Artystka wizualna, zajmująca się grafiką, obiektami oraz pracą nad tekstem. Ma na koncie ponad pięćdziesiąt wystaw, dwie rezydencje artystyczne i tytuł finalistki 12. edycji Artystycznej Podróży Hestii. Izabela Łęska snuje narrację o przypadkach obiektywnych, twórczej uważności oraz relacji między tym, co widoczne i utajone na rynku sztuki.

Magda Wojciechowska: Na współtworzonej przez Ciebie wystawie w Miejscu Projektów Zachęty* można zobaczyć, co jest na końcu spojrzenia. Jestem ciekawa, jak wyglądał jego początek? Gdzie i kiedy narodziło się w Tobie artystyczne spojrzenie?

Izabela Łęska: Nie bez znaczenia był kontakt z plastyką, właściwie od dziecka. Mam wujka architekta, który swego czasu malował bardzo ciekawe obrazy – pozostawiał na płótnie tubki farb. Mam też ciocię, która uczy plastyki. Bardzo wyraźnie pamiętam z dzieciństwa, jak przygotowywała na jedno z zaliczeń na studia szczegółową grafikę z muszlą w technice linorytu (który później był zresztą moją specjalizacją na studiach – skończyłam grafikę warsztatową). Moi rodzice mają wykształcenie ścisłe, ale mama bardzo szybko zorientowała się w moich uzdolnieniach, więc właściwie od dziecka uczęszczałam na różne zajęcia plastyczne. Wtedy nie sądziłam jednak, że to może być mój zawód. Może brakowało mi jeszcze śmiałości, żeby tak myśleć. Pamiętam na przykład, że w liceum miałam bardzo silną potrzebę zrobienia czegoś ze złotą klatką, która stała na korytarzu w Urzędzie Miejskim w rodzinnych Gliwicach. Nie wiedziałam tylko co, czułam niemoc, ale to była taka strasznie silna, nagła potrzeba. Może stąd obecnie moja fascynacja obiektem artystycznym, swego rodzaju obiektoholizm. Mojej artystycznej ścieżce bardzo pomógł upór. I dużo pracy. Zgłoszenia do open calli czy na rezydencje to właściwie osobny pełen etat. Miałam też dużo szczęścia, ponieważ zaraz po studiach dostałam propozycję pracy na Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach, gdzie do czerwca zeszłego roku byłam asystentką w Katedrze Grafiki, zresztą w pracowni linorytu. Dzięki temu mogłam bardzo dogodnie łączyć pracę ze studentami z własną twórczością artystyczną – stąd taka, a nie inna ilość zrealizowanych wystaw, projektów i programów. Zdarzały mi się oczywiście pojedyncze komercyjne zlecenia, zwłaszcza po studiach. Na szczęście teraz mogę już z nich rezygnować, bo nie ukrywam, że wpływają one znacznie na stan umysłu i mogą przeszkadzać w pracy stricte artystycznej. Mnie przynajmniej przeszkadzały, bo uważam, że przestawiają myślenie na inne tory. Nachodzą na siebie dwa, często obce sobie języki, przez co nie można iść z całym impetem do przodu we względach artystycznych. Nie da się żyć w dwóch tak od siebie odmiennych światach naraz.

 

Magda Wojciechowska: W jaki sposób dorasta artystka?

Izabela Łęska: Na pewno wśród książek. Myślę, że mocno to widać aktualnie w mojej twórczości, ponieważ zajmuję się narracją, która bardzo mnie fascynuje. Zabawny jest tu kontekst mojego imienia i nazwiska. Tata, kiedy dowiedział się, że urodzi mu się dziewczynka, postanowił zrobić sobie żart i nazwać mnie Izabela, co łącznie z nazwiskiem brzmi prawie tak, jak w „Lalce” Prusa. Stąd też mój adres mailowy – prawielalka. Ten motyw prześladuje mnie całe życie, w urzędach, przy załatwianiu formalności, nawet podczas matury. Dostaję pytania, rozbawione spojrzenia, żarty. To częsty sposób na przełamanie pierwszych lodów na spotkaniach. Dorastałam na Śląsku, w domu, w którym się na wiele pozwalało, w którym było mnóstwo tolerancji, ale i dyscypliny. Dorastałam też jako harcerka, czyli w kontakcie z naturą. Czasem dosyć samotnie, ale z własnego wyboru, bo jako nastolatka byłam samotnym wilkiem. Z wiekiem trochę się to zmieniło, ale dalej potrzebuję momentów spokoju i cenię sobie introwertyczne odcięcie. Przypuszczam, że to pomogło mi znaleźć siłę i zdecydowanie na późniejsze lata, kiedy przyszło mi być wytrwałą w swoich życiowych wyborach. Pamiętam opowieść, którą nie raz przytaczała moja mama. Pewnego razu w przedszkolu mieliśmy skonstruować scenkę jesienną i ja zbudowałam drzewa z gałązek i pojedynczych owoców jarzębiny. Podobno wszystkie dzieci powtórzyły ten motyw, ale ja byłam tak zajęta swoim zadaniem, że tego kompletnie nie zauważyłam. Na szczęście dostrzegła to pani przedszkolanka i przekazała rewelację mamie, która miała w sobie tyle uważności, że zadbała o ciągłą obecność plastyki w moim późniejszym życiu. Lubiłam też rysować do opowieści. Moją ulubioną bajką była „Alicja w Krainie Czarów”, do tej pory nie umiem prawidłowo oceniać odległości i wielkości przedmiotów!

 

Magda Wojciechowska: Przed tym, co na końcu spojrzenia, jest droga. Praca to jedna z form wędrówki. W jaki sposób przebiega Twój proces twórczy?

Izabela Łęska: Zwykle w pracy nad swoimi projektami wychodzę od jakiejś historii lub pojedynczego słowa. Lubię zaczynać od researchu, przeprowadzam prywatne dochodzenie w obrębie tematów, które oscylują wokół projektu. Buduję mapy myśli i skojarzeń, z których wynikają później twory podatne na wizualizację pod postacią obiektów czy instalacji. Gotowe realizacje są dla mnie przestrzenią szkatułkowej lektury, rozumiem je jako wizualizację myśli. Ostatnio pozwalam sobie na mniejszą konceptualizację projektów, a posługiwanie się w większej mierze intuicją. Staram się nie przywiązywać do medium, dlatego często zderzam się z czymś zupełnie nowym i sama muszę zgłębiać temat, żeby odnaleźć się w danej technologii. Często to kroczenie we mgle, zupełnie jak na wystawie w Miejscu Projektów Zachęty (instalacja „Mgła”). Bywa i tak, że pracuje się nad czymś bardzo długo, wątki się nie kleją i nagle pojawia się impuls, puzzel, który sprawia, że wszystko zaczyna do siebie pasować. Zazwyczaj tworzę indywidualnie, choć mam już na koncie bardzo udaną współpracę z angielskim artystą Adamem Żółtowskim w ramach projektu „Jeśli sztuka ma się wydarzyć, to się wydarzy”, który pokazywany był na wystawie „ImMobilized” w Paryżu. Duet z Mikołajem Szpaczyńskim również był bardzo ciekawym doświadczeniem. Ta współpraca pozytywnie mnie zaskoczyła. Do projektu zaprosiła nas kuratorka – Magda Kardasz. Na podstawie naszych portfolio wyczuła wspólne tematy: motyw wędrówki, podróży, szeroko pojętego ruchu, choreografii. Mieliśmy dość mało czasu na zrealizowanie wystawy, zaledwie trzy miesiące, ale tak naprawdę wystarczyło jedno spotkanie, podczas którego nasze pomysły bardzo ładnie się spotkały. Cieszę się z tego dialogu, bo współpraca uczy też stawiania granic i większej świadomości artystycznej.

1 Izabela eska Zakret zawiych inii juz zrealizowanego planu sytuacja rysunkowa ze slimakami 500 x 500 cm Galeria Sztuki im Jana Tarasina w Kaliszu 2018 

Izabela Łęska „Zakręt zawiłych linii już zrealizowanego planu”

Magda Wojciechowska: W swoim biogramie wyliczasz teorie, które Cię inspirują – hipoteza Sapira-Whorfa, Breton i surrealiści – jednak część prac bazuje na prywatnych historiach. Tu pojawiają się kobiety: „Zofia”, „Portret Gorgonowej”. Troszczysz się o to, żeby Twoje artystyczne spojrzenie było kobiecym? 

Izabela Łęska: Myślę, że to wychodzi naturalnie. Nie chciałabym nigdy, żeby moja sztuka postrzegana była jako stricte feministyczna, bo sama jej tak nie postrzegam i nie jestem artystką zaangażowaną. Kobiety były obecne w moich projektach, natomiast myślę, że równie często pojawiają się w nich mężczyźni: André Breton albo postać Hérculesa Florence, który odkrył fotografię w Brazylii przed Daguerrem we Francji. Okazuje się, że w swojej twórczości kieruję się raczej parytetami. Nie staram się, żeby moje prace były „kobiece”, choć niektóre z nich posiadają dziewczęce cechy: efemeryczność czy delikatność, ale aktualnie w sztuce równie często można je przypisać pracom mężczyzn.

 

Magda Wojciechowska: Jaką rolę w życiu i sztuce odgrywają dla Ciebie kobiety?

Izabela Łęska: Fascynującą kobietą była dla mnie babcia ze strony taty – olbrzymia mitomanka. To właśnie jej poświęciłam ostatni projekt, czyli „portret Gorgonowej”, gdzie w formie opowiadania łączę historię babci i najsłynniejszej rozprawy dwudziestolecia międzywojennego. Na pewno najważniejszymi kobietami w moim życiu są mama i siostra. Myślę, że relacja z nimi daje mi bardzo dużo siły. Jeśli chodzi o świat sztuki to mam przykrą obserwację ze środowiska śląskiego, ale można ją poszerzyć o środowisko krakowskie i warszawskie, że niestety w pewnym momencie widocznych i obecnych na rynku pozostaje więcej mężczyzn niż kobiet. Biologia i życiowe okoliczności umożliwiają im poświęcenie się czasu swojej twórczości do maksimum, kobiety natomiast zaczynają się oddawać rodzinie. Proporcje pokazuje chociażby projekt „Sejsmograf 3. Młoda Małopolska i Śląska Scena Artystyczna”, którego realizacja odbyła się w Bunkrze Sztuki. Wraz z Leną Achtelik byłyśmy dwiema artystkami na dziesięć wybranych. Osobiście dopiero od niedawna jestem w stanie gotowości do podjęcia decyzji, które moje koleżanki artystki podejmowały świeżo po studiach. Można powiedzieć, że postawiłam na karierę, ale myślę, że powoli nadchodzi moment, w którym chciałabym wejść również w sferę rodzinną. Czuję się usatysfakcjonowana tym, co do tej pory osiągnęłam i jestem spełniona w obrębie twórczości.

 

Magda Wojciechowska: Dlaczego do mówienia o kondycji artystycznej używasz ślimaków?

Izabela Łęska: Taki pomysł pojawił mi się w głowie już kilka lat temu, ale nie było ani okazji, ani możliwości, ani funduszy, żeby go zrealizować. Ostatecznie w zeszłym roku udało mi się zdobyć Nagrodę Galerii Sztuki im. Jana Tarasina w Kaliszu. Nagrodą była wystawa indywidualna. Artystyczna Podróż Hestii wraz z galerią sfinansowały wydruk katalogu i produkcję wystawy, a dyrektorka galerii Joanna Dudek wyraziła zgodę na ten osobliwy pomysł – za co bardzo dziękuję! To przedsięwzięcie było silnie eksperymentalne. Forma dzieła sztuki nie była narzucona z góry, bardziej liczył się sam proces, czyli to, jak ślimaki się zachowają, co było nie do przewidzenia. A zachowały się bardzo fajnie. Przez miesiąc okupowały galerię i tworzyły na ścianach niewidoczny na pierwszy rzut oka rysunek. Stawał się on widoczny w momencie odpowiedniego ruchu ciała odbiorcy, czyli specyficznej choreografii. To taka zasada, którą staram się ostatnio kierować w sztuce, żeby pozwolić sobie na pewnego rodzaju procesy – móc samą siebie zaskoczyć właśnie tym momentem twórczym, w którym wpuszcza się dużą dozę wolności. Wraz z kuratorem wystawy – Michałem Suchorą z BWA Warszawa – mieliśmy interesujące obserwacje, bo ślimaczki bardzo ciekawie wędrowały i była to metafora życia artysty, który w swojej karierze musi się często posługiwać intuicją, jest bez przerwy rzucany w nowe sytuacje. Czasem ślimaki powtarzały trasy poprzedników, inne wchodziły tylko do pewnej wysokości, jedne wolno, inne bardzo szybko docierały na szczyt, by boleśnie spaść na podłogę galerii. Jeszcze inne wędrowały w grupach, wchodziły po ścianie w parach, w trójkach, czwórkach, co też przekłada się na pole sztuki, ponieważ możemy często obserwować, że artyści aktualnie zaczynają funkcjonować w małych grupach, jak na przykład krakowska Potencja. Ta praca wydała mi się trafną metaforą zagubienia artysty, który nie ma złotego scenariusza, jak postępować w każdej chwili, zawsze musi reagować na bieżąco. Bardzo fascynują mnie historie karier artystów, ponieważ myślę, że większość z nas – absolwentów ASP – się zgodzi, że po studiach błąkamy się jak dzieci we mgle. Tak naprawdę nie do końca wiemy, co zrobić, w którą stronę się skierować. Metafora ślimaka wydała mi się trafna, żeby oddać tę sytuację. Ciekawe było i to, że wystawa mówiła o spojrzeniu i ślimaki były dodatkowym spojrzeniem obecnym w galerii – żywym organizmem, który spogląda na odbiorców. To nowa interakcja i odwrócenie tradycyjnej sytuacji galeryjnej.

 

Magda Wojciechowska: Domyślam się, że nawet najciekawsza wizja zostaje poddana weryfikacji przez realia rynkowe. Jakie trudności trzeba pokonać, zanim prace pojawią się w galerii?

Izabela Łęska: Na pewnym etapie chodzi głównie o logistykę, ponieważ posługując się różnymi mediami, muszę się zderzać z rozmaitymi sytuacjami, obdzwaniać instytucje bądź podmioty. Przy wystawie „Na końcu spojrzenia” miałam problem z instalacją „Męty ciała szklistego”. Początkowo wymarzyłam sobie, żeby te obiekty były z dmuchanego szkła. Kontaktowałam się z ponad czterdziestoma miejscami w Polsce i niestety nikt nie chciał się zdecydować na zrealizowanie takiej instalacji, ponieważ huty rządzą się innymi prawami – muszą zarabiać i taki projekt nie był dla nich rentowny. Duże wyzwanie stanowiły też kleksy, które znajdują się na ziemi w galerii. Chciałam, żeby były one na tyle wytrzymałe, żeby można było po nich chodzić. Wizja artystyczna zderzyła się tu z opiniami fachowców. Po długich i żmudnych poszukiwaniach materiałów stanęło na gipsie dentystycznym klasy trzeciej, który okazał się najlepszym i najtrwalszym rozwiązaniem. W tym wypadku moment zasadniczy – czyli właściwa praca artystyczna – poprzedzony został żmudnym poszukiwaniem. Istotnym elementem są też obostrzenia budżetowe. Negocjowanie chyba nie za bardzo wchodzi w grę – jest po prostu pewna stawka, z której część przeznacza się na promocję, część na wynagrodzenie dla artystów, a część na produkcję. W Miejscu Projektów Zachęty dysponowałam największym budżetem w swojej karierze, wcześniej budżet na produkcję przydzieliła mi też Galeria Sztuki im. Jana Tarasina w Kaliszu. Poprzednie produkcje finansowane były na przykład ze stypendiów artystycznych. Wtedy galeria, pokazując gotowy projekt, nie musi się już martwić tą kwestią. Niestety często zdarza się tak, że pokrycie kosztów produkcji leży po stronie artysty. W takich sytuacjach bywa, że galerie decydują się zakupić później prace do kolekcji i w ten sposób zrekompensować nakład środków.

 2 Izabela eska Zakret zawiych inii juz zrealizowanego planu sytuacja rysunkowa ze slimakami 500 x 500 cm Galeria Sztuki im Jana Tarasina w Kaliszu 2018 

Izabela Łęska „Na końcu spojrzenia”

Magda Wojciechowska: Wspominasz, że znaczącą rolę w Twojej twórczości ma narracyjność, magicznie fabularyzujesz swoje prace. O czym należy lub o czym chciałabyś jeszcze opowiedzieć? 

Izabela Łęska: Mamy w kraju aktualnie wielu artystów zaangażowanych i to jest wspaniałe, że sztuka potrafi wypowiadać się na tematy społeczne, polityczne, genderowe, które są aktualnie istotne, wręcz palące dla społeczeństwa. Natomiast ja nie należę do grona artystów, którzy żywo reagują na to, co się dzieje dookoła. Tak przetwarzam rzeczywistość, że wolę się posługiwać wartościami trwalszymi, bardziej uniwersalnymi, mniej uwikłanymi w teraźniejszość. Kwestie, które mnie ostatnio żywo interesują, dotyczą samego funkcjonowania artysty w obrębie pola sztuki, jak i pewnych tematów tabu, których albo nie wypada poruszać, albo istnieje niepisana zasada, że się o nich nie mówi. 20 marca w Miejscu Projektów Zachęty będę moderować dyskusję na temat widoczności i niewidoczności w sztuce, dotyczącą karier artystów, pewnych moralnych i niemoralnych zachowań w obrębie świata sztuki, tego czy rzeczywiście liczy się tylko talent, czy może czasem coś jeszcze. Myślę, że jest to temat słabo obecny, a on mnie szalenie interesuje, bardzo dotyka ze względu na to, że przez pięć lat pracowałam na uczelni, gdzie zderzałam się z przykrą polityką, nepotyzmem i kolesiostwem. Rozmówcami będą: Andrzej Tobis z katowickiej Akademii Sztuk Pięknych, Kuba Szreder z warszawskiej ASP oraz artyści – Jana Shostak i Mikołaj Szpaczyński. Serdecznie zapraszam!

  

Magda Wojciechowska: Zdradzisz mi swoje „prywatne szamańskie praktyki”?** 

Izabela Łęska: Chodzi w nich głównie o dosyć efemeryczne pojęcie, które dotychczas w nieśmiały sposób było obecne w moich projektach, a które teraz wyjdzie na pierwszy plan jako temat doktoratu, czyli „przypadek obiektywny” André Bretona. Mówi ono o tym, że świat wysyła nam sygnały i jeżeli jesteśmy dostatecznie gotowi albo świadomi, albo otwarci to potrafimy te związki dostrzec i rozkodować. Mocno w to wierzę i kolekcjonuję przypadki obiektywne, które bardzo często mi się zdarzają. Już od jakiegoś czasu rozmawiamy z bliską mi osobą o wadze liczby trzynaście w naszym życiu – zarówno obecnie, jak i zanim się spotkaliśmy. Ten motyw nas prześladuje – za każdym razem, kiedy spojrzymy na zegarek, jest trzynaście po, rachunki w sklepach kończą się trzynastoma groszami, przyjmują nas w gabinetach lekarskich z numerem trzynaście na drzwiach. Wracamy z mojej wystawy z Kalisza, na której prezentowałam ślimaczą sytuację rysunkową, idziemy zjeść obiad. Bam! Przypadek obiektywny! W menu pod pozycją numer trzynaście znajdujemy zupę ze ślimakami! Oczywiście ją zamówiliśmy. Z wielką ulgą otrzymałam zielone światło i rekomendację od badaczki surrealizmu, Agnieszki Taborskiej, która pisała o przypadku obiektywnym w tomiku opowiadań „Wieloryb, czyli przypadek obiektywny” i myślę, że tam bardzo ładnie to skomplikowane pojęcie zostało wytłumaczone. Te szamańskie praktyki polegają właśnie na dozie podświadomości i magii w mojej twórczości. Kolekcjonowane przypadki obiektywne w dużej mierze pochodzą z codziennego życia i kieruję się nimi również obok twórczości artystycznej, w życiu codziennym. Zresztą, u mnie jedno miesza się z drugim. Staram się zachować odpowiednią uważność, żeby dostrzegać kolejne wątki. To wszystko odbywa się w formule surrealistycznej, czyli takiej, która łączy dość odległe obszary po to, żeby wydobyć jakąś nową treść.

 

Magda Wojciechowska: Niektóre z Twoich prac bazują na „Resztkach" (Remains), jak „Wytwory” oraz „Końcówki”. Jaką „resztką” byłaby Izabela Łęska – artystka i osoba?

Izabela Łęska: Myślę, że byłabym taką cząstką, która przyuważa pewne mechanizmy i czasem chce zadać jakieś niewygodne pytanie.

 

Magda Wojciechowska: Co powiedziałabyś sobie, gdybyś cofnęła się do początku drogi artystycznej?

Izabela Łęska: Pracuj. Rób to, co czujesz. Kieruj się intuicją i wszystko będzie dobrze.

 

* Wystawę „Na końcu spojrzenia” można zobaczyć do 7 kwietnia w Miejscu Projektów Zachęty (ul. Gałczyńskiego 3)

** termin zaczerpnięty z biogramu artystki (https://www.izabelaleska.com)

 

 3 Izabela eska Zakret zawiych inii juz zrealizowanego planu sytuacja rysunkowa ze slimakami 500 x 500 cm Galeria Sztuki im Jana Tarasina w Kaliszu 2018

Izabela Łęska 

 

Artystyczna Podróż Hestii od 17 lat przygląda się młodym talentom i nagradza najbardziej obiecujących twórców. Każda edycja konkursu daje pretekst do szerszego mówienia o kondycji, doświadczeniach i obawach młodej generacji artystów.

Udział w konkursie APH to szansa na pokazanie swoich prac w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Na laureatów czeka ponadto profesjonalna rezydencja artystyczna i wyjątkowa podróż do miejsc, w których najnowsze trendy w sztuce są inspiracją do dalszego rozwoju.

W tym roku konkurs odbywa się po raz 18.

Więcej o konkursie można przeczytać na jego stronie.

 

Prace prezentujemy dzięki uprzejmości artystki