preferencje jedzeniowe mogą dzielić równie mocno jak te polityczne. Bo troska o dobrostan zwierząt i ekologię może w wykonaniu niektórych stać się prawdziwą krucjatą.

W pewien słoneczny weekend wybraliśmy się z moim partnerem na spacer z psem. Po drodze zgłodnieliśmy, postanowiliśmy więc coś przekąsić, a że dzień był ładny, wybór padł na food trucka z burgerami. Rozsiedliśmy się wygodnie na trawie, pies zmęczony spacerem położył się w cieniu, jednym słowem – sielanka. Szybko okazało się jednak, że nasza chwila relaksu nie potrwa długo, bo zdałam sobie sprawę, że kosym okiem spogląda na nas pewna dziewczyna. „Cóż, może kogoś niefajnego jej przypominam” – pomyślałam i wgryzłam się w kanapkę, co wywołało gniewne parsknięcie dziewczęcia. Wstałam i spokojnie zapytałam, czy coś się stało i w tym momencie luźny, sobotni nastrój zniknął tak szybko jak przed chwilą kawałek soczystej wołowiny w pyszczku naszego psa. „Mordercy!” – usłyszałam, i choć w pierwszej chwili mogłam mieć jeszcze nadzieję, że wyobraźnia płata mi figle, dalszy potok inwektyw nie pozostawiał złudzeń, że mamy do czynienia z wege terrorystką. Dowiedzieliśmy się, że jesteśmy przyczyną wszystkich nieszczęść na świecie, że takich jak my powinno się zamykać w obozach, a w pierwszej kolejności należy nam zabrać psa, nad którym jako mięsożercy niechybnie się znęcamy. W trosce o własny spokój, w lekkim szoku poszliśmy dalej, kurczowo ściskając smycz.

Jeszcze tego samego dnia stało się jasne, że opisany przeze mnie przypadek, choć ekstremalny, nie jest wcale odosobniony. Wyżaliłam się znajomej, która odwzajemniła się historią, że pewien chłopak kazał jej się przesiąść, bo jej pizza z szynką parmeńską przyprawiała go o mdłości, a dziecku innej w supermarkecie ktoś powiedział „twoja mamusia zabija zwierzątka”. I o ile jestem w pełni świadoma negatywnych skutków masowej produkcji mięsa, to uważam, że kampanię na rzecz ograniczenia jego konsumpcji można prowadzić w bardziej subtelny sposób. Zamiast wyzywać ludzi od morderców, warto zacząć od uświadamiania, że istnieją alternatywy dla przemysłowej produkcji jedzenia, a bycie wege wcale nie oznacza żywienia się wyłącznie sałatą. My na przykład staramy się ograniczać ilość zjadanego mięsa, nie tylko ze względu na ekologię, ale też własne zdrowie, bo badania pokazują, że jego nadmierna konsumpcja szkodzi. Jajka i wędliny kupujemy tylko od zaprzyjaźnionej pani na targu, która wszystko ma w małych ilościach, na użytek własnej rodziny i kilku stałych klientów. I chociaż wiem, że „szczęśliwa krowa” też nie chce umierać, to całkowita rezygnacja z mięsa po prostu nie jest dla nas. Zjedzenie krwistego steka od czasu do czasu jest jedną z „guilty pleasures”, której nie jestem w stanie sobie odmówić. W dodatku, mimo że podziwiam tych, którzy są w stanie skomponować zbilansowaną dietę dla siebie, a czasem i swoich dzieci bez użycia produktów odzwierzęcych, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że moja dieta, choć zawiera mięso, jest zdrowsza od menu niektórych wegan, żywiących się głównie smażonym na głębokim tłuszczu falafelem i frytkami. Różnica polega na tym, że ja nikomu do jego falafela czy frytek nie pluję i nikogo do jedzenia mięsa nie zmuszam. Nie brakuje natomiast wege ekstremistów, którzy swą ideologię chcą wtłoczyć innym z zawziętością godną orszaków fanek Radia Maryja. Wystarczy poczytać komentarze na portalach społecznościowych, by przekonać się, że lunch może dzielić równie mocno, co wybór kandydata na prezydenta. 

Bardzo dużo jest wegetarian i wegan, którzy swoich przekonań nikomu nie próbują narzucać. Ci najczęściej nie jedzą mięsa od dawna, nieraz nawet od dziecka. Najgorsi natomiast, jak to zwykle bywa, są neofici. Ci, którzy jeszcze całkiem niedawno wcinali jajka na bekonie, aż im się uszy trzęsły, dziś niczym Krzyżowcy najdumniej niosą wege sztandar. Biada temu, kto w ich towarzystwie choć zająknie się, że we Włoszech jadł pyszne steki, a zaproszenie świeżo upieczonego weganina na grilla może spowodować prawdziwy huragan wściekłości. Albo, jak zdarzyło się mojej znajomej, focha, że jego cukinia piecze się na tym samym grillu, co karkówka reszty. Bo przecież każdy, kto odważy się zaprosić niejedzącą mięsa osobę powinien dysponować osobnym grillem, garnkiem, kompletem zastawy i sztućców, a w przypadku wegan, również szklanką, bo być może w tej, w której teraz mieni się odcieniami zieleni lemoniada pietruszkowa, wcześniej było, o zgrozo, krowie mleko! Ciężkie skażenie organizmu gwarantowane. Oczywiście taki jedzeniowy terror nie jest wyłącznie domeną roślinożernych ekstremistów – podobne zachowania prezentują zaczynający swoją przygodę z domniemaną nietolerancją na gluten albo laktozę czy ci, którzy dowiedzieli się, że mają alergię na wszystko, co kosztuje poniżej 40 złotych za kilo i nie zostało nabyte w ekologicznych delikatesach. Cóż, niektórzy swoją wyjątkowość budują na tym, co potrafią, inni – na tym, czego nie jedzą.

Dowiedzieliśmy się, że jesteśmy przyczyną wszystkich nieszczęść na świecie, że takich jak my powinno się zamykać w obozach, a w pierwszej kolejności należy nam zabrać psa, nad którym jako mięsożercy niechybnie się znęcamy.

Wegański terror do Polski dotarł stosunkowo późno, za to na świecie można go obserwować od dawna. Nieoficjalnie wiadomo, że jeśli ktoś chce pracować u Stelli McCartney, może zapomnieć o kanapce z salami na drugie śniadanie. Projektantka, która nie używa futer ani naturalnych skór, nie toleruje mięsa na terenie swojego zakładu pracy. Co ciekawe, sama Stella wcale nie jest bez skazy. Spora część jej ubrań jest uszyta z jedwabiu, co wytykają jej weganie. W dodatku w 2015 roku okazało się, że część wełny, której używa w swoich projektach, pochodzi z farmy owiec w Patagonii, której pracownicy znęcają się nad hodowanymi zwierzętami. Co prawda po alarmującym raporcie PETA projektantka zerwała kontrakt z patagońskimi dostawcami i wydała stosowne oświadczenie, ale pozostał niesmak i pytanie – czy można mieć pewność, że wełna, której używa teraz, pochodzi z lepszego miejsca, czy może po prostu jej nowi producenci są bardziej ostrożni. Za przyniesienie do pracy bułki z pastrami można wylecieć, ale jak mówi stare przysłowie „pieniądz nie śmierdzi”, a ubrania z czegoś trzeba przecież szyć.

Wegetarianizm czy ograniczanie spożycia mięsa można na szczęście promować w mądry sposób. Świetnym tego przykładem jest Jamie Oliver, który zapoczątkował akcję „Meet Free Monday”. Znany z kampanii na rzecz zdrowego odżywiania kucharz co tydzień zamieszcza na swojej stronie prosty i tani przepis na bezmięsne danie, które zwykle wygląda tak smakowicie, że nawet najbardziej zagorzałym mięsożercom cieknie ślinka. Niestety, dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane – Oliver znalazł się w ogniu krytyki po tym, jak w jednym z odcinków jego programu „Włoska wyprawa Jamiego” własnoręcznie zabił, a następnie upiekł jagnię. Pojawiły się głosy, że program oglądają dzieci i ta scena jest zbyt drastyczna. Kucharz odpowiedział, że gdyby przyrządził danie bez pokazania, jak pozyskał mięso, czułby się hipokrytą, a przecież jagnięcina nie rośnie na drzewach. Podobny protest wywołała emisja odcinka polskiej edycji programu „Masterchef Junior”, gdzie dzieci najpierw zobaczyły żywe ptactwo, a potem miały coś z jego mięsa ugotować. Oczywiście nie własnoręcznie pozyskanego, a znalezionego w spiżarni. Co w tym złego? Czy dzieci nie powinny wiedzieć, skąd pochodzi mięso? Czy więcej szacunku do tego, co jedzą będą miały myśląc, że schabowe rosną na półkach w supermarkecie? Rocznie wyrzuca się w Polsce około 9 milionów ton żywności, w tym mięsa. Zamykanie oczu na to, skąd ono pochodzi, sprawia, że łatwiej kupić pół kilo szynki, a potem połowę wyrzucić. Natomiast świadomość, że zwierzę oddało życie, żebyśmy my mogli zjeść kanapkę, może spowodować, że następnym razem kupimy mniej i nic się nie zmarnuje. Co ciekawe, o dziecięcą psychikę troszczyli się ci sami ludzie, którzy nie widzą nic złego w organizowanych w centrum Warszawy happeningach, gdzie ucharakteryzowani na obdartych ze skóry ludzie leżą na ulicach, aby zniechęcić do kupna futer. Cel szczytny, przekaz dość brutalny.

Temat ekologii i wegetarianizmu nie jest łatwy. Mądrzy, świadomi ludzie, prowadzący wege bary i restauracje mówią, że nic nie jest czarno-białe. Bo owszem, produkcja mięsa bardzo szkodzi środowisku, ale masowa produkcja soi czy innych genetycznie modyfikowanych warzyw również nie jest obojętna dla Ziemi. A wielu, pod płaszczykiem miejsc dla roślinożerców, sprzedaje właśnie warzywa z masowej uprawy, nafaszerowane chemią. Dlatego, dopóki nie opracujemy sposobu na żywienie się energią z kosmosu, najważniejsze to zachować zdrowy rozsądek. A przede wszystkim zrozumieć, że agresją i przymusem niczego nie da się osiągnąć.

1 felieton natalia jeziorek wegetarianizm vege 

Fot. unsplash.com