Dziś mamy dla was coś o miłości... wśród ptaków. A konkretnie albatrosów. Czyli fragment z pięknie ilustrowanej, ciekawej książki „Rzecz o ptakach” Noah Stryckera, która niedawno ukazała się nakładem Wydawnictwa Muza. Czytajcie!

Wędrujące serca

O miłości w świecie albatrosów

Romantyczne życie albatrosa jest w pewnym sensie rodzajem miłości absolutnej, marzeniem, w którym wszystkie horyzonty otwierają się na nieograniczony wszechświat, w którym wszystko jest możliwe, jeśli zapewni się mu odpowiednią ilość czasu i przestrzeni. Albatrosy istnieją tak blisko nieskończoności, że w wietrzny dzień, przy odpowiednim stanie ducha, z dala od lądu, zwykłemu obserwatorowi można wybaczyć, iż zapomniał, że to ziemskie istoty. Jak by to było – dryfować na skrzydłach, z których każde ma 180 centymetrów długości, będąc niesionym przez wiatr, w całkowitym oderwaniu od przyziemnego żywota?

W albatrosach jest coś uduchowionego. Przy 95 procentach czasu spędzanego nad otwartym oceanem żyją one tak diametralnie inaczej niż my – inaczej niż większość istot na naszej planecie – że trudno uwierzyć, iż te ptaki oddychają tym samym co my powietrzem. Co może tłumaczyć, dlaczego ich życie wydaje się tak romantyczne. Widziałem, jak ludzie odwiedzający kolonię albatrosów na odległej wyspie płakali ze wzruszenia, padali na kolana jak na pielgrzymce do sanktuarium. Wróble nie wywołują raczej takich emocji.

Wszystko, co kiedykolwiek słyszeliście o albatrosach, jest zapewne prawdą, a nawet czymś więcej. Zawsze przypuszczano, że pokonują one ogromne odległości, ale nie wyobrażano sobie, że aż tak duże, dopóki w latach 80. naukowcy nie zaczęli stosować u poszczególnych ptaków znaczników GPS.

Liczby są szokujące. Ostatnio zarejestrowano lot albatrosa szarogłowego, który w ciągu 42 dni zatoczył koło nad całym Oceanem Południowym, wokół wybrzeży Antarktydy, po czym kontynuował lot na wschód, niesiony wiatrem, oblatując świat kilkakrotnie w roku następnym. Albatrosy ciemnolice, gniazdujące na tropikalnych wyspach Pacyfiku, regularnie pokonują 3200 kilometrów na Alaskę i z powrotem po to tylko, by szybko upolować jakiś kąsek dla głodnych piskląt. Albatrosy wędrowne, o największej rozpiętości skrzydeł, jaką można spotkać u ptaków latających – niemal 3,6 metra od jednego krańca do drugiego – mogą pokonywać kilkaset kilometrów dziennie, odpoczywając nawet w trakcie lotu. Pośrednie dowody wskazują na to, że mogą one wyłączyć połowę mózgu, a tym samym spać podczas lotu przy prędkości 40 mil na godzinę. Ponieważ albatrosy mają specjalne ścięgno blokujące ramię, nie zużywają energii na utrzymywanie rozłożonych skrzydeł. Ich tętno spoczynkowe jest prawdopodobnie wolniejsze w czasie lotu niż podczas siedzenia na ziemi. Jeśli przemnożyćodsetek czasu, jaki każdy albatros wędrowny spędza codziennie w powietrzu przez jego średnią prędkość lotu i przewidywaną długość życia, to okaże się, że przeciętnie pokona on w swoim życiu, ostrożnie licząc, 6,43 miliona kilometrów, co równa się ośmiu podróżom na Księżyc i z powrotem, czyli odległości większej niż ta, którą pokona jakiekolwiek zwierzę na Ziemi, czy też jakikolwiek samochód skonstruowany przez człowieka. Prawdziwi z nich wędrowcy.

Jednakże życie tego niespokojnego ducha nie zawsze jest tak romantyczne, jak mogłoby się wydawać, co każdy strudzony wędrowiec może potwierdzić. Gdy jest się ciągle w powietrzu, pokonując sto sześćdziesiąt tysięcy kilometrów rocznie, trudno jest zagrzać miejsce na lądzie na tyle długo, by znaleźć bratnią duszę i ją pokochać. Można by więc logicznie przypuszczać, że albatrosy, wieczni wędrowcy w świecie ptaków, godzą się na konieczne poświęcenie w sprawach sercowych. Tak się jednak nie dzieje. Ci globtroterzy, którzy łączą się w pary na całe życie i są niezmiernie wierni swoim partnerom, mogą właśnie mieć najbardziej głębokie życie miłosne ze wszystkich zwierząt na naszej planecie. To właśnie sprawia, że te ptaki z bliska są tak emocjonalnie fascynujące. Aby zobaczyć, czym jest prawdziwe poświęcenie, trzeba spędzić trochę czasu z albatrosami.

BIOLODZY NIEWIELE MÓWIĄ o miłości – to słowo ma za dużo znaczeń, jest za mało naukowe na potrzeby języka akademickiego. Omawiając temat miłości wśród zwierząt, z reguły używają bardziej klinicznych określeń, takich jak „łączenie w pary” czy też „związek monogamiczny”, generalnie odnosząc się do wzajemnego przyciągania, bez sentymentalnych podtekstów. Nie ma fizycznego sposobu na zmierzenie miłości, co częściowo tłumaczy, dlaczego jest ona tak tajemnicza i inspirująca.

2 rzeczy o ptakach

Sroka

Znamy jednak kilka szczegółów odnośnie tego, jak działa miłość, zwłaszcza w przypadku ludzi. Gdy dwoje ludzi zakochuje się, ich mózgi działają w przewidywalny, w pewnym sensie prozaiczny sposób. Precyzując, nigdy nie kochamy całym sercem – w rzeczywistości kochamy jądrem limbicznym śródmózgowia i jądrem ogoniastym, umiejscowionym głęboko we wnętrzu czaszki, gdzie przetwarzane są pierwotne popędy, takie jak głód czy pragnienie. Ostatnie badania ujawniły, że nastolatki nazywające siebie „szaleńczo zakochanymi” miały wysoki poziom dopaminy – tego samego związku chemicznego, który wydziela się pod wpływem kokainy (i daje wrażenie kołatania serca). Nic dziwnego, że zakochani czasami robią szalone rzeczy – są na miłosnym haju.

Na szczęście te początkowe objawy nie trwają wiecznie. Poziom dopaminy, jak również innych związków chemicznych związanych z zakochaniem – łącznie z feromonami, serotoniną i białkowym czynnikiem wzrostu nerwów (NGF) – wydają się powracać do normy w ciągu roku do trzech lat. Związki niezmiennie stabilizują się po pierwszym etapie szczenięcej miłości. Iskra niekoniecznie gaśnie, ale mózg powraca do stanu trzeźwości umysłu.

Ten sam zalew związkami chemicznymi występuje, przynajmniej do pewnego stopnia, u wielu zwierząt. Ale to nie wszystko. Miłość to znacznie więcej niż narkotyczne odurzenie. Gdyby na nim poprzestać, biegalibyśmy w poszukiwaniu następnej dawki – a generalnie, z kilkoma wyjątkami, tak to w naszym przypadku nie działa. Większość ludzi wchodzi w długotrwałe związki, będąc wiernymi jednemu partnerowi. Biolodzy określają to jako przywiązanie, głosząc teorię, według której pary pozostają razem dokładnie z tych samych powodów, dla których dziecko lgnie do matki: taki układ przynosi korzyści obydwu stronom. Początkowe pożądanie scala i umacnia związek. Jednak przywiązanie trudniej zmierzyć niż pożądanie, gdyż nie zostawia ono tak wielu śladów aktywności chemicznej i jest trudne do przewidzenia.

Powiedzenie „przeciwieństwa się przyciągają” nie jest do końca prawdą, gdy chodzi o relacje międzyludzkie. Często szukamy partnerów życiowych o odmiennych genach definiujących układ odpornościowy, nawet gdy nie jesteśmy świadomi naszego wzajemnego „poprawiania genotypu” – tendencji zauważonej również u innych kręgowców, która prawdopodobnie daje naszemu potomstwu lepszą odporność na choroby. Ogólnie rzecz biorąc, nasz wymarzony partner jest obrazem nas samych, lecz płci przeciwnej: ma taki sam status społeczny, stan zdrowia, wiek itd. Im bardziej jesteśmy podobni do naszego partnera czy partnerki, tym bardziej prawdopodobne, że początkowy etap zakochania „po uszy” przejdzie w fazę długotrwałego przywiązania. Im więcej różnic między partnerami, tym więcej rozdźwięków pojawi się z upływem czasu.

Wiemy instynktownie, jak to jest być w długotrwałym związku, ale trudno powiedzieć, czy inne zwierzęta czują w ten sam sposób. Czy albatrosy popadają w stan odurzenia, gdy spotykają potencjalnego partnera? Co dzieje się w ich umysłach dwadzieścia lat później, gdy odbywają lęgi wciąż z tym samym partnerem? Czy przechodzą przez te same etapy miłości? Niektórzy upierają się, że mówienie o emocjach wyrażanych przez zwierzęta jest niebezpiecznie bliskie ich antropomorfizacji, lecz każdy, kto kiedykolwiek miał jakieś zwierzę lub obserwował uważnie kilka różnych ptaków przez dłuższy czas, może mówić o różnorodności ich nastrojów. Dlaczego nie niekwestionowanej miłości?

Osobiście uważam, że albatrosy przeżywają miłość bardziej intensywnie niż my, a dostępne dowody wydają się wspierać mój pogląd. Nieważne, jaki rodzaj uczuć będziemy analizować, w każdym przypadku albatrosy będą wypadać lepiej od nas.

TYLKO OKOŁO 3 PROCENT z 5000 gatunków ssaków jest uważanych za monogamiczne społecznie. Poza ludźmi na tej liście są wilki, bobry i zaskakująco kochliwe norniki preriowe. Jednakże co najmniej 90 procent wszystkich ptaków w pewnym momencie życia łączy się w pary na stałe (kilka gatunków innych zwierząt również tworzy długotrwałe związki, łącznie z pasożytniczym robakiem, który woli kopulować ze swoją wybranką wewnątrz ludzkiej wątroby). Zanim jednak dojdziemy do obiecujących wnios­ków na temat ptaków łączących się w pary na całe życie, musimy zdać sobie sprawę, że pozory mylą.

Monogamia wśród ptaków nie jest opcją zero–jedynkową. Strategie rozrodcze cechują się ogromną różnorodnością – od całkowitego oddania, do zupełnej rozwiązłości. Większość ptaków plasuje się gdzieś pośrodku. Wiele z nich traktuje lojalność, tak jak im wygodnie. U kolibrów więź trwa tylko tyle, co kopulacja – może przez kilka sekund. Potem samice odlatują, by zbudować gniazdo i wychować samodzielnie pisklęta, podczas gdy samce całe lato sączą nektar z kwiatów. Większość ptaków śpiewających ma letnie romanse, trzymając się razem ledwie na tyle długo, aby wyprowadzić lęg, a następnie odlecieć każdy w swoją stronę. Taki układ wydaje się być w porządku, ponieważ większość ptaków śpiewających nie żyje zbyt długo. Nie ma sensu angażować się w długotrwały związek, skoro jest możliwe, że partner padnie martwy w ciągu następnego roku. Jednocześnie ptaki, które tradycyjnie łączą się w pary na całe życie, są z reguły większe i żyją dłużej: gęsi, łabędzie, żurawie, sowy, papugi, orły, mewy, pingwiny… i albatrosy.

Nawet najbardziej oddane sobie ptasie pary często zdradzają siebie nawzajem za plecami swoich partnerów. Przez wiele lat biolodzy uważali, że jeśli dwa ptaki dobrały się w parę, mogły być określane mianem monogamicznych – jeden samiec, jedna samica i ich potomstwo – lecz współczesne badania DNA dowiodły, że są to rzadkie przypadki. Większość ptaków rzeczywiście tworzy trwałe pary, które ze sobą współpracują, ponieważ trudno jest samotnym rodzicom wychować młode w pojedynkę, jednak potomstwo tych par często ma nieznanych ojców. Innymi słowy, ptasie mamy rutynowo udają się na ukradkowe szybkie numerki.

Niektóre ptaki, powszechnie uważane za monogamiczne, są bardziej rozwiązłe niż inne. Najbardziej rozpustnym ptakiem na świecie jest bagiennik ostrosterny – drobny, niepozorny mieszkaniec terenów wodno-błotnych na wybrzeżu wschodniej części Stanów Zjednoczonych. Pewne badanie wykazało, że ponad 95 procent wszystkich jaj u tego gatunku zostało zapłodnionych przez innych ojców, przeciętne gniazdo zawierało jaja z DNA od 2,5 samca, a szansa, że młode z tego samego gniazda mają tego samego ojca, wyniosła zaledwie 23 procent. Mimo to te małe wróblaki łączyły się w pary i z oddaniem wychowywały potomstwo, jakby nic nie działo się na boku. Jedynym śladem wskazującym na ich miłostki było inne DNA w każdym jaju. Niewiele ptaków może pochwalić się taką liczbę zdrad (chociaż papuzica duża z Madagaskaru czy chwostka szafirowa z Australii są blisko), jednak niemal wszystkie ptaki trochę się szlajają. Idea wierności wśród ptasich par jest przeważnie romantycznym urojeniem.

Nie żeby samice przynajmniej nie próbowały pozostać wiernymi. Procentowo znaczna część kopulacji pozapartnerskich w przypadku skądinąd monogamicznych ptaków może być wymuszana przez niesparowane samce na samicach bez ich przyzwolenia. W przypadku kilku gatunków kaczek stwierdzono, że samice utopiły się podczas próby ucieczki przed zalotami agresywnych niesparowanych samców. Jednak wiele samic wymyka się z własnej woli, aby kopulować z samcami, które nie są ich głównymi partnerami, czasami w sąsiednich terytoriach, z takim samym skutkiem: ojciec może wychowywać cudze dzieci, nie wiedząc o tym. Nawet łabędzie i gołębie, stanowiące wzorowy przykład prawdziwej miłości w świecie zwierząt, nie zawsze dochowują wierności, chociaż znajdują się na szarym końcu skali rozwiązłości. Ścisła monogamia ma swoją cenę. Aby mieć pewność co do wychowywania własnych dzieci, samce gołębiaka długosternego muszą zawsze pozostawać w pobliżu samic i agresywnie atakować intruzów, zaprzeczając tym samym swojej pokojowej reputacji.

Wskaźnik rozwodów, rozstań, u ptaków będących w długotrwałym związku – czyli procent par rozpadających się, zanim jeden z partnerów umrze – jest pouczający. Proporcje rozwodów różnią się znacznie wśród ptaków, o których mówi się, że łączą się w pary na całe życie. Flamingi na przykład są beznadziejne w dotrzymywaniu wierności, zajmując najwyższe miejsce w rankingu rozwodów z wynikiem 99 procent. Tropikalne ptaki nie są jedynymi łowcami przygód: pingwiny królewskie są podobnie niestałe w uczuciach, ze wskaźnikiem rozwodów bliskim 80 procent (nadzwyczaj wysokim wśród pingwinów, które generalnie pozostają razem przez wiele lat). Dla porównania, tylko od 5 do 10 procent łabędzi rozwodzi się, a niektóre gatunki kruków mają jeszcze niższy wskaźnik rozwodów.

Ptasie rozwody są dość wnikliwie badane, co przekłada się na różne hipotezy odnośnie powodu, dla którego dwa ptaki miałyby się dobierać w pary, spędzać kilka lat w związku, a potem iść (a raczej odlecieć) każde w swoją stronę. Jedna z teorii, zwana hipotezą niekompatybilności, dowodzi, że niektóre osobniki po prostu nie są stworzone dla siebie, chociaż mogą dogadywać się z innymi. Inna popularna hipoteza głosi, że niektóre wygodnickie ptaki nie będą produktywne niezależnie od tego, z kim dobiorą się w parę. Partnerzy takich obiboków powinni odejść przy pierwszej okazji.

Ta druga teoria wydaje się sprawdzać przynajmniej w niektórych przypadkach. Samice modraszki w Europie na ogół osiągają większy sukces lęgowy po tym, jak porzucą jednego samca dla drugiego z lepszym statusem społecznym, wskazując tym samym, że jedne samce są lepsze od innych (jednocześnie porzucone samce osiągają gorszy sukces lęgowy). Jednakże opuszczenie partnera bywa ryzykowne, ponieważ nie mając alternatywnego planu, nagle rozwiedziony ptak staje z powrotem w szeregu singli, a znalezienie nowego partnera może okazać się trudne. Pewne badanie nad mewami wykazało, że dokładnie jedna trzecia rozwódek nigdy nie przystąpiła ponownie do lęgu, mimo że niektóre z nich żyły jeszcze 10 lat. Czasami partnerzy nie poddają się bez walki – samice wydrzyków są znane z zabijania swoich konkurentek w walce o pożądanego samca. Można by pomyśleć, że w takim przypadku samce staną w obronie atakowanych samic. One jednak nie wtrącają się w te spory na zasadzie chłodnej kalkulacji – wiedzą, że wygra najsilniejsza samica. To daje do myślenia: jaki rodzaj miłości pozwala stać z boku i patrzeć, jak partnerka ginie, a następnie radośnie wejść w związek z jej morderczynią, jak gdyby nic się nie stało?

3 rzeczy o ptakach

Żako, perkoz

Obecnie szacuje się, że około 40 procent nowo zawartych małżeństw w USA zakończy się rozwodem, co stawia nas na mniej więcej tym samym poziomie romantyzmu, na którym plasuje się głuptak galapagoski, gatunek ptaka morskiego znany między innymi z regularnego mordowania swojego rodzeństwa w gnieździe. Trudno określić, ile ludzkich par wychowuje dzieci z DNA tylko jednego z rodziców, ale takie przypadki się zdarzają. Podobnie jak ptaki, jesteśmy monogamistami społecznymi, ale nie pozostajemy wierni przez cały czas.

A albatrosy? Podobnie jak my, żyją długo i wkładają dużo wysiłku w wychowanie potomstwa. W przeciwieństwie do nas w ich przypadku wskaźnik rozwodów wynosi niemal zero procent i jest prawdopodobnie najniższy wśród ptaków. Zero procent! Przy albatrosach wyglądamy jak frywolni rozpustnicy. Albatrosy mają również relatywnie niski wskaźnik ojcostwa poza związkiem – tj. piskląt spłodzonych przez innego ojca – chociaż w jednym z badań wykazano, że jedno na pięć piskląt albatrosa wędrownego ma inne DNA niż jego ojciec. Autorzy tych badań wysnuli hipotezę, według której zdrady są dla uwięzionych w długotrwałych relacjach samic czymś w rodzaju odskoczni, która również pozwala ograniczyć chów wsobny. Dla albatrosa rozwód nie jest zazwyczaj słuszną opcją. Rozstanie oznaczałoby stratę kilku lat, ponieważ znalezienie partnera zajmuje tym ptakom sporo czasu. Muszą dokonać właściwego wyboru za pierwszym razem. Wszystko, co robi albatros, jest przemyślane – zwłaszcza gdy chodzi o miłość.

CAŁE ŻYCIE ALBATROSA sprowadza się do bycia cierpliwym. Po tym, jak albatros wędrowny wykluje się z jaja, siedzi samotnie – ponieważ nie ma rodzeństwa – w gnieździe przez całe dziewięć miesięcy, przez większość czasu kontemplując w ciszy otoczenie. Rośnie powoli. Jego matka i ojciec są zapracowanymi, wiecznie nieobecnymi rodzicami, którzy przeczesują rozległe oceany w poszukiwaniu pożywienia i tylko od czasu do czasu powracają do gniazda, by dostarczyć szybką kolację. W końcu pewnego dnia, gdy młody albatros dojdzie do wniosku, że jest już gotowy, rozpościera swoje niesprawdzone jeszcze skrzydła i bez żadnych instrukcji wylatuje z gniazda w morze po to, aby spędzić kolejne sześć lat w pojedynkę, patrolując najbardziej odległe rejony Oceanu Południowego. I co jest niezwykłe, podczas tych pierwszych kilku lat swojego życia ten samotny ptak prawdopodobnie nigdy nie znajdzie się na tyle blisko lądu, by mógł go widzieć.

Mniej więcej w wieku sześciu lat albatros powraca na macierzystą wyspę tylko po to, by znaleźć partnera. Inne dorastające albatrosy również przybywają z odległych zakątków i ich życie nagle zaczyna się rozkręcać. Po wielu latach pobytu na morzu bez żadnego życia towarzyskiego spotykają się na stałym lądzie – i zaczynają tańczyć.

Taniec godowy albatrosa wędrownego jest skomplikowany, nostalgiczny i dla obserwatora prosty w formie. Różni się znacznie od tańców ptaków na YouTube czy też papug zakochanych w boysbandach, wspomnianych we wcześniejszym rozdziale. Dwa ptaki stają naprzeciw siebie, tupią nogami, pozostając blisko siebie, poruszają się w przód i w tył, testując nawzajem swój refleks i unosząc dzioby ku niebu. Następnie, wydając jednocześnie mrożący krew w żyłach krzyk, każdy z albatrosów rozpościera skrzydła, by popisać się sięgającą 3,6 metra ich rozpiętością, wznawiając grę i przyjmując jak najlepszą pozycję. Dotykają się dziobami, ponownie odrzucają w tył głowy i krzyczą, jak gdyby nikt ich nie obserwował – i zwykle tak jest, ponieważ ptaki te gnieżdżą się jedynie na nielicznych odległych i niegościnnych wyspach na półkuli południowej. Taniec godowy może trwać przez kilka minut, w czasie których ptaki reagują na dawane sobie wzajemnie sygnały jak para zawodowych tancerzy na sali balowej.

Gdy młode albatrosy zaczynają tańczyć po raz pierwszy, znają instynktownie ruchy, ale niezgrabnie przechodzą od jednego kroku do drugiego. Trening czyni mistrza, nawet w świecie albatrosów. Bardzo młode osobniki zbierają się w grupy liczące po kilka ptaków. Formują nierówny krąg, zwracając się twarzami do środka jak dzieci na szkolnym balu. Obserwują uważnie jeden drugiego, naśladując wzajemnie swoje układy taneczne i stopniowo doskonaląc swój własny styl. Gdy ptaki dopracują technikę, skupiają uwagę na kilku wybranych partnerach do tańca, spędzając więcej czasu w mniejszych grupach, aż w końcu każdy albatros ograniczy swój wybór do jednego osobnika, który zostanie jego partnerem życiowym. Zanim tak się stanie, ptak spędzi bardzo dużo czasu, tańcząc z konkretną wybranką – w końcu wybór idealnego partnera może zająć całe lata – tak że sekwencja ruchów danej pary stanie się niepowtarzalna jak odcisk palca kochanka. Gdyby opisać dokładnie, jak ptaki wykonują swój taniec, można by zauważyć, że każda para różni się nieco od innych układem choreograficznym, ale za każdym razem wykonuje takie same ruchy.

Gdy tylko albatrosy ustatkują się, znalazłszy życiowego partnera, ich taneczne dni są policzone. Od czasu do czasu odtańczą tylko fragment sekwencji na powitanie, ale w miarę upływu lat każda para poświęca mniej czasu tańcom, a więcej wychowaniu piskląt. Gdy założą rodzinę, znikają ze sceny singli i przechodzą do kolejnego etapu życia.

Zanim upłynie okres młodości spędzonej na oceanie i następujący po nim czas tańca, albatros wędrowny może skończyć piętnaście lat, gdy po raz pierwszy przystąpi do gniazdowania. Odtąd pozostanie najczęściej wierny swojemu partnerowi, dopóki jeden z nich nie umrze, co może nastąpić dopiero po upływie pięćdziesięciu lat (niektórzy twierdzą, że albatrosy mogą dożywać stu lat, lecz nie wiadomo tego na pewno, ponieważ nikt nie badał ich aż tak długo; stwierdzono natomiast, że na wolności najstarsze albatrosy wychowujące młode miały ponad sześćdziesiąt lat). Te lata są przeżywane powoli, rozmyślnie, w rytmie wyznaczanym przez trudne do przewidzenia środowisko. Niewiele rzeczy zakłóca spokój w życiu albatrosów, skupiają się one zatem na rzeczy najważniejszej – na sobie nawzajem.

Mimo że albatrosy tworzą długotrwałe związki, czas, który spędzają wspólnie z partnerem, jest ograniczony. Ptaki te przystępują do gniazdowania nie częściej niż raz na dwa lata; ponieważ proces wychowywania pisklęcia trwa bardzo długo, nie mogą pozwolić sobie na to każdego lata. Gdy nie odbywają lęgów, patrolują wody rozległego oceanu, pokonując niezliczone kilometry. Na morzu pary nie trzymają się razem – byłoby im zbyt łatwo stracić kontakt wzrokowy, a poza tym musiałyby tracić zbyt dużo energii na ciągłe śledzenie partnera. Dlatego nawet najbardziej oddane sobie pary mają w zwyczaju spędzać po kilka miesięcy na morzu w pojedynkę, nie wiedząc, co w tym czasie porabia ich wybranek.

Nikt nie wie, w jaki sposób pary albatrosów decydują o terminie spotkania po tak długiej rozłące. Czasami wypada im rok, a nawet dwa pomiędzy kolejnymi sezonami lęgowymi. Lecz niezmiennie każde z nich pojawia się na wyspie, na której założą gniazdo, mniej więcej o tej samej porze, jak gdyby data spotkania była wcześniej ustalona. Pierwsze z nich przypomina spotkanie biznesowe – jeśli oba ptaki są zdrowe, zabierają się od razu do pracy. Samce z reguły zbierają materiał do budowy gniazda. Samice zajmują się wystrojem jego wnętrza. Po zniesieniu jaja samica traci około 10 procent masy ciała – jajo albatrosa wędrownego ma dziesięć centymetrów długości i może ważyć ponad pół kilograma. Samiec bierze pierwszą, najdłuższą zmianę wysiadywania, podczas gdy samica wraca na morze, aby uzupełnić stracone kalorie. Potem zmieniają się w regularnych odstępach czasu, aż wykluje się pisklę. Oboje rodzice karmią je, aż osiągnie właściwy wiek, by odlecieć.

Cały proces lęgowy trwa około roku, lecz ten czas rodzice również spędzają w większości osobno. Spotykają się, by spółkować i wspólnie budować gniazdo, lecz w miarę upływu okresu lęgowego coraz więcej czasu spędzają na morzu. Podczas wysiadywania jaja jedno musi czekać na drugie, aby zamienić się miejscami na gnieździe (w jednym przypadku, gdy albatros zginął na morzu, jego owdowiały partner wysiadywał niezapłodnione jajo przez 108 dni, zanim w końcu się poddał). Gdy pisklę potrafi już samo utrzymać ciepłotę ciała, każde z rodziców wylatuje z gniazda i powraca do niego według własnego grafiku, zatem rzadko zdarza się, by przebywali razem przy gnieździe.

Przez większą część roku ich związek funkcjonuje na odległość. Nie wygląda to zbyt romantycznie, prawda?

Zastanówmy się jednak jeszcze raz. Albatrosy są z natury podróżnikami. Nigdy nie osiądą na stałe – jak kura w kurniku. A jednak potrafią utrzymać związek mimo dzielących je odległości i czasu, rzadko kiedy zdradzając i nigdy faktycznie nie zrywając ze sobą. Te ptaki nie mają telefonów komórkowych, by być w ciągłym kontakcie. Spędzają wiele miesięcy, szybując samotnie nad morzami, nie wiedząc nawet, czy ich partner nadal żyje, mając jedynie nadzieję i spodziewając się, że spotkają się ponownie na jakiejś odległej wyspie, gdy przyjdzie na to czas. Niewielu ludzi dałoby radę utrzymać związek w takich okolicznościach. Pary albatrosów zdają się na niemal nierozerwalną więź, angażując się w związek bez względu na dzielące ich czas i odległość. Czy myślą o sobie czule, szybując samotnie przez miliony kilometrów w przestworzach? Im więcej rozmyślam nad życiem albatrosów, tym bardziej wydaje się ono bajecznie romantyczne.

Ptaki z pewnością wykorzystują ograniczony czas spędzony razem w gnieździe najlepiej, jak tylko potrafią. Często śpią z głową opartą ufnie o pierś partnera. Pary mają w zwyczaju odpoczywać obok siebie, od czasu do czasu muskając nawzajem delikatne piórka na głowie – pieszczota godna najbardziej czułych kochanków. Ludzie widzą różne rzeczy w czarnej, atramentowej głębi albatrosich oczu – mądrość, spokój, dzikość, wytrwałość – które są jak najbardziej pozytywne, ja jednak widzę przede wszystkim miłość.

WIĘKSZOŚĆ LUDZI przez całe życie nie spotyka ani jednego albatrosa. Przykład: Samuel Taylor Coleridge. W 1798 roku napisał swój najsłynniejszy wiersz, Rymy o starym marynarzu, którym spopularyzował pojęcie albatrosa jako przynoszącego nieszczęście – chociaż w tym wierszu klątwa była konsekwencją zabicia albatrosa. Coleridge nigdy nie widział żadnego z tych ptaków na własne oczy. Stworzył całą historię wyłącznie na podstawie opowieści marynarzy, po czym spoczął w grobie, nie spojrzawszy ani razu na ptaka, któremu zawdzięcza sławę.

Albatrosy żyją tak daleko od miejsc odwiedzanych przez ludzi, że aby spotkać choć jednego, musimy wyjść – i to naprawdę daleko – poza swoją strefę komfortu. Zobaczenie albatrosa z bliska, w gnieździe, wymaga długiej podróży. Na szczęście dziś jest ona nieco łatwiejsza niż na początku XVIII wieku.

I tak oto znalazłem się na statku płynącym w kierunku Falklandów, położonych tuż na północny wschód od najbardziej wysuniętego na południe krańca Ameryki Południowej. Pracowałem jako członek zespołu ornitologów podczas trzech kolejnych wypraw na Antarktydę. Podróżowaliśmy tam i z powrotem z Argentyny przez Cieśninę Drake’a na zbudowanym przez Finów, a zarządzanym przez Rosjan statku badawczym, przystosowanym do potrzeb ekspedycji organizowanych z kolei przez Kanadyjczyków. Ponieważ Falklandy położone są niedaleko od tego miejsca i oferują własne cuda natury, często są włączane w plan podróży na Antarktydę.

Wyspy zamieszkuje jedna z dwóch największych populacji albatrosów na świecie (druga znajduje się na atolu Midway, w strefie tropikalnej Pacyfiku). Blisko milion albatrosów czarno­brewych skupionych w kilku zatłoczonych koloniach co roku gniazduje na Falklandach. Z oddali kolonie te przypominają sól i pieprz rozsypane na surowym, lecz kolorowym lądzie. Na wyspie nie rosną żadne rodzime drzewa. Albatrosy zakładają gniazda na szczycie nagich skał blisko krawędzi klifów, z reguły w otoczeniu zielonych zboczy pokrytych wysoką po pierś kępiastą trawą i niemożliwymi do przejścia skupiskami kolcolistu. Większość gruntów należy do hodowców owiec. Odgradzają oni jednak kolonie albatrosów, by ograniczyć do minimum płoszenie ptaków, oraz by zachęcać do odwiedzin statki wycieczkowe, które są głównym źródłem miejscowego dochodu. Pogoda jest kapryśna, nawet latem, kiedy to częste wichury zakłócają okresy ciszy. Porywy wiatru bywają na tyle silne, że obracają ludźmi w powietrzu jak roślinami oderwanymi od podłoża, ale albatrosy wlatują wprost pod tak silny wiatr. Nawet huragan nie jest w stanie ich speszyć.

4 rzeczy o ptakach

Głuptak, przepiórka

Gdy nasz statek zbliżał się do wyspy West Point Island, długiego na 6 kilometrów skrawka skał i roślinności w zachodniej części archipelagu, nie zanosiło się na kiepską pogodę. Wręcz odwrotnie – rzadko widziane tu promienie słońca oświetlały zapierającą dech w piersiach panoramę. Małe grupki bystrych, czarno-białych pingwinów magellańskich taplały się w wodzie, podczas gdy endemiczne torpedówki falklandzkie – pokaźnych rozmiarów nielotne kaczki, nazwane tak ze względu na ich osobliwy zwyczaj torpedowania wszystkiego po drodze, gdy uciekają w panice przed zagrożeniem – odpoczywały wygodnie na skalistej plaży. Z górnego pokładu statku spuszczono motorówki pontonowe, by podwieźć uczestników wyprawy do brzegu na pieszą wędrówkę do kolonii albatrosów.

Od połowy XIX wieku West Point jest zasiedlona przez hodowców owiec, a większość jej powierzchni stanowią pastwiska. Podążałem trawiastą drogą dla land roverów, która prowadziła łagodnie ku przeciwległemu, eksponowanemu brzegowi morza, gdzie wojaki długosterne wyśpiewywały swoje serenady, bacznie obserwując karakary falklandzkie – drapieżniki znane ze skłonności do zjadania piskląt pingwinich i okazjonalnego porywania ludziom czapek z głów. Po około półtora kilometra łatwego spaceru szlak nagle się skończył. Wkrótce zobaczyłem, dlaczego: dalej nie było dokąd pójść.

Zachodnia część wyspy kończyła się skalistym, wysokim na 330 metrów urwiskiem nad wzburzonym morzem. Spojrzawszy w dół, zobaczyłem na tle błękitnej wody szybujące albatrosy. Tysiące ich znajdowało się też nad moją głową, z każdej strony, i również pod moimi stopami. Tam, gdzie kończyła się droga dla land roverów, zaczynała się kolonia albatrosów. Większość ptaków gnieździła się na zatłoczonym zboczu zbyt skalistym, by mogła rosnąć na nim trawa, lecz niektóre zajmowały również ogrodzoną strefę kępiastej roślinności. Po chwili przerwy, którą sobie zrobiłem, aby nasycić się tym widokiem, zszedłem ze szlaku i zauważyłem dwa albatrosy kopulujące po drugiej stronie kępy gęstych traw. Choć odległość dzieląca mnie od nich nie była większa niż pół metra, moje najście ich nie powstrzymało. Stałem tam zdumiony i obserwowałem, jak kontynuują kopulację bez przerwy przez pełne pięć minut, w czasie których jedno balansowało ostrożnie na grzbiecie drugiego. Z bliska wydawały się olbrzymie, z tułowiem wielkości wypchanej poduszki, głową jak puszka po napoju i stopami niemal tak dużymi jak moja rozpostarta dłoń. Ich upierzenie, z daleka czysto białe na tułowiu i czarne na skrzydłach, było subtelnie piękne z bliska, z figlarną, czarną kreską nad okiem oraz żółtawymi i czerwonawymi odcieniami na dziobie. Nie było prawdziwego powodu, dla którego miałyby kopulować tak późnym latem, ponieważ było już zbyt późno, by jajo mogło zostać zapłodnione. Zastanawiałem się, czy robiły to dla przyjemności, czy trenowały.

Wszędzie wokół albatrosy zajmowały się swoimi gniazdami. Większość miała małe pisklęta, zerkające spod piersi rodziców, zbyt młode, by je pozostawić. Niektóre dorosłe osobniki karmiły swoje młode, pochylając ogromną głowę ku ziemi i wymiotując gęstą, bogatą w kalorie, oleistą wydzielinę z żołądka ze skoncentrowanych owoców morza, którą pisklęta ochoczo pożerały. Walka z głodem już się rozpoczęła. Jeden z dorosłych albatrosów siedział na wysuszonych, sponiewieranych zwłokach pisklęcia. Zastanawiałem się, jak długo będzie ogrzewać swoje nieżyjące dziecko, zanim się podda. Gdy albatrosowi nie uda się wysiedzieć jaja, nie podejmie kolejnej próby przez przynajmniej cały następny rok lub dwa lata. Musi być mu ciężko z tym się pogodzić.

Kolonia tętniła życiem. Nadlatujące albatrosy, ze skrzydłami o rozpiętości równej 2,4 metra (albatrosy czarnobrewe są jednymi z najmniejszych albatrosów, dużo mniejszymi niż albatrosy wędrowne), manewrowały na wietrze, by wytracić prędkość nad swoim terytorium we właściwym momencie. Czasami błędnie oceniały sytuację i lądowały awaryjnie, co sprawiało, że trochę się obawiałem ptaków pikujących zaledwie kilkanaście centymetrów nad moją głową. Uderzenie czterokilogramowego albatrosa lecącego z prędkością 48 kilometrów na godzinę mogłoby powalić człowieka na ziemię, pozbawiając go przytomności. Jeden śmignął tak blisko mnie, że mogłem poczuć świst powietrza na policzku. Zamknąłem oczy, napawając się bliskością majestatu.

Pomiędzy gniazdami albatrosów, w skalnych szczelinach, kuliły się okrągłe jak beczki pingwiny skalne, popisując się fryzurami godnymi gwiazd rocka i upierzeniem imitującym smoking. Zastanawiałem się, co te albatrosy i pingwiny myślały nawzajem o sobie, 70 milionów lat po wyewoluowaniu od wspólnego przodka. W tym trwającym niemal wieczność okresie albatrosy wykształciły długie skrzydła i stały się najlepszymi lotnikami na świecie, podczas gdy pingwiny utraciły zdolność lotu i w zamian zostały pływakami. Nadal jednak zdawały się dzielić tę samą zdolność do okazywania czułości. Podobnie jak albatrosy, para pingwinów lubi być blisko siebie, przytulać się. Widziałem kilka z nich wzajemnie z czułością muskających sterczące pióra. Chociaż pingwiny i albatrosy wydają się być nieporównywalnie różne, podczas gniazdowania zachowują się podobnie jak większość ptaków morskich. Nietrudno było też znaleźć ludzki pierwiastek w ich zachowaniu. Ptaki te przypominały mi parę starszych ludzi, którzy fazę zauroczenia mają już dawno za sobą, ale łączy ich głęboka, trwała więź.

Jak one to robią? Nikt tak naprawdę tego nie wie. Darwinowska selekcja naturalna potrafi często wyjaśnić, dlaczego różne zwierzęta są dobrze przystosowane do zasiedlanych środowisk – dlaczego, na przykład, albatrosy żyjące w najbardziej wietrznych zakątkach Ziemi mają tak długie skrzydła. Ale co z prawdziwą miłością? Emocje nie pozostawiają śladów w postaci skamielin, mamy więc mniej twardych dowodów w ich przypadku.

W zwykłym ludzkim pojęciu romantyczna miłość to kolejny z mechanizmów przetrwania przynoszący korzyści tym, którzy go stosują – tak jak w przypadku skrzydeł albatrosa. Silne więzi wytworzone w wyniku zauroczenia pomagają rozmnażać się naszemu własnemu gatunkowi. Gdybyśmy się nie zakochiwali, nie bylibyśmy tak bardzo zmotywowani do bycia razem i wspólnego wychowywania dzieci. W przypadku człowieka wymagają one kilkunastu i więcej lat nadzorowania, żywienia, doradzania, uczenia i ogólnego wsparcia. Im więcej pomocy młode otrzymają od obojga rodziców, tym lepiej. Jeśli chcemy patrzeć na miłość z czysto mechanicznego puntu widzenia, to ma to sens w kontekście przetrwania gatunku.

Jeśli miłość jest wynikiem ewolucji, tak jak każda inna fizyczna cecha, nie ma wówczas powodu, aby była przypisywana wyłącznie ludziom. Te same czynniki, które spowodowały, że ludzie kochają się – długi okres życia, duży wkład w dzieci, konieczność zapewniania bytu dzieciom przez oboje rodziców – oddziałują również na albatrosy. Nie różnimy się od nich zbytnio w kwestii podstawowych potrzeb i ról.

W ODLEGŁYM ZAKĄTKU kolonii West Point spostrzegłem parę albatrosów czarnobrewych odpoczywających w samym centrum chaosu, najwyraźniej zatraconych we wzajemnej bliskości. Jeden z nich siedział w gnieździe, podczas gdy spod jego pokrytej puchem piersi wystawała maleńka główka pisklęcia – pogrążonego we śnie, najwyraźniej po sytym posiłku. Drugi siedział obok, wtulony w pierwszego, tak że ich głowy opierały się delikatnie o siebie. Gdy jeden oddychał, drugi poruszał się lekko. Oba miały na wpół przymknięte oczy, były całkowicie zrelaksowane. Sprawiały wrażenie pary kochanków opartych o siebie na ławce w parku, zapatrzonych w zachód słońca nad oceanem, jak punkciki zagubione we wszechświecie, a jednak bezpieczne, spokojne i zadowolone ze swojego w nim miejsca. W takiej chwili nic innego nie miało znaczenia.

1 rzeczy o ptakach

Materiały prasowe