Wywołuje tyle kontrowersji, ile zainteresowania. Na swojej najnowszej płycie nie stara się przystawać do jakichkolwiek sztywnych standardów czy schematów. Tworzy na własnych warunkach, chodzi swoimi ścieżkami. Beth Ditto właśnie wydała swoją debiutancką solową płytę.

Nierzadko kariera solowa to rzeczywisty sprawdzian dla artysty. Nie jest już członkiem kolektywu, trybikiem w machinie, staje się indywiduum zdanym tylko na siebie, swoje zmysły i umiejętności. Dopiero wtedy dowiadujemy się o nim więcej, on sam o sobie pewnie też. Po siedemnastu latach współtworzenia grupy Gossip, w 2016 roku Beth Ditto weszła na ścieżkę solowej kariery. Teraz, rok po tym, otrzymujemy jej pierwszy solowy album „Fake Sugar”.

Pop wciąż pozostaje synonimem kiczu, określeniem muzyki dla niewymagającego ucha i nie spragnionego prawdziwych emocji oraz doznań słuchacza. Płyty takie jak „Fake Sugar” mozolnie, ale jednak w pewnej mierze odwracają tę tendencję. Debiutancki solowy album Beth Ditto to przestrzenna tkanka muzyki w wielu jej odsłonach. Od rockowych brzmień po bluesowe, soulowe, elektroniczne momenty, aż po popowe (i dominujące na tej płycie) dźwięki. Beth Ditto nie boi się eksperymentować, sięgać głębiej, wykraczać poza nieruchome granice gatunków muzycznych. Zawsze istnieje ryzyko przekombinowania, ale w tym wypadku to poszukiwanie wyszło jej na dobre. Płyta jest różnorodna, nie nuży, momentami zaskakuje. Artystka postawiła na swobodę w tworzeniu i szukaniu, i tę swobodę na swojej debiutanckiej solowej płycie zawarła.

Album „Fake Sugar” mocnym, gitarowym akcentem rozpoczyna piosenka „Fire”. Dynamiki temu utworowi dodają elektroniczne dopełnienia, wzmacniają wyrazistość. W nieco bardziej stonowanym, choć wciąż gitarowym tonie następuje „In and Out”. Ta dźwiękowa sinusoida i dozowanie emocji towarzyszy całości płyty. Na tle utworów tego albumu w pewnym stopniu wyróżnia się „We Could Run”. Na początku to pulsująca, „przeskakująca” elektronika, później determinowana przez gitarowe brzmienia. Na tym tle dość mocno eksponowany jest wokal Beth Ditto – od niskich rejestrów aż po te wysokie.

Mimo wielu zalet, nie jest to płyta idealna. Momentami można odnieść wrażenie, że Beth Ditto dosyć zachowawczo operuje swoim głosem. Mimo że prezentuje wiele wariantów swoich umiejętności, to jednak coś umyka, przestrzeń wokalna jest niewykorzystana całkowicie, a jej rzeczywiste możliwości głosowe gdzieś schowane. Tym bardziej, że w głosie tym charyzmy nie brak. Pozostaje więc niedosyt. „Do You Want Me To” to według mnie słabszy moment tej płyty. Być może to kwestia zbyt „cukierkowo-popowego” brzmienia tego utworu, jedynie poprzetykanego wyrazistymi, syntezatorowymi wstawkami.

Beth Ditto od lat nie przejmuje się krytyką mediów czy opinii publicznej, która czasami z różnych powodów obchodzi się z nią w dość nieprzyjemny sposób. W utworze „Oh My God” daje bezpośrednio do zrozumienia, że w przypadku jej najnowszej płyty będzie podobnie – artystka stworzyła swój pierwszy solowy album tak, jak go czuła, bez odgórnych nakazów czy założeń z mnogością brzmień i różnorodnych wątków, nie licząc się z nikim. To ostatnie odczuła szczególnie producentka płyty współpracująca z Ditto, Jennifer Decilveo. W wywiadach wokalistka zdradziła, że podczas prac nad płytą dość często dochodziło do kłótni pomiędzy nimi. Jak słychać na albumie, były to bardzo ważne potyczki, a formą kompromisu jest płyta, którą właśnie otrzymaliśmy.

„Fake Sugar” raczej nie zostanie okrzyknięta jedną z najważniejszych płyt tego roku, a Beth Ditto jako solowa artystka odkryciem roku. I dobrze, bo ten album nie powstał w tym celu. To raczej interesujący początek ciekawej solowej kariery, dowód na to, że Ditto dobrze sobie radzi jako samodzielna artystka. Pozostaje czekać na kolejną płytę.

1 Beth Ditto

Fot. materiały prasowe