„Nie mam geniuszu Larsa, ale posiadam więcej wewnętrznej harmonii” – opowiadała kiedyś w wywiadzie Lone Scherfig. I wspomnianą harmonię rzeczywiście widać w jej filmach. Młoda Scherfig była mocno zainspirowana ideałami deklaracji Dogma 95, stworzonej między innymi przez Larsa von Triera i Thomasa Vinterberga. W swoich wczesnych filmach trzymała się przesiąkniętych buntem zasad Dogmy, czego najlepszym przykładem był nagrodzony na licznych festiwalach filmowych „Włoski dla początkujących” – nakręcony prawie w całości w jednej, małej przestrzeni, wykorzystujący naturalne dźwięki, oszczędny w środkach. Jednak już w przypadku tego obrazu widać było, że Scherfig nie podporządkowuje się bezwzględnie narzucanym zasadom. W przeciwieństwie do większości dzieł von Triera i spółki „Włoski dla początkujących” miał w sobie komediowy rys i specyficzne ciepło, którego brak w pesymistycznych, nieraz trudnych w odbiorze wczesnych obrazach wyznawców Dogmy.

U Scherfig to ciepło i lekkość są dalej bardzo mocno obecne. Nie oznacza to, że jej filmy kończą się typowym happy endem czy nie poruszają trudnych tematów, ale pokazują historie, balansując między słodyczą a kwasowością. W ostatnich obrazach Lone Scherfig – kierowanych zdecydowanie do szerszej publiczności – takich, jak „Jeden dzień” czy „Zwyczajna dziewczyna”, nie czuć już właściwie żadnego przywiązania do ideałów Dogmy, ale widać, że są one częścią twórczej drogi, którą Scherfig przeszła. Reżyserka wciąż nie eksploruje konkretnych filmowych gatunków, a swobodnie je miesza, wykracza poza schematy. Jednocześnie nie obawia się choćby osadzania filmu w różnorodnych realiach historycznych, co dla twórców deklaracji z lat 90. byłoby absolutnie niedopuszczalne.

Tymczasem Scherfig wręcz delektuje się zabieraniem widza do innego czasu i miejsca. W wywiadzie dla „The Variety” opowiadała o tym, że przenoszenie się do innej epoki i zabieranie tam wraz ze sobą odbiorców to jedna z rzeczy, które w tym momencie fascynują ją najbardziej. Taka praca wymaga ogromnego researchu i wsparcia ze strony specjalistów – zaznaczała Scherfig – ale wysiłek się opłaca. Do tego czasu Dunka najczęściej „odwiedzała” lata 60., teraz za sprawą „Zwyczajnej dziewczyny” przenosi się do lat 40. Poza wieloma walorami filmu, na pierwszy plan wysuwa się z pewnością dopracowana, pełna kuszących detali warstwa estetyczna. Podobnie, jak w przypadku obrazu „Była sobie dziewczyna”, w nowej filmowej opowieści również z chęcią sycimy oko starannie skrojonymi ubraniami, akcesoriami z epoki, nienagannymi fryzurami, klimatycznym wystrojem wnętrz.

zwyczajna dziewczyna shopping muza

1. broszka z kolekcji Just Like A Woman Anny Ławskiej, cena: 189 zł, 2. buty na obcasie Klunken Vintage, cena: 50 zł, 3. płaszcz Lourse Warsaw/ Klunken Vintage, cena: 60 zł, 4. skórzana torba Molehill, cena: 399 zł. beret H&M, cena: 20,90 zł; kadr z filmu „Zwyczajna dziewczyna”.

Pod zdecydowanie przyjemną w odbiorze warstwą estetyczną w „Zwyczajnej dziewczynie” kryje się też kilku wymiarowa treść. Obraz skupiający się na zmaganiach debiutującej scenarzystki Catrin Cole (Gemma Arterton), która zostaje zaangażowana do pracy nad filmem propagandowym, nawiązuje do historii wielu kobiet, które musiały (i wciąż muszą) walczyć o swoje, jeśli chcą rozwijać się zawodowo. Scenariusz nawiązuje też do biografii scenarzystki Diany Morgan, która rozpoczęła pracę właśnie w czasie wojny, a powstał na podstawie książki „Their Finest Hour and a Half” Lissy Evans. Zresztą kobiecego pierwiastka jest tu znacznie więcej, bo większość ekipy filmowej (poza szefem zespołu operatorskiego i producentem) stanowiły kobiety. Scherfig w wywiadzie dla womenandhollywood.com podkreślała, że zatrudnianie kobiet jest dla niej ważne i naturalne oraz zwracała uwagę, że w branży filmowej w Wielkiej Brytanii, z którą się związała, jest to normalna praktyka, na co przeprowadzająca wywiad dziennikarka zwróciła uwagę, że w Hollywood niestety nie. Producentem „Zwyczajnej dziewczyny” swoją drogą został Stephen Woolley, który pracował wcześniej nad licznymi filmami z feministycznym przesłaniem – wystarczy wspomnieć, że w ubiegłym roku w kinach pojawił się produkowany przez niego obraz „Carol” opowiadający o miłości między dwoma kobietami, a teraz Wolley przygotowuje film o francuskiej pisarce Colette.

Lone Scherfig nie uważa jednak, by feministyczne przesłanie było w jej nowym filmie najważniejsze. „Zwyczajna dziewczyna” to jej zdaniem opowieść, w której mieści się kilka tematów i każdy z nich może być swobodnie wysunięty na pierwszy plan przez widza. To historia o tworzeniu i towarzyszących mu kompromisach, wytrwałości, otwartości na zmiany, akceptowaniu przemijania... Scherfig stawia przed nami wiele zagadnień i podaje je w na tyle lekkiej formie, że „Zwyczajną dziewczynę” ogląda się po prostu z przyjemnością.

Lone Scherfig 1

Lone Scherfig

Fot. kolaż Małgorzata Stolińska na bazie materiałów prasowych, b.dk