Mają około trzydziestu lat – czasem kilka mniej, czasem więcej. Na rynek pracy wchodzili przeważnie w trakcie kryzysu ekonomicznego lub niedługo po nim. Nie chcą pracować w korporacjach, przesiadywać w biurze w stałych godzinach, codziennie wykonywać powtarzalnych zadań. Wybierają kreatywne zawody, często nie jeden a kilka. Mieszkają głównie w dużych miastach, podróżują, nieraz pracują zdalnie. Zyskują swobodę, decyzyjność, ale wraz z nimi również niepewność. Za każdym razem, gdy zbliża się moment oddawania PIT-ów, ich biurka zalane są masą papierów od różnych pracodawców. Rzadko pracują na umowę o pracę, częściej zakładają własną działalność. Kim są wolni strzelcy z pokolenia milenilasów? Co daje im niewiązanie się z jednym pracodawcą i z jakimi trudnościami najczęściej muszą się zmagać? 

Witajcie (i żegnajcie) stereotypy

Milenialsi na rynku pracy – za tym hasłem kryje się parę okrzepłych już stereotypów – roszczeniowi, wygodniccy, mało zaangażowani. I tak dalej. Wkurza mnie coś takiego. To tylko bezcelowe tworzenie wrogich obozów zamiast otwierania się na to, co starsze i młodsze pokolenia mogą wzajemnie sobie przekazać” – komentuje Paulina, dziennikarka związana między innymi z redakcją „enter the ROOM” i „G’rls ROOM”.

Rzeczywiście, lista nacechowanych negatywnie epitetów kierowanych w stronę milenialsów jest długa. Słowo „roszczeniowi” pojawia się prawie zawsze, a wraz z nim takie określenia, jak: aroganccy, leniwi, z nierealnymi oczekiwaniami co do zarobków, nieszanujący autorytetów. Taki obraz pokolenia Y (ludzi urodzonych między rokiem 1980 a 1996 zgodnie z większością statystyk) wyłaniał się z opracowań i artykułów charakteryzujących milenialsów na rynku pracy. Przynajmniej do czasu. Dziś coraz częściej mówi się o tym, że choć milenialsi dopiero staną się główną siłą roboczą, ich wizerunek już został krzywdząco zniekształcony. Pewni swoich potencjalnych możliwości? Raczej tak, ale pewni tego, że mają już wystarczające doświadczenie, by podołać wymaganiom pracodawców i że rynek pracy stoi przed nimi otworem – niekoniecznie.

Opracowany w tym roku raport SW Research „Młodzi na rynku pracy” pokazuje, że niezachwiana pewność siebie czy arogancja to nie cechy milenilasów. Wśród badanych znalazło się ponad tysiąc studentów i absolwentów do trzydziestego roku życia. Opowiadali przede wszystkim o swoim zagubieniu na rynku pracy. Aż 38% z nich obawiało się momentu zakończenia studiów czy czuło niepewnie podczas pierwszych kroków na rynku pracy, co często wiązało się z tym, że same studia nie dostarczają praktycznej wiedzy ani nie są już kartą przetargową. Aż 35% badanych mówiło też o tym, że ma wątpliwości co do tego, jak kształtować swoją zawodową drogę i wątpliwości tych nie są w stanie rozstrzygnąć sami. Najpewniej czuli się ci, którzy znali już realia branży, w której chcieliby pracować, odbyli liczne staże i praktyki zawodowe. Młodsi pracownicy wbrew panującemu przeświadczeniu poszukują też autorytetów – aż 50% badanych uważało za bardzo istotną formę przygotowania do pracy rozmowy z ludźmi pracującymi już w branży, 20% deklarowało chęć współpracy z mentorem lub mentorami.

Z raportu „Młodzi na rynku pracy” wyłania się odmienny obraz tej grupy niż przedstawiany wcześniej. Owszem, milenialsi preferują mniej sformalizowany tryb pracy, wolą działać samodzielnie i niezależnie, nie mieć nad sobą jednego, decydującego o wszystkim szefa, ale trudno nazwać ich zadufanymi i szalenie wymagającymi – nad wysokość pensji czy prestiż przekładają rozwój osobisty i nowe doświadczenia. Jak wielu wśród milenialsów jest frelancerów działających w branży kreatywnej? Jak wiele osób pracujących na zleceniach, czasem mających jedną, dominującą pracę, ale i multum mniejszych projektów wokół? Trudno oszacować, ale branżowy portal samozatrudnieni.pl wspomina o tym, że freelancersko może pracować 2 miliony Polaków. Co mówią o takim trybie pracy wolni strzelcy? Czemu jedna praca im nie wystarcza? Zapytaliśmy milenialsów pracujących zarówno w Polsce, jak i poza jej granicami. 

 2 milenialsi

Jedna praca to za mało

Osoby z pokolenia X (czyli urodzeni mniej więcej w połowie XX wieku) w zdecydowanej większości pracowały w jednej pracy naraz i to często przez długie, długie lata. Gdy spojrzeć na ludzi z pokolenia Y, rzadko znajdzie się osobę, która nie wykonuje lub nie wykonywała, choć kilku dodatkowych projektów na boku. Powodów, dla których milenialsi podejmują się wielu prac jednocześnie jest kilka. Zawsze wśród nich obowiązkowo pojawia się kwestia finansów. Ale nie tylko. Równie ważna jest możliwość rozwoju, poszerzenia portfolio, zawarcia nowych znajomości czy po prostu zrobienia czegoś dobrego dla innych, nawet bez gratyfikacji finansowej.

„Czułam, że nie pasuję do korporacji, że potrzebuję elastycznej formy zatrudnienia i pracy, która nie będzie jedynie źródłem utrzymania. Choć pieniądze są oczywiście ważne. Dlatego też pracuję dziś w kilku miejscach, aby dopiąć budżet i mieć poczucie – może znów idealistyczne – że robię coś dobrego, coś w co wierzę – mam tu oczywiście na myśli nasz projekt „G’rls ROOM”, rzetelne i otwarte pisanie o seksualności. Czasami kiedy obwiązki się nawarstwiają, to naturalnie nachodzą mnie myśli, że byłoby wygodnie po wyjściu z pracy nie myśleć o dodatkowych działaniach, mieć stabilne warunki zatrudnienia. Z drugiej strony, patrząc wokół, nie wiem, czy jest coś pewnego i czy nie lepiej mieć kilku źródeł dochodu na wypadek, gdyby jedno z nich zostało odcięte. Tak więc, opierając się na własnych doświadczeniach, jak i bliższych i dalszych znajomych, muszę powiedzieć, że nie jest nam wszystko jedno, że myślimy o przyszłości i wkładamy mnóstwo serca i energii w pozapracowe projekty, własne biznesy, marki, wierząc, że kiedyś uda się im wypłynąć z niszy, a nam z nich utrzymać, dając coś dobrego choćby najbliższemu otoczeniu” – opowiada Paulina z naszej redakcji.

„Dla mnie dodatkowa praca, związana z moimi zainteresowaniami, stanowiła odskocznię i detoks od codziennej rutyny i obowiązków. Wiem, co to znaczy zarywać noce, nie spać, walczyć z dedlajnami. Na pewno przez taki tryb pracy zachwiała się u mnie równowaga między życiem prywatnym a zawodowym, na wiele rzeczy, takich jak choćby sport, nie miałem czasu. Plusem są jednak nowe znajomości i networking – często takie relacje nie kończą się na pracy, przeradzają się w kontakty towarzyskie. Mimo wszystkich minusów, nie żałuję takiego trybu pracy, chciałbym tylko zmienić proporcje na swoją korzyść” – mówi Jacek, który choć na co dzień wykonuje pracę związaną z ekonomią, pisze też teksty jako dziennikarz muzyczny.

Zaletą etatu jest na pewno stałe wynagrodzenie, które daje poczucie bezpieczeństwa. Rzadko się jednak zdarza, żeby ta codzienna aktywność była satysfakcjonująca zarówno finansowo, jak i rozwojowo. Dlatego ciągle chętnie przyjmuję interesujące mnie zlecenia, które mogę wykonywać zdalnie i w weekendy. Aby uniknąć przemęczenia psychicznego, stawiam na totalne rozróżnienie tematyczne moich zadań. Przykład: jeśli w ciągu tygodnia wykonuję pracę związaną z PR-em i reklamami, to w weekendy stawiam na pracę przy sesjach zdjęciowych. To się sprawdza!” – zdradza Magda, pracująca między innymi w naszej redakcji.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio poznałam osobę, która miałaby tylko jedną pracę. Wszyscy dookoła pracują w różnych miejscach, są w wiecznym biegu, biorą projekty, zakładają własne marki, organizują różne wydarzenia, a przy tym często angażują się jako wolontariusze, pomagając jakimś organizacjom. Myślę, że to super, że nasze pokolenie jest tak chętne do działania i kształtowania świata wokół, nie idzie na łatwiznę i próbuje różnych rzeczy, bo nigdy nie wiadomo, który projekt okaże się najbardziej przyszłościowy i co przyniesie. Myślę, że kiedy obserwujesz, jak dużo ludzi obok ciebie robi milion fajnych rzeczy, masz większą motywację do działania” – argumentuje Ania, która mieszka w Warszawie i sama ma kilka prac.

 

Przede wszystkim: mój wybór

„Tryb życia, który prowadzę, to zdecydowanie mój wybór. Wybór pomiędzy: albo mam szefa, pracuję na czyjąś markę, nazwisko, na czyjś kapitał, albo sama jestem swoim szefem, robię swoje rzeczy, wybieram tylko to, co mnie interesuje, ale ciągle podejmuję jakieś decyzje, ponoszę odpowiedzialność za siebie w 100%. Od tego, czy zdobędę na przykład grant na dany projekt zależy, czy będę miała ubezpieczenie i środki do życia. Zarabiam o wiele mniej niż choćby informatycy, ale praca informatyka w ogóle mnie nie interesuje. Będzie więc mniej na koncie, ale to, co robię, daje mi szczęście” – opowiada Joanna, artystka i koordynatorka Pracowni Duży Pokój w Warszawie.

„Równowaga między realizowaniem pasji, a koniecznością zarabiania ma bardzo wiele odcieni. Nauczyłam się więc proponować swoje rozwiązania. Mówię: zrobię to, ale w taki sposób. To najczęściej przekonuje zleceniodawców, a mnie pozwala wykorzystać maksimum pasji i potencjału. Zleceniodawców przekonuje właśnie nasza postawa i to jest nasz – pasjonatów – wielki atut, warto z tego korzystać” – radzi Joanna.

„Może praca freelancera daleka jest od ideału i trudno mówić tu o pełnej wolności, kiedy musisz martwić się o to, ile zarobisz w kolejnym miesiącu. A jednak taka praca oferuje pewną wolność, niedostępną dla osób pracujących na stałych etatach. Taki wybór – decyzja, że nie pracujesz dla jednego szefa czy wielkiej firmy, od tej pory sam martwisz się o siebie i jesteś w pełni kowalem własnego losu, możesz podejmować się różnorodnych kreatywnych zadań i kto wie, gdzie cię to zaprowadzi – jest stresujący, ale też wyzwalający” – komentuje  Daniel, fotograf pracujący obecnie w Barcelonie.

Mniej optymistycznie nastawiony co do tego, że jako wolny strzelec sam kształtujesz swój los, szczególnie, gdy stawiasz dopiero pierwsze kroki w pracy jest Piotrek, copywriter krążący między Poznaniem a Warszawą: „Wielu ludzi mówi, że największym plusem pracy freelancera jest to, że jesteś swoim własnym szefem. To bajka, która nie wiele ma wspólnego z rzeczywistością – przynajmniej na początku. Zaczynając, masz wielu szefów, od których jesteś absolutnie zależny – nieraz musisz iść na kompromis, by w ogóle zdobyć zlecenie, wciąż martwisz się o zaległe wpłaty i o to, czy te pieniądze w ogóle się pojawią. Nie możemy liczyć na wszelkie korzyści płynące z etatu – ubezpieczenia, płatne urlopy, składki emerytalne. Prędzej czy później zaczyna być to bardzo frustrujące. Z zewnątrz wszystko wygląda świetnie – robimy kreatywne, ciekawe rzeczy, prowadzimy fajne życie, ale zaplecze pełne jest problemów zamiatanych pod dywan – nieopłaconych rachunków, nerwów, niepewności co do przyszłości. Natomiast jest prawdą, że gdy przetrwasz te trudne początki, poznasz wielu fajnych ludzi z ciekawych firm, marek, organizacji itd., jest szansa, że rzeczywiście będziesz mogła czy mógł przebierać w zleceniach, zarabiać sensowne pieniądze i mówić, że tego czy tamtego nie zrobisz, bo to nie w twoim stylu”.

Z takim podejściem zgadza się Thobas, mieszkający w Paryżu fotograf i grafik: „Pierwsze lata pracy freelancerskiej były koszmarne. Przesiadywanie nocami nad projektami, które ktoś powierzył mi na ostatnią chwilę, codzienne przebijanie się do ludzi i proszenie się o zlecenia, robienie wielu rzeczy za darmo lub półdarmo, bo przecież nie miałem jeszcze świetnego portfolio, wieczne zastanawianie się, czy starczy mi pieniędzy na opłacenie mieszkania, zapłatę za rachunki albo po prostu jedzenie. Jednak na szczęście te kilka lat już minęło, wyrobiłem sobie pozycję w branży i dziś rzeczywistość jest diametralnie inna. Pracuję jako fotograf i grafik, mogę wybierać te zlecenia, które mnie interesują i negocjować korzystne stawki. Jestem w stanie bez problemu utrzymać się w Paryżu, choć nie jest to tanie miasto. Jeśli mam ochotę, mogę wyjechać na miesiąc, dwa czy kilka, porobić zdjęcia gdzieś na drugim końcu świata, popracować zdalnie. Nie zamieniłbym tej wolności – decydowania o sobie, o tym, jakich prac się podejmuje, gdzie i na jak długo chcę być w danym momencie – na żadną stałą pracę. Dojście do takiego poziomu wymaga jednak sporu czasu i wyrzeczeń” – twierdzi.

 6 milenialsi

Kiedy biuro i łóżko jest tym samym

Tylko czy każdy jest rzeczywiście do tej pracy freelancera predysponowany? Jak dużej samodyscypliny potrzeba, by wstać z łóżka i zabrać się do wykonywania konkretnych zadań, gdy wcale nie musimy pojawiać się w biurze? Czy praca w samotności nie okaże się wykańczająca emocjonalnie, a zamiast oferować nowych wyzwań nie zamieni się w rutynę?

„Moje doświadczenie z łapaniem się kilku rzeczy na raz wywołuje u mnie dość mieszane uczucia, bo pomimo tego, że praca nad różnymi zadaniami sprawia mi dużo przyjemności, czasami to po prostu zbyt dużo do ogarnięcia. Praca freelancerska wiąże się też na pewno ze zdolnością do spędzania czasu z samym sobą i to w dużych ilościach. A mnie najbardziej nakręca atmosfera pracy pochodząca z otoczenia – od innych produktywnych ludzi. Pracując jako freelancer w branży foto/video, większość czasu spędzałam w domu, co bardzo wybijało mnie z rytmu, bo moje biuro znajdowało się metr od mojego łóżka. Dla mnie było to jednoznaczne z pracą 24 godziny na dobę, bo zamiast usiąść na kilka godzin i zająć się wszystkim, rozwlekałam obowiązki na cały dzień, w międzyczasie robiąc pranie, gotując czy odpoczywając (choć ten odpoczynek często udekorowany był myślami o nadchodzących terminach, które prawdziwy relaks uniemożliwiają)” – opowiada Magda, studiująca i mieszkająca obecnie w Amsterdamie.

Wydaje mi się, że bycia swoim własnym szefem wymaga niezłomnego charakteru, zdolności do organizacji i dyscypliny w zakresie zarządzania czasem – czegoś, czego mi brakuje i sądzę, że wielu innym osobom również. Osobiście myślę o freelansie jako o pewnym etapie mojego życia, do którego raczej nie chciałabym wracać, bo zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, jak dużo przyjemności daje mi posiadanie jakiegoś ogólnego rytmu dnia i konkretnego miejsca, które znam id którego wracam – które jest po prostu moje. Wierzę, że najlepsze wyniki można osiągnąć mając zaufanie do swoich współpracowników i ceniąc ich zdanie. Dlatego myślę, że przyszłość pracy dla naszego pokolenia to owszem, wieczne poszukiwanie nowych, ekscytujących wyzwań, ale i tworzenie grup specjalistów, którym ufamy i z którymi współpracujemy na różnych płaszczyznach” – dodaje Magda i zaznacza, że jej zdaniem świetnym pomysłem są przestrzenie coworkingowe, których powstaje dziś coraz więcej.

Niektórym jednak ten samodzielny tryb zarządzania czasem bardzo odpowiada. Tego zdania jest na przykład Olga, pracująca przede wszystkim przy produkcji sesji zdjęciowych w Warszawie. „Aby samemu ustalić plan dnia i pracy, trzeba być bardzo zdyscyplinowanym. Ja na szczęście nie lubię długo spać, więc codziennie sama z siebie budzę się o 7 rano, robię kawę i zabieram się do pracy. Odkąd pracuję zdalnie przy różnych projektach, o wiele szybciej załatwiam różne sprawy i jestem bardziej produktywna, bo nie tracę czasu na okazyjnego papierosa, kawę, lunch i rozmowy z koleżankami z pracy. Oczywiście czasem brakuje mi właśnie tego, by z kimś pogadać, poplotkować o biurowych nowinkach, ale myślę, że to kwestia przyzwyczajenia. Praca zdalna to też czas nienormowany, więc nieraz załatwiam jakieś sprawy po godzinie 18:00, gdy wielu moich znajomych jest już po pracy, natomiast w ogóle mi to nie przeszkadza, bo mam możliwość zrobienia sobie przerwy w ciągu dnia, a pracę mogę nadrobić wieczorem, bez przymusu siedzenia po godzinach w openspace tylko w zaciszu własnego mieszkania” – dzieli się swoimi doświadczeniami Olga.

 

Duże miasto, duże koszty

Badania przeprowadzone przez serwis useme.eu dotyczące polskich freelancerów dowodzą, że aż 44,6% wolnych strzelców żyje w miastach powyżej 400 000 mieszkańców, zaś 20% w miastach liczących między 100 000 a 400 000 mieszkańców. Bycie wolnym strzelcem na prowincji to rzadkość. Na pewno mieszkając w większym mieście, łatwiej zdobywać kolejne zlecenia, poznawać nowych ludzi, którzy mogą zagwarantować nam fajną współpracę. Ale jest i druga strona medalu. Większe miasta to też większe koszty i nieraz szaleńcze tempo życia, od którego nie da się uciec. Aby się utrzymać i móc sobie pozwolić na delektowanie się miejskimi przyjemnościami, trzeba pracować więcej i więcej. I tak rodzi się błędne koło, bo łapiemy się kolejnych zleceń, aby mieć więcej pieniędzy na przyjemności, ale czas na te przyjemności kurczy się niepokojąco. Ta tendencja widoczna jest już bardzo mocno w zagranicznych metropoliach, ale i w polskich miastach staje się coraz bardziej dojmująca.

„Nowy Jork to szybkie i bezwzględne miasto, które wymusza na ludziach, którzy chcą tu mieszkać, mnóstwo aktywności, o ile chcemy utrzymać się na powierzchni. Nie ma czasu na bezczynność, wybrzydzanie, długie szukanie nowej pracy, jeśli na przykład straci się poprzednią, bo zanim się obejrzysz, możesz nie mieć funduszy na utrzymanie się i będziesz musieć po prostu się stąd wynieść. Dlatego ludzie, którzy tu żyją, są naprawdę twardzi, zmotywowani do działania, pracowici – inaczej długo by tu nie zostali. Oczywiście o ile pracuje się w dużej korporacji, banku itp., jedna praca wystarczy, ale zdecydowana większość osób, które znam, wykonujących zawody kreatywne, musi liczyć się ze znalezieniem kilku źródeł utrzymania. Jakiś czas temu „New Yorker” pisał o tym, że dla artystów mieszkających w Nowym Jorku standardem stało się podnajmowanie pokojów turystom na przykład w ramach Airbnb. Rzeczywiście już same ceny lokali w mieście są bardzo wysokie, więc większość artystów mieszka we wspólnie wynajmowanych mieszkaniach, często prowadzą też oni nieformalne hostele, ja sam mieszkam w dużym mieszkaniu z kilkoma osobami również z branży kreatywnej i zdarza nam się podnajmować jeden z pokoi” – opowiada Joshua, który pracuje na Manhattanie.

Łączę też kilka prac, a jednocześnie angażuję się nieodpłatnie w różne inicjatywy społeczne. Robiłem już najróżniejsze rzeczy – organizowałem pokazy filmów czy koncerty, pisałem teksty, pracowałem w gastronomii. Dziś pracuję przede wszystkim jako nauczyciel jogi i dorabiam wyprowadzając na spacer psy. Jednocześnie współtworzę różne artystyczne projekty, przynależę do najstarszej w Nowym Jorku grupy mężczyzn wspierającej feministki, wraz z którą organizujemy różne akcje (na przykład ostatnio tworzyliśmy męską grupę wsparcia podczas Marszu na Waszyngton). Zajmowanie się kilkoma rzeczami naraz to w Nowym Jorku normalność. Moja koleżanka Montana ma własną galerię sztuki, robi zdjęcia, gra w zespole, bierze zlecenia PR-owe i podnajmuje pokoje znajdujące się w budynku galerii. Takie przykłady można mnożyć w nieskończoność. Przyjemnie jest robić kilka kreatywnych rzeczy na raz, nie zamykać się na nowe możliwości, działać… Problem w tym, że czasem dopada cię przemęczenie, masz wrażenie, że cały czas pracujesz, by się utrzymać, a nie masz już siły na to, by spotkać się przyjaciółmi albo zrobić coś fajnego w czasie wolnym, który kurczy się do minimum. W takich momentach niektórzy zastanawiają się, czy nie warto zrezygnować z życia w dużym mieście, które generuje tak ogromne koszty utrzymania, nie zwolnić, ale Nowy Jork jest tak absorbujący i oferuje tyle kulturalno-rozrywkowych możliwości, że łatwo się od niego uzależnić i trudno z niego zrezygnować” – mówi Joshua.  

Podobnych głosów nie brak jednak i w Warszawie. „Wiem, że mogłabym pracować mniej i po prostu mniej wydawać, ale gdy jestem w Warszawie, trochę płynę z prądem – jest tyle fajnych koncertów, restauracji, różnych wydarzeń kulturalnych, że chce się z tego korzystać. Przyzwyczajasz się, że potrzebujesz dużej ilości pieniędzy, żeby korzystać z tej całej miejskiej oferty, a później przypłacasz to przepracowaniem i na takim koncercie, na który wreszcie wyszłaś, jesteś po prostu padnięta. Jestem ciekawa, jak wyglądałaby moja praca, gdybym przeniosła się do mniejszego miasta. Czy dostawałabym zdecydowanie mniej zleceń? Pewnie tak, ale też potrzebowałabym mniejszej ilości pieniędzy. Czasem marzę o tym, żeby zaszyć się na jakiś czas gdzieś na wsi, trochę odciąć od tego wyścigu i mam nadzieję, że w końcu w którymś momencie to zrobię” – opowiada Monika, która pracuje przede wszystkim jako ilustratorka.

 5 milenialsi

Zrobić coś dla siebie

„Zazwyczaj, kiedy ktoś pyta mnie, dlaczego mam kilka prac, odpowiadam, że mam psa na utrzymaniu (śmiech). A poważnie, to kiedyś podjęłam decyzję o byciu samowystarczalną i tak już zostało. Od lat mieszkam sama, utrzymuję się sama, więc muszę na wszystko sama zarobić. Dużym ułatwieniem jest to, że moje prace są w jakiś stopniu ze sobą powiązane – mam etat w wytwórni muzycznej, która ma sublabel, w którym też pracuję, działam w aplikacji internetowej Going, czasem zdarza mi się zorganizować jakiś koncert, a jak starczy czasu, to jeszcze bawię się w „modelkę na emeryturze”, ale to już okazjonalnie. Ostatecznie wszystkie prace skupiają się więc na muzyce/wydarzeniach i chyba dlatego jestem w stanie je pogodzić. Tylko wiesz co, ostatnio zadałam sobie pytanie: ale czy ja jestem szczęśliwa? I dotarło do mnie, że niekonieczne, bo od lat pracuję na czyjeś marzenia. Kolejnym krokiem w moim życiu będzie uszczęśliwienie siebie” – opowiada Emilia z Warszawy.

Recepta na uszczęśliwienie siebie dla każdego będzie inna, jednak dla wielu osób, które zaliczyły pracę przy kilku projektach jednocześnie, zdobyły bogaty zestaw doświadczeń i nawiązały liczne kontakty, kolejnym krokiem jest zdecydowanie się na prowadzenie swojego biznesu na własnych warunkach. Tak zrobiła na przykład Paulina, która jest współtwórczynią projektu Future Simple, w ramach którego prowadzi różnorodne warsztaty coachingowe. Niedawno Paulina i Ania stojące za Future Simple zdecydowały się zorganizować bezpłatne warsztaty z cyklu „Zawód Artystka”, w ramach których pomagają kreatywnym dziewczynom rozwinąć skrzydła, nawiązać kontakty w branży, nauczyć się, jak radzić sobie z procesem twórczym, pozostać wiernymi sobie, a jednocześnie zapanować nad finansami.

„Do pracy w wolnym zawodzie i na własny rachunek dojrzewałam stosunkowo długo” – opowiada Paulina. „Myślę, że jeszcze na studiach, podejmując praktyki, mierzyłam się z tym, że praca na etat – choć ma wiele zalet (stabilność finansową, względną przewidywalność) – nie jest moją drogą zawodową. Co jakiś czas (zmęczona wielozadaniowością, intensywnością działań i relatywnie niskimi zarobkami w tzw. sektorze kreatywnym) romansowałam ze stałymi formami zatrudnienia. Kończyło się to za każdym razem podobnie – osiągałam dobrą pozycję w zespole, dostawałam coraz lepsze pieniądze i pojawiała się rutyna, powtarzalność, coraz mniejszy wpływ na różne decyzje. Moim sposobem na to (po 15 latach aktywności zawodowej) okazało się założenie własnej działalności gospodarczej i znalezienie osób, z którymi tworzymy nieformalną grupę, kolektyw, alternatywną formę biznesu. Pracuję w ten sposób od dwóch lat i ciągle jeszcze (pomimo wielu trudności) nie mogę przestać się ekscytować tą zmianą.”

„Kiedyś pracowałam po 16-18godzin dziennie. Tak, tak urodziłam się w pierwszej połowie lat 80-tych. Dziś pracuję prawie codziennie i zazwyczaj nie dłużej niż 5 godzin. Żeby dojść do miejsca, w którym teraz jestem, spędziłam wiele lat na błądzeniu, poszukiwaniu, potykaniu się, chwilowym poddawaniu. Odnajdowaniu sensu, spotykaniu ludzi, którzy robią to lepiej i mądrzej – bardziej ekologicznie. Uczę się i cały czas podróżuję. Czy jest na to uniwersalna recepta – nie sądzę” – dodaje współzałożycielka Future Simple.

Co bym chciała zmienić? Jakość relacji w biznesie. Prawo na takie, które lepiej chroniłoby mały biznes. Narrację wokół tego, co jest sukcesem w prowadzeniu firmy. Moim zdaniem sporym sukcesem jest płacenie pracownikom, podwykonawcom na czas, traktowanie ludzi z szacunkiem, partnersko. Takie hasła pięknie wyglądają w strategiach, komentarzach ekspertów, księgach etycznych organizacji, materiałach promocyjnych i narracji medialnej. W rzeczywistości doświadczałam różnego stopnia umiejętności realizacji tych postulatów” – wyrokuje Paulina.

Pytanie, czy za moment, gdy pokolenie Y naprawdę wybije się na niezależność, zacznie tworzyć coraz więcej biznesów i aktywnie kształtować rynek pracy, coś rzeczywiście zmieni się na lepsze? Czy milenialsi nauczeni wieloma trudnymi doświadczeniami będą lepszymi szefami dla swoich pracowników niż byli dla nich ich przełożeni? Czy będą woleli wciąż stawiać na autentyczność i pasję, a nie kierować się tylko liczbami w Excelu? Czy pozostaną wiernymi sobie? I czy w ogóle sytuacja gospodarcza im to umożliwi? Bo może obudzą się któregoś dnia bez oszczędności, ubezpieczenia, środków do życia i będą zmuszeni szukać takiej pracy, jakiej wcześniej nie chcieli się podejmować? Może wyrokowanie, że przyjdą zmiany na lepsze, to po prostu wiara w idyllę. A może moment, gdy coraz pokolenie Y zacznie dominować na rynku pracy, to będzie naprawdę zapowiedź czegoś nowego. I dobrego.

4 milenialsi

 Fot. unsplash.com